Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
„Wolałbym VAT zerowy na wodę, niż bawienie się w kubki plastikowe i kranówkę, czasami koloru Fanty lub oranżady” – pisał w interpelacji poseł Robert Dowhan. Rząd poinformował, że wycofał się z przepisów nakładających na restauratorów obowiązek zapewnienia darmowej wody.
Ministerstwo Klimatu pracuje od kilku miesięcy nad ustawą o opakowaniach i odpadach opakowaniowych. W projekcie pojawił się zapis nakładający na restauratorów obowiązek zapewniania ich klientom nieodpłatnie wody.
„W celu zapobiegania powstawaniu odpadów opakowaniowych restauracje, podmioty prowadzące działalność gospodarczą obejmującą przygotowanie i podawanie posiłków klientom w stołówkach, barach, kawiarniach i innych placówkach świadczenia usług gastronomicznych, których produkty podawane są konsumentom w lokalach stałych w salach przeznaczonych do konsumpcji z miejscami siedzącymi, obowiązane są zapewnić swoim klientom nieodpłatnie wodę z kranu" – brzmiał przepis.
Ministerstwo Klimatu wskazywało, że zmiany wynikały z unijnego rozporządzenia z 19 grudnia 2024 r. w sprawie opakowań i odpadów opakowaniowych, które ma zapobiegać generowaniu nadmiernej ilości odpadów. Zgodnie z art. 43 ust. 6 tego rozporządzenia:
„Państwa członkowskie zachęcają restauracje, stołówki, bary, kawiarnie i podmioty świadczące usługi gastronomiczne do podawania swoim klientom, tam gdzie to możliwe, wody z kranu nieodpłatnie lub za niewielką opłatą w naczyniach wielokrotnego użytku lub wielokrotnego napełniania”.
Polski przepis nakazywał udostępnianie przez restauratorów pół litra wody w naczyniach wielokrotnego użytku.
Na początku lipca poseł Robert Dowhan (KO) skierował w tej sprawie interpelację do ministra klimatu oraz ministra finansów.
zarzucając, że obowiązek nieodpłatnego podawania wody z kranu w gastronomii „wykracza poza standard przewidziany w prawie unijnym”, jest przykładem „tzw. gold-platingu oraz nadmiernej regulacji, ingerującej szczegółowo w sposób obsługi klienta” oraz rodzi wątpliwości natury praktycznej.
„Kwestia naczyń – czy szklane, czy plastikowe? Plastikowe, to co z utylizacją, a szklane to co z myciem i suszeniem? Wystawiać paragon zerowy, usługę? Co z kosztami? Czy klient musi coś zamówić? Czy tylko usiąść w restauracji? Jakie kary będą za brak podania wody? Czy kranówka w każdym mieście jest taka sama? Mówi się, że na jedną osobę musi być pół litra wody. A jak będzie mniej nalane, to kara, a więcej to doliczyć do rachunku?
Ktoś z urzędników, a może posłów, zobaczył, jak to jest w USA, i chciał strasznie błysnąć. Tego rynku i regulacji nie można porównywać ani przenosić ich standardów na Polskę.
Wolałbym VAT zerowy na wodę, niż bawienie się w kubki plastikowe i kranówkę, czasami koloru Fanty lub oranżady” – czytamy w interpelacji.
Pod koniec lipca poseł otrzymał odpowiedź z Ministerstwa Klimatu, w której wskazano, że resort zrezygnował z przepisów.
„W toku uzgodnień międzyresortowych Ministerstwo Klimatu i Środowiska odstąpiło od zawarcia w projekcie ustawy o opakowaniach i odpadach opakowaniowych (nr w wykazie prac legislacyjnych i programowych Rady Ministrów: UC100) regulacji zobowiązujących restauracje oraz podmioty prowadzące działalność gospodarczą obejmującą przygotowanie i podawanie posiłków klientom w stołówkach, barach, kawiarniach i innych placówkach świadczenia usług gastronomicznych, których produkty podawane są konsumentom w lokalach stałych w salach przeznaczonych do konsumpcji z miejscami siedzącymi, do nieodpłatnego zapewnienia klientom wody z kranu” – czytamy w odpowiedzi podpisanej przez Anitę Sowińską, podsekretarz stanu w MKiŚ.
Nie podano przyczyn wykreślenia z projektu tych przepisów. Jako pierwszy o sprawie poinformował jeszcze w lipcu portal podatki.biz.
To nie pierwsze podejście do nałożenia na restauratorów obowiązku podawania nieodpłatnej wody. Wcześniej Nowa Lewica zgłaszała podobne poprawki do procedowanej w Sejmie ustawy o zbiorowym zaopatrzeniu w wodę i zbiorowym odprowadzaniu ścieków. Ustawa przygotowywana była przez resort infrastruktury. Jego szef Dariusz Klimczak (PSL) tak reagował na propozycje jeszcze jesienią 2025 roku: „Myślę, że to nie jest jeszcze ten czas. Ja nie poprę tego typu rozwiązania (...) Dzisiaj woda, a jutro co? Nie we wszystkich miejscach w Polsce „kranówka” jest zdatna do picia. Nie chciałbym narzucać przedsiębiorcom, że od dziś masz za darmo rozdawać”.
Przeczytaj także:
Od 18 lipca Siły Obronne Ukrainy przeprowadziły ataki na szereg magazynów rosyjskiej platformy handlowej Wildberries. Od początku pełnoskalowej wojny liczba zakupów realizowanych przez firmę systematycznie rosła, obejmując m.in. drony, elektronikę, odzież, środki medyczne, a nawet worki na ciała poległych.
W obwodzie włodzimierskim w Rosji wybuchł pożar po ataku dronowym na centrum logistyczne Wildberries – podaje portal Ukraińska Prawda. Firma potwierdziła informacje rozprzestrzeniające się w mediach społecznościowych i przyznała, że w obiekcie zarządzono ewakuację. Przyjmowanie dostaw i wysyłka zamówień ma zostać przeniesiona do innych obiektów Wildberries.
Powierzchnia magazynu w obwodzie włodzimierskim wynosi 171 900 metrów kwadratowych. „Obiekt ten odgrywa kluczową rolę w podziale przepływów handlowych między obwodem moskiewskim a centralną, północno-zachodnią i północną częścią europejskiej części Rosji” – podaje Ukraińska Prawda.
W nocy ukraińskie siły uderzyły także w Państwowy Uniwersytet Technologiczny (BSTU) w rosyjskim Biełgorodzie, niedaleko granicy z północno-wschodnią Ukrainą. Drony trafić miały w budynek, w którym projektowano i testowano drony.
Dzień wcześniej, 2 sierpnia, pożar wybuchł w centrum logistycznym Wildberries w obwodzie samarskim w Rosji. Również w wyniku ataku dronowego.
Od 18 lipca Siły Obronne Ukrainy przeprowadziły ataki na szereg magazynów rosyjskiej platformy handlowej Wildberries, w szczególności w regionach moskiewskim i tambowskim, w obwodach krasnodarskim i stawropolskim, w Sankt Petersburgu i obwodzie leningradzkim, a także w Jekaterynburgu. Do tej pory przeprowadzono ok. 20 takich ataków.
Prezydent Ukrainy nazwał te uderzenia odpowiedzią na rosyjskie ataki na ukraińską infrastrukturę cywilną. Jak stwierdził, obiekty te zapewniały dostawy komponentów objętych sankcjami, wykorzystywanych do produkcji dronów i sprzętu nawigacyjnego.
Jak pisze Meduza, po atakach ukraińskich dronów na terminale Wildberries rosyjski „Yandex Market” zmienił warunki umów ze sprzedawcami i odmówił ponoszenia odpowiedzialności za skutki ataków bezzałogowych statków powietrznych.
Według najnowszej analizy Meduzy nie ma dostępnych dowodów na to, że Wildberries jest elementem systemu logistycznego rosyjskiego Ministerstwa Obrony lub w sposób zorganizowany zaopatruje armię, choć platforma jest wykorzystywana przez wolontariuszy i organizacje wspierające rosyjskie wojsko do zakupu sprzętu i wyposażenia.
Dziennikarze przeanalizowali zbiórki publikowane w prorosyjskich kanałach i ustalili, że od początku pełnoskalowej wojny liczba zakupów realizowanych przez Wildberries systematycznie rosła, obejmując m.in. drony, elektronikę, odzież, środki medyczne, a nawet worki na ciała poległych. Po ukraińskich atakach sklep internetowy Wildberries usunął ze swojej strony kategorię „Wszystko dla SWO”, czyli „specjalnej operacji wojskowej”. Mimo to nadal sprzedaje produkty przeznaczone do celów wojskowych.
Materiał podkreśla jednak, że skala tych zakupów nie wydaje się na tyle duża, by uzasadniała twierdzenie o systemowym udziale Wildberries w zaopatrywaniu armii, zwłaszcza że podobny wolumen zakupów wojskowych odbywa się również za pośrednictwem konkurencyjnego sprzedawcy Ozon.
Meduza konkluduje, że z punktu widzenia prawa międzynarodowego kwestia legalności ukraińskich ataków na centra logistyczne Wildberries pozostaje sporna: platforma niewątpliwie pośrednio służy zakupom na potrzeby wojny, ale nie przedstawiono dowodów, by była integralną częścią rosyjskiej infrastruktury wojskowej.
Przeczytaj także:
Po wczorajszej deklaracji Donalda Trumpa o wstrzymaniu zapowiadanego ataku na Iran, cena ropy Brent spadła o ponad 5 proc. do 83,44 dol. za baryłkę, a amerykańskiej ropy WTI o niemal 6 proc. do 79,77 dol.
Po kilku tygodniach gwałtownych wzrostów poniedziałek 3 sierpnia rano doszło do wyraźnego spadku cen ropy. Wydarzyło się to po tym, jak Donald Trump zapowiedział na platformie TruthSocial 2 sierpnia, że jednak USA nie przeprowadzą zapowiadanego ataku na Iran, tylko podejmie próby zawarcia porozumienia. Jak podaje Reuters, cena ropy Brent spadła o ponad 5 proc. do 83,44 dol. za baryłkę, a amerykańskiej ropy WTI o niemal 6 proc. do 79,77 dol.
Jeszcze w ubiegłym miesiącu oba gatunki ropy zdrożały o ponad 20 proc. Powodem były wznowienie działań zbrojnych między USA i Iranem oraz ataki na tankowce w rejonie Omanu, które zwiększyły ryzyko dla transportu surowców z Zatoki Perskiej. Kuczowym czynnikiem pozostaje sytuacja w Cieśninie Ormuz – jednym z najważniejszych szlaków transportu ropy na świecie. Cytowany przez agencję Reutersa analityk firmy IG Tony Sycamore ocenił, że rynki obawiają się scenariusza, w którym rozmowy pokojowe ponownie zakończą się fiaskiem, a Iran będzie nadal wykorzystywał kontrolę nad cieśniną jako narzędzie nacisku, m.in. poprzez ataki na tankowce lub amerykańskie cele wojskowe.
W trakcie trwającego konfliktu Iran w dużej mierze zamknął Cieśninę Ormuz, którą przed wybuchem wojny transportowano około 20 proc. światowych dostaw ropy naftowej i skroplonego gazu ziemnego. Ograniczenie ruchu przez ten szlak doprowadziło do gwałtownych wzrostów cen energii. Prezydent Donald Trump argumentował, że wyższe ceny paliw są krótkoterminowym kosztem działań mających uniemożliwić Iranowi zdobycie broni jądrowej, jednak rosnące koszty energii wywierają na nim coraz większą presję polityczną, by doprowadzić do zakończenia konfliktu.
Na ceny ropy wpływają również inne wydarzenia na rynku. Reuters zwraca uwagę, że państwa OPEC+ zdecydowały o zwiększeniu limitu wydobycia od września o około 188 tys. baryłek dziennie. Jednocześnie agencja podkreśla, że zakłócenia eksportu z rejonu Zatoki Perskiej oraz skutki wojny w Ukrainie sprawiają, iż wcześniejsze decyzje o zwiększaniu produkcji miały dotąd ograniczony wpływ na rzeczywistą podaż ropy i sytuację na światowym rynku.
Przeczytaj także:
Nie tylko pożary pustoszące Europę są dowodem na dramatyczne skutki ocieplenia klimatu. W dorzeczu Dunaju panuje taka susza, że Węgry są zmuszone zamknąć jedyną elektrownię jądrową w kraju
Elektrownia atomowa Paks, położona 120 km na południe od Budapesztu, wykorzystuje wodę z Dunaju do chłodzenia reaktorów. Problem w tym, że poziom wód w rzece jest rekordowo niski, a temperatura – rekordowo wysoka. Dlatego władze zdecydowały o stopniowym ograniczaniu produkcji energii.
Jak przekazał premier Peter Magyar, już w piątek moc wyniosła mniej niż połowę normalnych możliwości – 965 megawatów. W nocy z soboty na niedzielę spadła do 240 MW. W ciągu dnia kolejne bloki są zamykane, aż w końcu praca w zakładzie ma zostać całkowicie zatrzymana. To pierwsza taka sytuacja od 44 lat.
Elektrownia może pozostać zamknięta nawet przez kilka tygodni, szczególnie że prognoza pogody na najbliższe dni nie przewiduje opadów. Zapowiadane są za to upały przekraczające 38 st. C. A to oznacza nie tylko problemy w przemyśle, ale i wysokie koszty opanowania kryzysu energetycznego. Rosnące ceny importowanej energii elektrycznej mogą poważnie nadwyrężyć budżet państwa. Rządząca TISZa szacuje, że chodzi o kwoty rzędu od 100 do 200 mld forintów (czyli od 315 do 630 mln dolarów).
Węgierski rząd już zapowiedział wprowadzenie ograniczeń w zużyciu energii i wody. W ostatniej kolejności konsekwencje suszy mają dotknąć gospodarstwa domowe.
„Węgry mają zapewnione bezpieczne dostawy energii elektrycznej. Kraj dysponuje mocą na odpowiednim poziomie. Dlatego nawet ewentualna całkowite zamknięcie w Paks nie zagrozi dostawom energii dla ludności” – przekazał węgierski premier.
Jednak przedsiębiorstwa, szczególnie najwięksi odbiorcy sieci energetycznej MAVIR, muszą liczyć się z redukcją i czasowym odłączaniem od dostaw.
Minister środowiska Laszlo Gajdos poinformował, że na 75 proc. powierzchni Węgier występują problemy z wodą kranową.
Krytycznie niski stan wód w Dunaju zakłóca też żeglugę, turystykę, rolnictwo i przemysł.
Już wcześniej podobne kłopoty dotknęły Rumunię, gdzie z powodu niskiego poziomu wód wyłączono oba reaktory elektrowni atomowej Cernavoda. Powodem kryzysu w Europie Środkowej jest przedłużająca się susza w dorzeczu Dunaju.
W Budapeszcie niemal codziennie odnotowuje się nowy, niechlubny rekord najniższego w historii pomiarów stanu wody w rzece. W niedzielę 2 sierpnia węgierska Generalna Dyrekcja Gospodarki Wodnej poinformowała, że aktualnie wynosi on zaledwie 23 cm, to 10 cm mniej niż poprzedni rekord z 2018 roku. Na większości odcinków rzeki nie mogą już pływać statki towarowe i pasażerskie, a sytuację pogorszy zapowiadana na najbliższe dni fala upałów.
Przeczytaj także:
Tonęli na dmuchanych materacach i przygnieceni falochronem. Według lokalnych władz zginęły co najmniej 72 osoby, które próbowały wpław dostać się do Ceuty
Jak poinformowały w niedzielę 2 sierpnia lokalne władze, do 72 wzrosła liczba śmiertelnych ofiar kryzysu migracyjnego w Ceucie. Kryzys wybuchł w czwartek i piątek, gdy ponad 60 tys. migrantów z Maroka przedarło się do hiszpańskiej eksklawy w Afryce. Większość z nich dotarła do wybrzeży Ceuty drogą morską, opływając wpław falochron Tarajal, będący morskim przedłużeniem bariery granicznej. Jak podały hiszpańskie media, wiele osób nie potrafiło pływać, na wodzie utrzymywali się, korzystając z dmuchanych kół i materacy plażowych. Stąd wysoka liczba ofiar śmiertelnych: większość z nich utonęła, reszta została przygnieciona, próbując przedrzeć się przez falochron.
„Nie wróciliśmy jeszcze do normalności, ponieważ pozostaje kilka tysięcy osób, które należy odesłać, a atmosfera nadal jest przepełniona niepokojem i obawami” – powiedział prezydent Ceuty Juan Jesús Vivas.
Kryzys został jednak w większości opanowany, bo zdecydowana większość migrantów wróciła do Maroka. Wydarzenie ma jednak poważne konsekwencje polityczne.
We wtorek 4 sierpnia w Brukseli odbędzie się nadzwyczajne posiedzenie unijnych ministrów ds. wewnętrznych i sprawiedliwości. Celem ma być przywrócenie spójnego stanowiska w UE wobec migracji. Włochy i Dania, przy wsparciu Polski i Szwecji, ostro skrytykowały rząd Pedro Sancheza za to, że to rzekomo liberalna polityka migracyjna jego rządu doprowadziła do poważnego zagrożenia w całej UE. Giorgia Meloni sugerowała nawet zawieszenie współpracy z Hiszpanią w ramach strefy Schengen. Sanchez odgryzł się sojusznikom w UE, krytykując rozpowszechnianie przez nich „dezinformacji”. Premier Hiszpanii stwierdził, że reakcja niektórych państw była „samolubna, polaryzująca i niezgodna z prawem„. Podkreślił też, że szybka interwencja hiszpańskiego wojska ”uniemożliwiła jakiekolwiek dalsze nieuprawnione przemieszczanie się w kierunku Europy kontynentalnej".
Jak podaje The Guardian, podczas sobotniego spotkania przywódców UE, omawiano też potencjalne próby rozsyłania fake newsów przez Rosję w celu skłócenia krajów członkowskich.
Hiszpania podnosi, że wcześniejsze incydenty, które prowadziły do zwiększonego ruchu granicznego, np. na granicy Białorusi i Polski czy Rosji i Finlandii, były określane mianem „ataków hybrydowych” i spotkały się z solidarnością ze strony innych państw członkowskich.
Ceutę zamieszkuje 83 tys. osób. Jako jedna z dwóch hiszpańskich eksklaw w Afryce jest ona wyłączona ze Strefy Schengen. Migranci, którzy dostaną się na jej terytorium, nie mogą dalej swobodnie podróżować na kontynent.
Kryzys, który wybuchł w mijającym tygodniu, miały sprowokować władze Maroka. Migracja dla państw trzecich od lat jest sposobem wywierania presji na krajach UE. Tym razem chodziło o to, żeby Hiszpania – i cała UE – uznały prawa Maroka do Sahary Zachodniej, która dla północnoafrykańskiego kraju stanowi rezerwuar energii (odnawialnej i nie tylko). Za to jej mieszkańcy, w tym także saharyjski rząd i media, w większości żyją na wygnaniu w obozach dla uchodźców w Algierii.
Przeczytaj także:
„The New York Times” podał, cytując migrantów rozmawiających z korespondentem NYT, że władze Maroka miały zachęcać ich do przekraczania granicy.
„Zamiast wesprzeć Madryt i wspólnie wywrzeć presję na Maroko (np. poprzez utrudnienie turystyki, ograniczenie wiz dla milionów obywateli tego kraju już mieszkających w UE itd. – opcji jest wiele), liderzy z innych państw UE wykorzystują nagrania z Ceuty do taniej walki politycznej i atakowania hiszpańskiego rządu” – pisze dr Karol Wiliczyński z Jagiellońskiego Centrum Studiów Migracyjnych przy krakowskim UJ.
„Jeśli Europa nie zrozumie, że poleganie na autorytarnych sąsiadach to ślepa uliczka, a jedyną odpowiedzią na szantaż jest twarda, wspólnotowa solidarność – takie kryzysy będą się powtarzać”.
Przeczytaj także: