Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Ilustracja: Iga Kucharska / OKO.pressIlustracja: Iga Kuch...

Krótko i na temat: najnowsze wiadomości z Polski i ze świata

Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny

Google News

22 minuty temu

Prawa autorskie: Fot. Attila KISBENEDEK / AFPFot. Attila KISBENED...

TSUE: Węgierskie ustawy anty-LGBT do kosza

TSUE orzekł, że prawo uchwalone przez Orbána ma charakter dyskryminacyjny i jest sprzeczny z tożsamością UE. Wykonanie wyroku to pierwszy sprawdzian dla nowego premiera Petera Magyara

Co się wydarzyło

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej orzekł, że węgierskie ustawy anty-LGBT naruszają unijne wartości. Chodzi o przepisy przyjęte w 2021 roku przez rząd Victora Orbána, pod płaszczykiem walki z pedofilią.

W myśl ustawy o ochronie nieletnich, penalizacji podlega na Węgrzech – podobnie jak w putinowskiej Rosji – „przedstawianie lub promowanie” homoseksualności w szkołach i mediach.

Pod kontrowersyjną ustawę podpadają materiały emitowane w publicznej telewizji: przed godziną 10 wieczorem nie wolno wyświetlać żadnych programów, czy filmów, w których pojawiają się tęczowe wątki lub postaci. Książki o tematyce queerowej muszą być specjalnie oznaczone, nie wolno ich też sprzedawać w pobliżu szkół, czy kościołów. Zabronione jest też wspominanie o nienormatywnej seksualności, parach tej samej płci i transpłciowości w materiałach edukacyjnych.

W 2022 roku Komisja Europejska zaskarżyła represyjną ustawę do Trybunału w Luksemburgu, wskazując, że przepisy są dyskryminujące, a także zagrażają wolności i pluralizmowi w całej UE.

W 2025 roku Victor Orbán, szukający paliwa politycznego przed kolejnymi wyborami, rozciągnął zakaz „homoseksualnej propagandy” na ulice, kryminalizując organizację Parady Równości.

21 kwietnia 2026 TSUE stwierdził, że przepisy naruszają unijny zakaz dyskryminacji ze względu na płeć, prawo do poszanowania życia prywatnego i rodzinnego oraz wolność wypowiedzi i informacji.

Co więcej, TSUE po raz pierwszy w historii uznał też państwo członkowskie naruszyło prawo UE, lekceważąc podstawowe wartości zawarte w art. 2 Traktatu o Unii Europejskiej, który brzmi: „Unia opiera się na wartościach poszanowania godności osoby ludzkiej, wolności, demokracji, równości, państwa prawnego, jak również poszanowania praw człowieka, w tym praw osób należących do mniejszości. Wartości te są wspólne Państwom Członkowskim w społeczeństwie opartym na pluralizmie, niedyskryminacji, tolerancji, sprawiedliwości, solidarności oraz na równości kobiet i mężczyzn”.

Jaki jest kontekst

Jeśli Węgry nie chcą płacić surowych kar, powinny uchylić prawo stygmatyzujace osoby queerowe. Nie będzie to jednak zadanie dla Victora Orbána. Wyrok zapadł zaledwie 9 dni po zwycięstwie partii TISZA w wyborach parlamentarnych na Węgrzech. Peter Magyar nie poruszał w kampanii wyborczej tematów związanych ze społecznością LGBT+. Podczas pierwszego powyborczego przemówienia zapowiedział jednak, że od teraz Węgry mają być krajem, „w którym nikt nie jest piętnowany za to, że myśli inaczej niż większość lub kocha inaczej niż większość”. Szybkie wykonanie wyroku może pomóc Magyarowi spełnić inną z wyborczych obietnic – odblokować choć część unijnych pieniędzy na rozwój gospodarczy.

Z ankiety Agencji Praw Podstawowych nt. sytuacji osób LGBT+ na Węgrzech wynika, że rządy Orbána znacząco pogorszyły standard życia tej społeczności. Aż 75 proc. badanych uważało, że poziom nietolerancji i uprzedzeń w kraju wzrósł w przeciągu ostatnich 5 lat. 63 proc. twierdziło, że w tym okresie wzrosła też liczba aktów przemocy wobec osób LGBT+.

Przeczytaj także:

12:18 21-04-2026

Prawa autorskie: 11.12.2019 Warszawa , aleje Ujazdowskie 9 . Marcelina Zawisza i Tomasz Trela podczas konferencji prasowej po kontroli poselskiej w Centralnym Biurze Antykorupcyjnym ws majatku szefa NIK Mariana Banasia . Fot. Dawid Zuchowicz / Agencja Wyborcza.pl11.12.2019 Warszawa ...

CBA weszło do resortu klimatu. Chodzi o Czyste Powietrze

„Funkcjonariusze CBA przyszli do MKiŚ i funduszy ochrony środowiska i gospodarki wodnej i zażądali dokumentów dotyczących programu Czyste Powietrze z okresu od 1 czerwca 2021 r.” – podał rzecznik resortu klimatu Marek Pogorzelski.

Co się wydarzyło?

Funkcjonariusze Centralnego Biura Antykorupcyjnego pojawili się w siedzibie Ministerstwa Klimatu i Środowiska w związku z postępowaniem w sprawie programu Czyste Powietrze. Chodzi o czas, kiedy resort był jeszcze w rękach PiS.

Rzecznik MKiŚ Marek Pogorzelski pisze na X:

„Postępowanie prowadzone jest przez Prokuraturę Europejską w sprawie niedopełnienia obowiązku przez funkcjonariuszy publicznych w związku z opracowaniem zasad funkcjonowania i wdrożenia kolejnych etapów programu Czyste Powietrze. W 2022 roku przeprowadzono znaczące zmiany w programie Czyste Powietrze wprowadzając prefinansowanie bez niezbędnych zabezpieczeń, a w 2023 zostały zniesione limity kosztów jednostkowych dla termomodernizacji. Zmiany te stały się źródłem późniejszych problemów beneficjantów i nieuczciwych praktyk niektórych wykonawców. Doprowadziły one do toczących się w całym kraju ok. 700 postępowań prowadzonych przez prokuratury, w tym Prokuraturę Europejską, oraz Policję, z których część została wszczęta po zawiadomieniach NFOŚiGW oraz wojewódzkich funduszy ochrony środowiska i gospodarki wodnej”.

Jak dodaje, obecne władze zdecydowały w 2024 roku o zwieszeniu programu. „We wznowionym wiosną 2025 roku nowym programie Czyste Powietrze wprowadzono wspólnie z MKiŚ zasady zwiększające bezpieczeństwo beneficjentów i zabezpieczające ich przed nadużyciami” – podkreśla Pogorzelski.

Sprawę skomentowała też ministra klimatu Paulina Hennig-Kloska. „Funkcjonariusze poprosili o dokumenty od 2021 roku. Po wprowadzonych wtedy przez ekipę z PIS zmianach mieliśmy falę nadużyć i wielu poszkodowanych przez nieuczciwych wykonawców. Osobiście zgłaszaliśmy do służb zawiadomienia w tej sprawie prosząc o działania” – napisała na X. „Cieszę się, że przyszedł czas rozliczeń! Najwyższy czas by odpowiednie organy oceniły także pracę urzędów w tej sprawie” – dodała.

Jaki jest kontekst?

Głównym zadaniem działającego od 2018 roku programu Czyste Powietrze jest walka z „kopciuchami”, czyli piecami węglowymi niskiej klasy, najmocniej dokładającymi się do powstawania smogu.

W 2024 roku, po zawieszeniu programu, Robert Gajda, wiceprezes Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska mówił w OKO.press:

„Zdawaliśmy sobie sprawę, że jest bardzo dużo zagrożeń związanych z reformą w czasach PiS pani minister [Anny] Moskwy, która rozluźniła zasady i spowodowała, że zwiększyła się liczba patologii. Niestety, działaliśmy przede wszystkim na oświadczeniach dotyczących składu gospodarstwa domowego, które mają wpływ na wysokość wyliczonego dochodu na osobę w gospodarstwie domowym. Wielu beneficjentów podawało w nich nieprawdę. Chodziło o zaniżanie dochodów po to, żeby dostać maksymalne dofinansowanie oraz dopisywanie do oświadczeń kolejnych członków rodziny. Rekordzista na kilka swoich nieruchomości dostał maksymalne dofinansowanie, bo przepisał jedną piętnastą domu na swojego syna, który nie zarabiał pieniędzy”.

Dodawał, że dochodziło również do prób wyłudzenia podpisów na pełnomocnictwach od beneficjentów dla wykonawców. Przekrętów było więcej.

„Chodziło najczęściej o zgłoszenie tzw. kompleksowej termomodernizacji, żeby wykorzystać maksymalną kwotę. W wielu przypadkach działo się to na podstawie fałszywych audytów, które wskazywały zakres koniecznych inwestycji niezgodny ze stanem faktycznym” – mówił Gajda.

Obecna ekipa rządząca zwiesiła program, żeby „posprzątać po PiS-ie”. Wznowiono go w marcu 2025. Jak pisaliśmy w OKO.press, liczba wniosków o wymianę źródeł ciepła spadła, a program kuleje.

„Bardzo niskie zainteresowanie programem wynika ze wciąż nierozwiązanych problemów” – oceniał Piotr Kuczera, prezydent Rybnika i przedstawiciel Ogólnopolskiego Porozumienia Organizacji Samorządowych.

Kuczera wśród problemów tych wymieniał m.in.:

  • nadmierną biurokrację,
  • uznaniowość w interpretowaniu regulaminu programu przez wojewódzkie fundusze ochrony środowiska,
  • wielomiesięczne zatory w rozpatrywaniu wniosków i wypłatach dotacji
  • nadmiernie skomplikowane zasady programu.

„W efekcie nastąpiła utrata zaufania do programu wśród mieszkańców, którzy obawiają się, że nie otrzymają przyznanej dotacji lub będą na nią czekać miesiącami, dostarczając kolejne dokumenty, zaświadczenia i uzupełnienia” – wyjaśniał nam prezydent Rybnika.

Przeczytaj więcej w OKO.press

Przeczytaj także:

10:08 21-04-2026

Prawa autorskie: Adam Andruszkiewicz, obecnie wiceszef KPRP Karola Nawrockiego. Śledztwo ws. fałszowania podpisów przez działaczy organizacji, którą kierował, wciąż nie zostało zakończone. Fot. Kuba Atys / Agencja Wyborcza.plAdam Andruszkiewicz,...

Prezydencki minister Andruszkiewicz i sprawa fałszowania podpisów. Jest akt oskarżenia

Prokuratura Regionalna w Lublinie skierowała do sądu akt oskarżenia przeciwko zastępcy szefa Kancelarii Prezydenta Adama Andruszkiewicza. Chodzi o śledztwo w sprawie fałszowania podpisów pod listami wyborczymi w wyborach samorządowych w 2014 r. w woj. podlaskim.

Co się wydarzyło?

Prokuratura Regionalna w Lublinie poinformowała we wtorek (21 kwietnia), że akt oskarżenia przeciwko wiceszefowi Kancelarii Prezydenta Adamowi Andruszkiewiczowi i dwóm innym osobom został skierowany do Sądu Rejonowego w Białymstoku.

Andruszkiewiczowi zarzucono, że "od 15 września 2014 r. do 6 października 2014 r. (...), będąc liderem Młodzieży Wszechpolskiej, kierował podrobieniem przez inne osoby dokumentów w postaci list osób udzielających poparcia kandydatom zgłaszanym przez Komitet Wyborczy Ruch Narodowy w okręgu wyborczym nr 3 w wyborach do Sejmiku Województwa Podlaskiego, przetwarzając bezprawnie dane osobowe osób wymienionych na listach poparcia” – poinformowała rzeczniczka Prokuratury Regionalnej w Lublinie, prok. Beata Syk–Jankowska.

“Oceniając materiał dowodowy, prokuratura ocenia, że jako lider Młodzieży Wszechpolskiej wydawał polecenia związane ze sporządzaniem podrobionych list poparcia dla kandydatów w wyborach zarządzonych na dzień 16 listopada 2014 r.” – napisała w komunikacie prok. Syk-Jankowska.

Przemawiają za tym “konsekwentne, logiczne i spójne wyjaśnienia” współoskarżonych, a nadto “przywódcza pozycja [Andruszkiewicza] w działalności Młodzieży Wszechpolskiej oraz jego rola w zbieraniu podpisów poparcia, odpowiedzialność za zgromadzenie list oraz zlecanie innym osobom zbierania podpisów, co znajduje potwierdzenie w zeznaniach świadków".

Według prokuratury biegli z zakresu badania pisma ręcznego wskazali na możliwość nakreślenia kilku podpisów przez obecnego ministra oraz na fakt, że “na listach poparcia z nieautentycznymi podpisami szereg z nich nie nadawał się do badań porównawczych (tzw. parafki).”

Przestępstwa zarzucone oskarżonym zagrożone są karą do 5 lat pozbawienia wolności. Rzeczniczka podała, że podejrzany “nie przyznał się do popełnienia zarzucanego mu przestępstwa, wskazując, iż w jego ocenie przedstawienie mu zarzutów ma charakter polityczny”.

Sam Andruszkiewicz zareagował na komunikat prokuratury, publikując wpis w serwisie społecznościowym X.

„Służbie Polsce poświęciłem większość swojego życia. Obecny ”akt oskarżenia„ sklecony naprędce przez upolitycznioną prokuraturę traktuję wyłącznie jako element represji politycznej wykierowanej we mnie przez układ rządzący, który ma wiele powodów, by ze mną walczyć” — napisał Andruszkiewicz.

Jaki jest kontekst?

Śledztwo w tej sprawie toczy się od kilkunastu lat. Początkowo odpowiadała za nie Prokuratura Rejonowa Białystok – Południe, w maju 2016 r. trafiło do Prokuratury Okręgowej w tym mieście. W 2019 roku zostało przeniesione do Prokuratury Regionalnej w Lublinie, a ówczesny prokurator Regionalny w Lublinie wyznaczył do prowadzenia śledztwa Prokuraturę Okręgową w stolicy woj. lubelskiego. W międzyczasie okazało się, że zaginął jeden z tomów akt sprawy, zawierający zeznania dwunastu świadków.

Przeczytaj także:

Andruszkiewicz był trzykrotnie wybierany do Sejmu – w wyborach 2015, 2019 i 2023 – startując za każdym razem z okręgu białostockiego. Pełnił też funkcje wiceministra cyfryzacji i sekretarza stanu w KPRM. Odpowiadał za kampanię Karola Nawrockiego w internecie w czasie ostatnich wyborów prezydenckich. Obecnie jest zastępcą szefa Kancelarii Prezydenta RP (do pełnienia tej funkcji zrezygnował z mandatu poselskiego).

W sprawie oskarżone są także dwie inne osoby. Według informacji prokuratury są to 40-letni ekonomista Wojciech N. I 39-letni elektryk Paweł P. Obaj przyznali się do zarzucanych im czynów.

Przeczytaj także:

09:53 21-04-2026

Prawa autorskie: Fot. Brendan SMIALOWSKI / AFPFot. Brendan SMIALOW...

Trump „ma przerąbane”, zwraca firmom 166 mld dol.

Amerykańska administracja uruchomiła portal, za pośrednictwem którego firmy mogą wnioskować o zwrot nienależnie zapłaconych ceł. Chodzi o 166 mld dol. To cła nałożone przez Donalda Trumpa w Dniu Wyzwolenia, czego nie miał prawa zrobić. Orzekł to w lutym Sąd Najwyższy. Firmy odzyskają miliardy, konsumenci raczej nic

Co się wydarzyło?

Amerykańska Służba Celna i Ochrony Granic (CBP) uruchomiła system online, za pomocą którego amerykańskie firmy mogą zgłaszać wnioski o zwrot nienależnie pobranych ceł. Stało się to kilka miesięcy po tym, jak Sąd Najwyższy orzekł w lutym, że cła nałożone przez Donalda Trumpa są niezgodne z prawem.

To te cła, które z rozmachem nałożył na cały świat Donald Trump 2 kwietnia 2025 r. podczas tzw. Dnia Wyzwolenia. Były tam zarówno indywidualne stawki dla poszczególnych krajów (na przykład 34 proc. stawka dla Chin, 20 proc. dla UE, 49 proc. dla Kambodży), jak i minimalna dziesięcioprocentowa stawka celna dla wszystkich państw.

Problem w tym, że amerykański prezydent dość swobodnie podejmuje decyzje o głębokich implikacjach, umiarkowanie licząc się przy tym z podstawą prawną.

Tak było właśnie tym razem, gdy prezydent ogłosił nałożenie ceł na podstawie ustawy o międzynarodowych uprawnieniach gospodarczych w sytuacjach nadzwyczajnych (IEEPA), która dotąd służyła raczej do nakładania sankcji na inne kraje. Dlatego Sąd Najwyższy podważył decyzję prezydenta.

Jeszcze przed wyrokiem sam Donald Trump mówił, że Stany Zjednoczone mogą mieć „przerąbane”, jeśli decyzja sądu będzie niekorzystna.

W lutym okazało się, że była. A teraz trzeba oddać 330 tys. amerykańskich firm łącznie 166 mld dol.

Przeczytaj także:

Jaki jest kontekst?

Mimo, że decyzja Sądu Najwyższego w sprawie ceł zapadła już w lutym, dopiero teraz firmy mogą występować z wnioskami o zwrot nienależnie zapłaconego podatku. To dlatego, że organy skarbowe nie miały dotąd nawet narzędzia, żeby wypłacać z powrotem pieniądze na konta firm.

Trzeba było od podstaw zbudować do tego specjalną platformę online, przez którą amerykańskie firmy mogą zgłaszać wnioski o zwrot.

Wiadomo, że w systemie wnioski takie zarejestrowało już ponad 56 tys. firm na kwotę 127 mld dol., licząc wraz z odsetkami. W tym gronie są tacy giganci jak Toyota, Goodyear, Xerox, Steve Madden i Bath & Body Works.

Część firm nie czekała nawet na wyrok Sądu Najwyższego i zdecydowała się pozwać administrację Donalda Trumpa niezależnie od niego. Jak pisze „The Guardian”, zrobiło tak ponad 3 tys. podmiotów, w tym FedEx i Costco.

Firma PwC szacuje, że najwięcej do odzyskania mają firmy z branży technologicznej, medialnej i telekomunikacyjnej – ponad 47 mld dol. oraz producenci wyrobów przemysłowych i zakłady produkcyjne – prawie 40 mld dol.

Wyjaśnijmy, że sprawa dotyczy amerykańskich firm importerów, bo właśnie przy imporcie towarów z zagranicy musiały zapłacić nielegalne, jak się później okazało, cła.

Część z nich to dodatkowe obciążenie wzięła na siebie, część ten koszt przerzuciła na konsumentów, podnosząc ceny. „New York Times” zwraca uwagę, że teraz nie ma mechanizmu, który by weryfikował, czy ostatecznie to firma poniosła koszt, czy przerzuciła go na klienta i pomija się zupełnie interes konsumentów. Ci bowiem wniosków o zwrot złożyć nie mogą.

Mogą to zrobić jedynie firmy, a przepisy nie nakazują im podzielić się odzyskanymi pieniędzmi z konsumentami.

Przeczytaj także:

09:48 21-04-2026

Prawa autorskie: Fot. Slawomir Kaminski / Agencja Wyborcza.plFot. Slawomir Kamins...

Wykorzystywanie seksualne bez przedawnienia. „Są rozmowy”

„Zainicjowałam rozmowy z ministerstwem sprawiedliwości. Rozważamy, analizujemy, zastanawiamy się czy nie powinniśmy iść w kierunku nieprzedawniania spraw dotyczących wykorzystywania seksualnego” – ogłosiła pełnomocniczka rządu ds. równości Katarzyna Kotula na antenie TOK FM

Co się wydarzyło?

Niewykluczone, że przestępstwa seksualne w Polsce nie będą ulegać przedawnieniu i niezależnie od tego, czy wydarzyły się 20, 30 czy 40 lat temu będą mogły być ścigane przez prokuraturę i sąd, a ich sprawcy – skazywani.

Katarzyna Kotula, pełnomocniczka rządu ds. równości ogłosiła we wtorek 21 kwietnia w TOK FM, że zainicjowała rozmowy z ministerstwem sprawiedliwości, a dokładniej wiceministrem Arkadiuszem Myrchą dotyczące zniesienia instytucji przedawnienia przestępstwa w tym zakresie. „Rozważamy, analizujemy, zastanawiamy się czy nie powinniśmy iść w kierunku nieprzedawniania tych spraw” – powiedziała. „Sprawdzamy, jak prawo funkcjonuje w innych państwach” – dodała ministra.

Koncepcja, by przestępstwa seksualne były ścigane bez względu na upływ czasu od przestępstwa, zrodziła się z trzech pobudek:

  • konieczności systemowego działania, bowiem państwowa komisja ds. pedofilii jest zasypana sprawami z przeszłości, które nie mają szans na sprawiedliwy proces i karę
  • osobistych doświadczeń ministry i doświadczenia molestowania seksualnego przez byłego prezesa Polskiego Związku Tenisowego Mirosława Skrzypczyńskiego nagłośnionych przez Onet. Choć prokuratura winę potwierdziła, przestępstwo się przedawniło, a Skrzypczyński uniknął kary
  • nagłośnionej przez TOK FM historii Kai Kluźniak, która w dzieciństwie została wykorzystana seksualne na letnich koloniach i teraz, po 30 latach, szuka sprawiedliwości. Jej oprawca nadal opiekuje się dziećmi na wakacyjnych wyjazdach, co punktuje audioserial „Misja:Kaja”

„Po tym, jak opowiedziałam swoją historię otrzymałam setki podobnych wiadomości” – wyznała we wtorek w radiu TOK FM Katarzyna Kotula. „Blizna po takim doświadczeniu nie ma daty, pozostaje w nas na zawsze” – dodała ministra wskazując, że ewentualne prace są na początkowym etapie. „Bardzo bym chciała, by prawo szło w tym kierunku” – ogłosiła.

Jaki jest kontekst?

Obecnie w Polsce przestępstwa seksualne wobec małoletnich poniżej 15 roku życia przedawniają się, kiedy ofiara skończy 30 lat. Oznacza to, że jeśli ktoś był molestowany w dzieciństwie, to jego oprawca może zostać pociągnięty do odpowiedzialności karnej tylko do 30. urodzin pokrzywdzonego. W praktyce większość skrzywdzonych w dzieciństwie o swoim doświadczeniu mówi po wielu latach – co uniemożliwia prawne ściganie pedofila.

„My, ofiary, żyjemy z tą traumą do końca życia, ale to, kiedy jesteśmy w stanie o tym opowiadać, jest bardzo indywidualne. Ja zaczęłam o tym mówić w wieku 42 lat” – mówiła OKO.press Agata Baraniecka-Kłos, szefowa Fundacji Stop Przedawnieniu, która sama była w dzieciństwie molestowana. Katarzyna Kotula Jackowi Harłukowiczowi i Januszowi Schwertnerowi swoją historię opowiedziała po 30 latach. Prokuratura jednoznacznie stwierdziła do przestępstwa doszło – ale z uwagi na przedawnienie i wiek Kotuli nie mogła skazać Skrzypczyńskiego. Ten pozwał ją o zniesławienie, ale sprawę przegrał.

Obecnie w Sądzie Rejonowym w Tarnowie toczy się fundamentalny dla polskiego kościoła proces, w którym na ławie oskarżonych siedzi biskup Andrzej Jeż oskarżony o to, że zwlekał z powiadomieniem organów ścigania o wykorzystywaniu seksualnym dzieci i młodzieży z diecezji przez dwóch księży. Jak wyjaśniał OKO.press prokurator Marcin Stępień, zwłoka ta doprowadziła do przedawnienia się nawet 23 z nawet setki spraw.

Przeczytaj więcej w OKO.press:

Przeczytaj także: