Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Komisja dyscyplinarna zadecydowała, że nauczycielka, która wyrzuciła do śmieci halloweenową zabawkę – krzyż, może po feriach wrócić do szkoły – podało Radio Zet.
Komisja dyscyplinarna dla nauczycieli przy wojewodzie pomorskim uwzględniła wniosek nauczycielki z Kielna o cofnięcie decyzji o jej zawieszeniu – podało w środę 28 stycznia Radio Zet, powołując się na jej prawnika. Oznacza to, że zdyscyplinowana przez dyrektora szkoły pracowniczka po feriach może wrócić do pracy i prowadzić lekcje.
Nauczycielka angielskiego z Kielna została zawieszona w styczniu 2025 roku po tym, jak jeden z uczniów poinformował rodziców, że miała wyrzucić podczas lekcji do śmieci krzyż, a sprawę nagłośniły środowiska ultrakatolickie i prawicowe.
Zabezpieczony przez lokalną policję krzyż okazał się plastikowym elementem halloweenowego stroju. Jak mówiła nauczycielka, z którą skontaktował się „Dziennik Bałtycki„, był to „gadżet, który dzieci powiesiły nad klatką chomika”. Sprawę nagłośnił zaś uczeń, którego ona nie uczy i nie zna.
Według początkowych informacji rozpowszechnianych przez środowiska prawicowe i ultrakatolickie nauczycielka miała zerwać krzyż ze ściany i wrzucić do kosza na śmieci. W tej wersji sprawa wzbudziła oburzenie, a przed szkołą w Kielnie odbył się na początku stycznia protest, w którym udział brali politycy Konfederacji Korony Polskiej, Dorota Arciszewska-Mielewczyk i Michał Kowalski, członkowie Klubów Gazety Polskiej i Robert Bąkiewicz.
Więcej o „aferze" w Kielnie pisała w OKO.press Stasia Budzisz:
Przeczytaj także:
Informację o kolejnym spotkaniu podał prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski, a potwierdził dziś rzecznik Putina Pieskow. Amerykanie dodają, że tym razem będą to rozmowy bez ich udziału, a sprawa gwarancji dla Ukrainy i obecności w niej zachodnich wojsk jest w zasadzie ustalona. Choć nie ma na to zgody Rosji
23 i 24 stycznia odbyła się w Abu Zabi pierwsza tura rozmów – USA, Ukraina, Rosja. Amerykanom udało się doprowadzić do spotkania Ukraińców z Rosjanami. I to mimo tego, że Rosja nie uznaje obecnych władz Ukrainy.
28 stycznia doradca Putina Uszakow ogłosił, że jeśli prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski naprawdę chce się spotkać z Putinem, to może przyjechać do Moskwy, gdyż „Putin osobiście gwarantuje mu bezpieczeństwo”.
Oczywiście o tym, by Putin pojechał na takie spotkanie z Zełenskim poza Rosję, nie ma mowy. Putin, który prezydenta Zełenskiego nie uznaje, może go traktować tylko jako petenta.
Jednocześnie rzecznik Putina potwierdził słowa Zełenskiego, że kolejna tura rozmów w Abu Zabi odbędzie się 1 stycznia.
Jak z kolei ujawnił sekretarz stanu USA Marco Rubio, nowa runda negocjacji będzie miała już charakter dwustronny. Stany Zjednoczone mogą do nich dołączyć, ale do Abu Zabi nie pojedzie żaden z dotychczasowych wysłanników Trumpa: ani Steve Witkoff ani Jared Kushner.
O pierwszej turze tych rozmów wiadomo, że były „konstruktywne”, ale o czym rozmawiano, tego strony prawie nie ujawniły.
Przeczytaj także:
Zełenski mówi, że nadal problemem są kwestie terytoriów.
„Myślę, że pozostała tylko jedna kwestia (w rozwiązaniu konfliktu na Ukrainie – red.), którą wszyscy dobrze znacie – roszczenia terytorialne, w szczególności wobec obwodu donieckiego” – powiedział 28 stycznia Rubio występując przed senacką komisją spraw zagranicznych.
Szef MSZ Ukrainy Andrij Sybiha ujawnił, że na stole są dwie umowy: jedną Ukraińcy podpisaliby z Amerykanami, a drugą – Amerykanie z Rosją. Przy czym UE jest „obecna” w procesie negocjacyjnym i zapewnianiu gwarancji bezpieczeństwa. 28 stycznia gotowość do udziału w rozmowach i dalszego nacisku na Rosję wyraził prezydent Francji Emmanuel Macron.
Rubio przed senacką komisją spraw zagranicznych mówił 28 stycznia, że
„Financial Times” napisał, że Amerykanie ponownie zaproponowali Ukraińcom, że gwarancje te wejdą w życie po podpisaniu umowy, a to jest możliwe dopiero po wycofaniu się z całego Donbasu i oddaniu go Rosji. Biały Dom te doniesienia następnie zdementował. Ale informację o tym, że Amerykanie naciskają na Ukrainę, by zrobiła ustępstwa terytorialne, podaje też Reuters.
„Ustępstwa” na tym etapie rozmów polegają na wycofaniu się Ukraińców z ziem, których Putin nie zdołał zdobyć przez cztery lata wojny. Ale z jakich terenów?
Pieskow mówi, że szczegóły rokowań są tajne, toteż rosyjscy „dziennikarze” niczego ustalić nie próbują. Sam Pieskow opowiada jednak, że
Rosja twierdzi bowiem, że w czasie spotkania Putina z Trumpem w Anchorage na Alasce 15 sierpnia 2025 r. prezydenci USA i Rosji porozumieli się co do losów Ukrainy. Sugeruje też, że nie chodzi tylko o Donbas, a „wdrożenie formuły Anchorage” doprowadzi do zakończenia wojny.
Z tym że sama „formuła Anchorage” jest wedle Pieskowa także tajna.
Rzecz w tym, że Amerykanie nigdy nie potwierdzili istnienia takiej „formuły”, a zaraz po spotkaniu na Alasce zachodnie media pisały, że przedstawiciele USA nie robili nawet notatek z tego spotkania. W tej chwili więc nawet gdyby Ukraińcy zgodzili się na cofniecie wojsk np. w Donbasie, Rosja mogłaby spokojnie powiedzieć, że to za mało.
O ile Ukraina cały czas powtarza, że jest gotowa do konkretnych rozmów, Moskwa tego zrobić nie może, gdyż w świecie Kremla postulatów Putina się nie negocjuje, tylko je przyjmuje. Dlatego Amerykanie dbają o poufność rozmów. Liczą, że w ten sposób da się dojść do porozumienia, a Putin nie wyjdzie na takiego, który ustępuje.
Jednak poufność pozwala też przedłużać rozmowy. Tymczasem dla Putina przeciągająca się i niszcząca Rosję wojna w Ukrainie nadal jest bardziej korzystna niż pokój, który dałby Ukrainie, nawet bardzo osłabionej, niezależność od Rosji.
Moskwa powtarza więc, że rozmowy wyglądają na długie i żmudne. „Oczekiwanie, że wstępne kontakty trójstronne będą bardzo owocne, byłoby błędem” – opowiada Pieskow.
W czasie tych „żmudnych” rozmów Rosja nie zamierza wstrzymać ostrzału Ukrainy, licząc, że to katastrofa humanitarna w Kijowie zmieni stanowisko delegacji ukraińskiej. Putin ujawnił 26 stycznia, że Moskwa była naciskana, by ostrzał wstrzymać, ale nie może tego zrobić, gdyż broniąca się Ukraina „też” ostrzeliwuje Rosję.
Jednocześnie Kreml liczy na pozytywną odpowiedź Waszyngtonu w sprawie uczestnictwa w Radzie Pokoju Trumpa. Rosja gotowa byłaby do tego przedsięwzięcia przystąpić, gdyby Trump zgodził się odmrozić rosyjskie aktywa zatrzymane w USA. Miliard z tego mógłby pójść na odbudowę Strefy Gazy, a resztę – na odbudowę ziem „zniszczonych przez wojnę”.
Z kremlowskich komunikatów wynika, że Putin oferuje Trumpowi możliwość zarobku na kontraktach na okupowanych ziemiach Ukrainy i tych terenach, z których Amerykanie każą teraz Ukraińcom się wycofać. Jednak – jak zauważa Kreml – do tej pory Amerykanie na tę propozycję nie odpowiedzieli. Dlatego Putina w Radzie Pokoju nie ma.
Przeczytaj także:
Rosja, poprzez zagłuszanie systemów nawigacyjnych, naraża statki na kolizje i inne poważne wypadki – ostrzega 14 państw leżących nad Morzem Bałtyckim i Morzem Północnym, w tym Polska, w liście skierowanym do Międzynarodowej Organizacji Morskiej (IMO).
Rosja zakłóca krytyczne dla bezpieczeństwa sygnały GPS, powodując wypadki i narażając statki na całym świecie na niebezpieczeństwo – ostrzegli sygnatariusze listu, o którym poinformował w środę brytyjski dziennik „The Times”, na który powołuje się PAP.
Swój list napisały: Belgia, Dania, Estonia, Finlandia, Francja, Holandia, Islandia, Litwa, Łotwa, Niemcy, Norwegia, Polska, Szwecja i Wielka Brytania.
Państwa te wezwały też wszystkie kraje i organy morskie, by uznały zagłuszanie sygnałów GPS i nadawanie fałszywych sygnałów za zagrożenie oraz zaczęły opracowywać alternatywne systemy, które mogłyby być wykorzystywane w przypadku zagłuszania sygnałów przez Rosję.
Jak wynika z raportu brytyjskiego Królewskiego Instytutu Nawigacji (RIN), do najczęstszych metod zakłócania należą zagłuszanie (blokowanie lub zagłuszanie sygnałów satelitarnych, aby statki nie mogły określić pozycji) lub nadawanie fałszywych sygnałów satelitarnych.
Rosyjska flota cieni korzysta głównie z niewystarczająco ubezpieczonych starych tankowców, które są powiązane z fałszywymi sygnałami satelitarnymi i innymi formami zakłóceń. W grudniu rosyjski tankowiec Eventin stracił zdolność manewrowania na wodach niemieckich
Ivana-Maria Carionni-Burnett, kapitanka statku i przedstawicielka RIN, powiedziała, że zagrożenia nie da się zlikwidować tradycyjnymi technikami nawigacyjnymi. „To już nie są odosobnione incydenty. Stanowią realne zagrożenie dla życia, ludzi, mienia i środowiska” – powiedziała.
Co więcej, państwa podpisane pod listem, powołując się na Konwencję Narodów Zjednoczonych o prawie morza, zaznaczyli, że statki samowolnie zmieniające banderę mogą być traktowane jako „jednostki bez przynależności państwowej”.
Takie podejście ma zapewnić państwom europejskim większe możliwości działania – np. zatrzymywanie tankowców zmieniających banderę lub nieposiadających wymaganych dokumentów.
Jak podaje PAP, światowa żegluga opiera się na założeniu, że statek już na początku budowy musi otrzymać numer IMO oraz posiadać dokument potwierdzający jego stan techniczny odpowiedni do bezpiecznej żeglugi. Świadectwo to zawiera m.in. informacje dotyczące bandery, właściciela, operatora oraz menedżera technicznego statku.
Flota cieni to statki widmo, głównie stare tankowce, używane do nielegalnego transportu rosyjskiej ropy naftowej w celu omijania zachodnich sankcji. Te jednostki, często rejestrowane pod banderami państw o słabym nadzorze jak Panama czy Liberia, działają poza standardowym monitoringiem morskim.
Statki te mają nieprzejrzystą własność, zmieniane bandery i brak ubezpieczenia, co czyni je „niewidzialnymi” dla międzynarodowych regulacji. Są skupowane na rynku wtórnym, a ich załogi czasem pochodzą z firm z Azji czy Bliskiego Wschodu. Rosja zarobiła dzięki nim miliardy euro na eksporcie paliw kopalnych od 2022 roku, finansując wojnę z Ukrainą.
Flota zagraża bezpieczeństwu morskiemu przez zły stan techniczny statków, ryzyko kolizji i awarii ekologicznych, np. wycieków ropy. Podejrzewa się je o sabotaż infrastruktury krytycznej i szpiegostwo.
Na północnym Atlantyku, około 200 mil morskich na południe od Islandii, amerykańskie siły przejęły objęty sankcjami statek floty cieni Marinera, podejrzewany o transport irańskiej ropy. Jednostka pływała pod banderą Gujany, jednak w trakcie pościgu prowadzonego w grudniu przez Straż Przybrzeżną USA zmieniła banderę na rosyjską, licząc, że uchroni ją to przed kontrolą.
Rosja potępiła przejęcie statku argumentując, że było to „naruszenie prawa morskiego”, ale operacja przebiegła bez incydentów.
Według szacunków flota cieni wykorzystywana przez Rosję, ale także Iran i Wenezuelę liczy obecnie około 1000 statków.
Przeczytaj także:
Policja bada, czy Waldemar Żurek dopuścił się złamania przepisów ruchu drogowego podczas jednego z wywiadów — informuje RMF FM.
Podczas nagrania dla programu „Duży w maluchu” minister sprawiedliwości Waldemar Żurek prowadził Fiata 126p i udzielał wywiadu. Na filmie widać, że nie zatrzymał się przed przejściem, mimo że piesza już znajdowała się na pasach.
Prowadzący program – Filip Nowobilski, ostrzegł go w trakcie jazdy, mówiąc: „Proszę uważać!”, a potem dodał, że minister „prawie przejechał po tej pani”. „Nie no, gdzie, pani była jeszcze daleko. Proszę mi wierzyć, że ja naprawdę jeżdżę bezpiecznie” – mówił szef resortu sprawiedliwości.
Komenda miejska w Krakowie przesłała ten film do komisariatu nr II na terenie dzielnicy Grzegórzki, bo to właśnie w tej okolicy – jak podaje RMF FM – doszło do potencjalnego wykroczenia przez ministra Żurka.
Specjaliści z wydziału ruchu drogowego analizują teraz nagranie pod kątem tego, czy szef resortu sprawiedliwości nie ustąpił pierwszeństwa pieszej.
„Wszyscy jesteśmy równi wobec prawa. Jeżeli miało miejsce wykroczenie, nie uchylam się od odpowiedzialności” – napisał szef resortu sprawiedliwości w mediach społecznościowych.
Jak podaje „Rzeczpospolita” w ubiegłym roku w całym kraju doszło do 4220 wypadków z udziałem pieszych. To o 480 mniej niż rok wcześniej, oraz o 726 mniej niż dwa lata temu. Zginęło w nich 348 pieszych, a to z kolei o 79 mniej niż rok wcześniej, a w porównaniu z 2023 r. o 105 ofiar mniej.
„Szczególnie w dużych miastach wojewódzkich nastąpiła poprawa. Takie było założenie że ustąpienie pierwszeństwa pieszemu wchodzącemu na jezdnię ma poprawić bezpieczeństwo i sądząc po danych, tak się stało” – mówi Robert Opas z Biura Ruchu Drogowego KGP w rozmowie z „RP”.
„Ostrzejsza zima spowodowała, że przez kilka dni stycznia nie mieliśmy żadnej ofiary śmiertelnej wśród pieszych. Ale bardziej uważni są i kierowcy, i piesi” – ocenia.
Paradoksalnie, pieszym sprzyjają korki w miastach. „Kierowcy wtedy jeżdżą wolniej, a przy mniejszej prędkości siłą rzeczy nawet, jeśli dojdzie do potrącenia, skutki są lżejsze” – zauważają policjanci.
Mimo ogólnej poprawy, wciąż do ponad połowy wypadków z udziałem pieszych dochodzi na pasach. Choć i tak jest nieco lepiej niż w 2024 r. – wypadków było wtedy o 233 mniej (łącznie 2517), a ofiar śmiertelnych – 100, a więc o 31 mniej.
Przeczytaj także:
W solidarnosciowej akcji Ciepło dla Kijowa Polki i Polacy wpłacili już 8,6 mln zł. Dużo więcej niż spodziewali się organizatorzy, ale dużo mniej niż Czesi
W ogłoszonej 16 stycznia 2026 zbiórce „Ciepło dla Kijowa” na zakup generatorów prądu i stacji zasilania dla zamarzającej pod rosyjskim ostrzałem stolicy Ukrainy, Fundacja „Stand with Ukraine” postawiła cel – 400 tys., potem stopniowo powiększając go do 1 mln, 3 mln...
28 stycznia o 16.00 było już 8 mln 601 tys.! Złożyły się na to wpłaty 65 721 osób, co daje średnią wpłatę 131 zł, ale 500 tys. wpłaciła Polenergia oraz Kulczyk Foundation (na zakup 120 generatorów prądu). Oznaczałoby to, że Kijów dostanie w wyniku całej akcji ponad 2 tysiące generatorów. Ile ponad to – czas pokaże, bo zbiórka trwa. Warto wziąć w niej udział, zwłaszcza, że na przełom stycznia i lutego prognozy przewidują w Kijowie temperatury ok. minus 20 stopni Celsjusza.
W zbiórce biorą też udział organizacje: Euromaidan-Warszawa, Fundacja Demokracja, redakcja Sestry.eu, Fundacja Otwarty Dialog, Fundacja Polskiej Rady Biznesu oraz inicjatywą Przedsiębiorcy Pomagają, która zrzesza członków Polskiej Radę Biznesu, Corporate Connections, Pracodawców RP i BNI. Partnerami zbiórki są także United Nations Global Compact Network Poland i Polski Czerwony Krzyż.
Inicjatywa jest przedstawiana w mediach, a także przez polityków i polityczki jako wyjątkowy akt solidarności ze strony Polek i Polaków. Jest to o tyle uzasadnione, że od czasów zbiórki na dron Bayraktar w lipcu 2022, kiedy to 207 tys. osób wpłaciło 22,8 mln zł, nie było tak dużej jednorazowej akcji na rzecz Ukrainy. Inicjatywa „Drony dla Ukrainy” w lipcu 2024 roku dała rozczarowujący efekt, wzięło w niej udział kilkadziesiąt osób.
Przeczytaj także:
Systematycznie wspiera Ukrainę wiele organizacji, jak choćby Sikorki na Ukrainie, czy Fundacja Uniters, ale wszyscy potwierdzają, że skłonność do pomagania naszym sąsiadom pomaga.
Efekty zbiórki zasługują na uwagę, bo stanowią pozytywny sygnał na tle spadku nastrojów proukraińskich w Polsce, czemu sprzyja antyukraińska propaganda generowana przez rosyjskie boty, a także polityczna gra skrajnej prawicy (Konferedacji i przede wszystkim KKP Grzegorza Brauna) i takich postaci jak Leszek Miller.
Przeczytaj także:
Także liberałowie unikają wyraźniejszych sygnałów sympatii zwłaszcza wobec ukraińskich uchodźców, a politycy zamknęli właśnie ustawę pomocową dla Ukrainy.
Skala aktu solidarności z cierpiącym Kijowem budzi mniejszy podziw, przy porównaniu z analogiczna zbiórką prowadzoną przez inicjatywę nazwaną z czeskim poczuciem humoru „Darek pro Putina” (Prezent dla Putina).
Akcja pomocy „SOS Kijów. Szybka zbiórka na generatory prądu i power banki” przyniosła już 159,8 mln koron, czyli ponad 27 mln zł. Darczyńców jest już 88 241 (w tym także instytucje), co daje średnią wpłatę ok. 308 zł. A „prezentów dla Putina” jest więcej, m.in. drony, karetki i siatki do osłony przed dronami agresora.
Zważywszy na to, że liczba ludności w Czechach jest 3,5 raza mniejsza, oznacza to że podobny do czeskiego poziom ofiarności dałby w Polsce 94,5 mln zł, czyli ponad 10 razy więcej niż zebraliśmy.
Zbiórka dla Kijowa (i innych miast) jest bezwzględnie potrzebna, bo jak codziennie informujemy w OKO.press, uderzenie w infrastrukturę energetyczną, pozbawienie ludzi ciepła, prądu i wody, staje się główną bronią Rosji, która nie może osiągnąć wiekszych sukcesow na froncie i chce w ten sposób osłabić morale zaatakowanego narodu.
Przeczytaj także:
Portret cierpiącego Kijowa przedstawiła w OKO.press Krystyna Garbicz
Przeczytaj także: