Izraelski dziennikarz zapytał Morawieckiego, czy złamie ustawę o IPN mówiąc, że polscy sąsiedzi donosili w czasie wojny na jego rodzinę. Premier uspokajał, że nic mu nie grozi, ale niekoniecznie miał rację. Broniąc imienia Polskiego Narodu skompromitował się argumentem, że sprawcy byli też wśród Żydów. I cytował historyka, niezbyt dokładnie

Na konferencji Bezpieczeństwa Europejskiego  izraelski dziennikarz Ronen Bergman z „Yedioth Ahronoth” zadał premierowi Morawieckiemu poruszające pytanie, które sala przyjęła długimi oklaskami:

„Wasza ustawa zabrania ludziom mówić, że uczestniczyliście w Zagładzie. To dla mnie sprawa osobista. Moi rodzice urodzili się w Polsce, moja matka dostała nawet nagrodę z języka polskiego od ministerstwa edukacji. Ale stracili większość rodziny, bo polscy sąsiedzi donosili na Gestapo. Matce udało się uratować część rodziny, bo podsłuchała, że polscy sąsiedzi postanowili ich sprzedać następnego ranka. Po wojnie matka przysięgła, że nigdy w życiu nie odezwie się już po polsku, ani słowem.

Jeżeli dobrze zrozumiałem, to po uchwaleniu tego prawa za to, co powiedziałem stanę się przestępcą w pana kraju. Co chcecie przez to światu powiedzieć? Po co to robicie, skoro ściągacie jeszcze więcej uwagi na straszliwe zbrodnie?”.

Premier słuchał dziennikarza z kamienną twarzą. Nie wykorzystał okazji, by odezwać się do Bergmana wprost, po ludzku. Powiedział tylko ogólnie, że „jest niezmiernie ważne, aby zrozumieć, że oczywiście nie będzie to karane, nie będzie to postrzegane jako działalność przestępcza, jeśli ktoś powie, że byli polscy sprawcy (perpetrators). I nieoczekiwanie wypalił:

„Tak jak byli żydowscy sprawcy, tak jak byli rosyjscy sprawcy, czy ukraińscy – nie tylko niemieccy”.

Morawiecki już wcześniej rysował symetrię losów polskich i żydowskich, zrównując ich cierpienia. Teraz wyrównał rachunki zła stwierdzając, że sprawcy Holocaustu byli po wszystkich stronach. Nie zauważył, że liczby są nieporównywalne i że polscy sprawcy odpowiadają za śmierć Żydów (i za to – w innej epoce – prezydent Kwaśniewski przepraszał w Jedwabnem), ale nie jest odwrotnie.

Oceniając moralnie Holocaust trzeba brać pod uwagę wyjątkowość żydowskiego doświadczenia. Inaczej można wyrazić oceny ahistoryczne i nieetyczne, jak stwierdzenie doradcy prezydenta Andrzeja Zybertowicza, że Żydzi wstydzą się swojej bierności w czasach Holocaustu” i dlatego krytykują ustawę o IPN (Przy okazji – Zybertowicz zapomniał o powstaniach w gettach). Do tej kategorii należy też wypowiedź premiera.

Jej sensem jest swego rodzaju relatywizacja oceny polskich szmalcowników, szantażystów czy uczestników pogromów, a także części społeczeństwa wyrażającego satysfakcję, że Hitler rozwiązał „problem żydków”. Premier opisuje ich jako zbrodniczy margines, obecnego w każdym narodzie, także żydowskim.

Morawiecki zapowiada unormowanie stosunków z Izraelem. Z tego punktu widzenia jego wypowiedź jest zdumiewająco niemądra, bo taka wypowiedź jest dla strony żydowskiej prowokacją. Premier zasłużył na określenie „dyplomatołka”, jakiego prof. Władysław Bartoszewski używał przed wyborami 2007 roku w odniesieniu do polityków PiS.

Nie trzeba było wielkiej wyobraźni, by przewidzieć reakcję Izraela. W niedzielę premier Benjamin Netanjahu oświadczył, że „słowa polskiego premiera są oburzające. Jest problem niezrozumienia historii i braku wrażliwości na tragedię naszych rodaków. Niedługo będę z nim rozmawiał”.

Czy izraelski dziennikarz zostałby skazany?

Premier zapewnił ogólnikowo izraelskiego dziennikarza, że w świetle art. 55 ustawy o PIN nie popełnił on przestępstwa. Nie jest to jednak wcale oczywiste.


Jest niezmiernie ważne, aby zrozumieć, że oczywiście nie będzie to karane, nie będzie to postrzegane jako działalność przestępcza, jeśli ktoś powie, że byli polscy przestępcy

Mateusz Morawiecki, Konferencja Bezpieczeństwa Europejskiego w Monachium - 16/02/2018

Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta


Dziennikarz generalizował ocenę, mówił o winie polskiego narodu


Sięgając po treść ustawy zanalizujmy odpowiedzialność dziennikarza tak, jak zrobiłby to (gorliwy) prokurator i/lub sąd, np. po doniesieniu złożonym przez Redutę Dobrego Imienia.

Bergman mówił o „polskich sąsiadach”, a zatem o Polakach, czyli przedstawicielach polskiego narodu. Stwierdził, że ich donosy doprowadziły do śmierci członków jego rodziny i mogły doprowadzić do zagłady także jego matkę. Były to zatem akty współudziału w eksterminacji Żydów, a opisane osoby ponoszą „współodpowiedzialność za popełnione przez III Rzeszę Niemiecką zbrodnie nazistowskie” (art. 55a p. 1).

Dziennikarz nie wypowiadał się w ramach działalności historycznej lub artystycznej, czyli ściganiu podlega (art. 55a p. 3).

Bergman mówił za granicą, w Niemczech, ale to nie ma znaczenia (art. 55b). Ustawa o IPN obowiązuje na całym świecie.

Aby postawić zarzut Bermanowi prokurator musiałby rozstrzygnąć rzecz kluczową: czy dziennikarz przypisał współodpowiedzialność za Holocaust „Narodowi Polskiemu”.

Prokurator byłby w kłopocie, bo pojęcie jest nieostre, a także nie występuje jako podmiot w prawie międzynarodowym. W sensie: „naród” nie może ponosić odpowiedzialności za zbrodnie.

Prokurator musiałby zatem odnieść się do intencji ustawodawcy, który chciał zabronić dokonywania krzywdzących uogólnień. Tymczasem wypowiedź dziennikarza wyraźnie sugeruje, że świadomie dokonuje on uogólnienia.

Bergman użył sformułowania „uczestniczyliście w Holocauście”, odnosząc się do szerszej zbiorowości, w domyśle „Polaków”. Stwierdził, że efektem ustawy jest – wbrew intencjom – zwrócenie uwagi świata na „te straszliwe zbrodnie” – i znowu jest oczywiste, że są to „polskie zbrodnie”, o których ustawa – jego zdaniem – zabrania mówić.

Jest oczywiste, że Bergman działał umyślnie, czyli chciał obciążyć współodpowiedzialnością „Polski Naród”, ale nawet gdyby się tylko pomylił czy przejęzyczył nie zwalniałoby go to  z odpowiedzialności (art. 55a, p. 2).

Na gruncie ustawy można sobie łatwo wyobrazić wyrok skazujący dla dziennikarza Bergmana, jakby to nie było ośmieszające i okrutne w kontekście jego doświadczenia rodzinnego.

  • Kontrowersyjne artykuły ustawy o IPN

    Art. 55a.

    1. Kto publicznie i wbrew faktom przypisuje Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za popełnione przez III Rzeszę Niemiecką zbrodnie nazistowskie określone w art. 6 Karty Międzynarodowego Trybunału Wojskowego załączonej do Porozumienia międzynarodowego w przedmiocie ścigania i karania głównych przestępców wojennych Osi Europejskiej, podpisanego w Londynie dnia 8 sierpnia 1945 r. (Dz. U. z 1947 r. poz. 367), lub za inne przestępstwa stanowiące zbrodnie przeciwko pokojowi, ludzkości lub zbrodnie wojenne lub w inny sposób rażąco pomniejsza odpowiedzialność rzeczywistych sprawców tych zbrodni, podlega grzywnie lub karze pozbawienia wolności do lat 3. Wyrok jest podawany do publicznej wiadomości.

    2. Jeżeli sprawca czynu określonego w ust. 1 działa nieumyślnie, podlega grzywnie lub karze ograniczenia wolności.

    3. Nie popełnia przestępstwa sprawca czynu zabronionego określonego w ust. 1 i 2, jeżeli dopuścił się tego czynu w ramach działalności artystycznej lub naukowej.

    Art. 55b. Niezależnie od przepisów obowiązujących w miejscu popełnienia czynu zabronionego niniejszą ustawę stosuje się do obywatela polskiego oraz cudzoziemca w razie popełnienia przestępstw, o których mowa w art. 55 i art. 55a.”

Premier cytuje „Utajone miasto”. Prawie dokładnie

Morawicki powołał się na znaną pracę szwedzko-kanadyjskiego historyka Gunnara S. Paulssona „Utajone miasto. Życie po aryjskiej stronie Warszawy 1940-45” (Kraków 2007). W oparciu o analizę dokumentów i śmiałe ekstrapolacje, Paulsson ocenił, ile osób uczestniczyło w warszawskim „Utajonym mieście”.

Morawiecki cytował te liczby, nie zawsze wiernie.

Morawiecki: „co najmniej 30 tys. Żydów uciekło z getta. Pomagało im trzy, cztery, pięć razy więcej Polaków”. Innymi słowy, premier powiedział, że Polaków ratujących Żydów w Warszawie było między 90 a 150 tys.

Paulsson podaje niższe liczby. Na aryjską stronę przedostało się 28 tys. Żydów, ratowało ich 70-90 tys. Według Paulssona wojnę przeżyło 11,5 tys., czyli 40 proc. z nich.

Premier niepotrzebnie zawyża „dobre statystyki”, szacunki Paulssona są i tak wysokie, według wielu historyków zawyżone.

Zdaniem premiera Paulsson „doliczył się 3-4 tysięcy Polaków, którzy w Warszawie donosili na swoich żydowskich braci”. Liczba się zgadza. Morawiecki podkreślił (konsekwentnie), że było to naturalne zjawisko kryminalizacji postaw w czasie wojny.

Warto zauważyć, że taka – na pozór nieduża – liczba aktywnych donosicieli i szmalcowników działała praktycznie bezkarnie, z aprobatą części społeczeństwa, i była niesłychanie skuteczna.

Jak pisze Paulson (s. 335), „każdy ukrywający się Żyd został przynajmniej raz wytropiony przez szmalcowników, a często po wielokroć”.

W styczniu 1943 roku Żegota (Rada Pomocy Żydom) informowała Pełnomocnika Rządu na Kraj, że „życie tych resztek ludności żydowskiej – w większości pozbawionych mienia i dachu nad głową i tropionych jak dzikie zwierzęta – upływa pod znakiem głodu i zimna, w ustawicznym lęku o życie i w konieczności obrony przed plagą nikczemnych jednostek dopuszczających się szantażu”.

  • Zobacz inny meldunek Żegoty

    W kwietniu 1944 roku Żegota pisała, że „szerzy się szantaż w sposób potworny, zarówno pod względem rozmiarów, jak i formy. Nie ma dnia, by nie obrabowano ofiary z ostatniego grosza i dobytku (…) Te nagminnie grasujące zbrodnie przekreślają, uniemożliwiają jakąkolwiek akcję pomocy Rady, a z drugiej strony są przejawem szerzącej się gangreny demoralizacji”  (cytat za Anna Bikont, Sendlerowa. W ukryciu, Warszawa 2017, s. 211) 

Paulsson zwraca też uwagę, że Warszawa była szczególnym miejscem: więcej tu było Żydów zasymilowanych, którzy mieli polskich znajomych, a duże miasto stwarzało lepsze możliwości ukrywania niż małe miejscowości czy wieś. Paulsson cytuje (s. 329) badania ogłoszone przez IPN, że „w powiecie rzeszowskim przeżyło zaledwie 7 proc. ukrywających się Żydów”.

Morawiecki nie chce mieszać ofiar i sprawców

„Nie będzie ścigania ludzi, którzy mówią, że byli polscy sprawcy, bo byli, ale nie możemy się zgodzić z mieszaniem sprawców i ofiar. To byłaby obraza dla wszystkich Polaków i Żydów, którzy cierpieli w czasie wojny” – powiedział Morawiecki w podsumowaniu wątku Holocaustu.

Rzecz jednak w tym, że w realnym „Narodzie Polskim” oni byli wymieszani. Negowanie, minimalizowanie czy racjonalizowanie postępowania polskich przestępców jest zamazywaniem prawdy historycznej. Proporcje bohaterów i zbrodniarzy, można różnie szacować, ale byli i tacy, i tacy.

Lekceważenie antysemityzmu czasów wojny, a także szmalcownictwa, denuncjacji, czy udziału Polaków w pogromach, nie tylko – jak słusznie mówi Bergman – zwraca uwagę świata na takie postawy oraz przedstawia Polaków jako niezdolnych do szczerego rachunku sumienia, ale także zmniejsza wartość heroicznych aktów pomocy Żydom.

Bo skoro polski naród jako całość ratował „swoich żydowskich braci” i dlatego zasługuje na tytuł Sprawiedliwego, to na czym polegała wyjątkowość Bartoszewskiego, Sendlerowej, rodziny Ulmów?

Polskie obozy śmierci i inne cierpienia

Premier sugestywnie przekonywał, że Polacy najbardziej ze wszystkich narodów ucierpieli w czasie II wojny (precyzyjniej byłoby dodać, że Białorusinów zginęło więcej) i że świat o tym nie wie.

Podał też, że w 2015 roku ambasady aż 260 razy interweniowały, gdy ktoś użył określenia „polskie obozy śmierci”. Nawiasem mówiąc, wskazał przy okazji, że ambasadorzy – mianowani jeszcze przez poprzedni rząd – wypełniali swoją misję ochrony dobrego imienia Polski. Bez pomocy prokuratorów.


Naczelny OKO.press. Redaktor podziemnego „Tygodnika Mazowsze” (1982–1989), przy Okrągłym Stole sekretarz Bronisława Geremka. Współzakładał „Wyborczą”, jej wicenaczelny (1995–2010). Współtworzył akcje: „Rodzić po ludzku”, „Szkoła z klasą”, „Polska biega”. Autor książek "Psychologiczna analiza rewolucji społecznej", "Zakazane miłości. Seksualność i inne tabu" (z Martą Konarzewską); "Pociąg osobowy".


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym