Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Poziom Dunaju spadł do rekordowo niskiego poziomu. Węgierska elektrownia jądrowa Paks może w ciągu 24–72 godzin wstrzymać produkcję energii po raz pierwszy od 44 lat.
Premier Węgier Péter Magyar poinformował o konieczności tymczasowego wstrzymania produkcji prądu w elektrowni atomowej w Paks – donosi węgierski portal 24.hu. Powodem jest drastyczny spadek poziomu wody w Dunaju, która jest niezbędna do utrzymania prawidłowego chłodzenia reaktorów.
Poziom wody w Dunaju jest obecnie niższy o niemal metr od poziomu wymaganego dla prawidłowej pracy elektrowni i o 28 centymetrów niższy niż w rekordowym 2018 roku – informuje 24.hu. Elektrownia jest jednak do tego przygotowana i obecnie działa w tzw. trzecim stopniu gotowości na wypadek niskiego stanu wody. Jeśli poziom wody spadnie jeszcze bardziej, elektrownia automatycznie wstrzyma produkcję, co może nastąpić w ciągu 24-72 godzin.
Premier Péter Magyar podkreślił, że wstrzymanie produkcji prądu w elektrowni Paks nie wiąże się z żadnym ryzykiem dla prawidłowości działania elektrowni. Zaapelował jednak o bardzo oszczędne korzystanie z prądu, bowiem wstrzymanie produkcji w Paksie spowoduje znaczne zmniejszenie podaży energii elektrycznej do systemu.
Elektrownia jądrowa Paks odpowiada za około połowę produkcji energii elektrycznej na Węgrzech, dlatego jej całkowite wyłączenie stanowi poważne wyzwanie dla krajowego systemu energetycznego, zwłaszcza w okresie letnich upałów i zwiększonego zapotrzebowania na energię.
Według operatora MVM brakującą produkcję będzie można uzupełnić importem energii elektrycznej, a jednocześnie spółka prowadzi prace nad modernizacją systemu poboru wody, który ma umożliwić bezpieczną pracę elektrowni przy jeszcze niższym poziomie Dunaju. Na wypadek długotrwałej suszy przygotowano również awaryjny system pomp, który ma zapewnić chłodzenie wyłączonych bloków do czasu ponownego wzrostu poziomu wody.
Przeczytaj także:
Nawet trzy lata pozbawienia wolności grożą 40-letniemu mieszkańcowi powiatu nowosądeckiego, który wczoraj zamieścił w mediach społecznościowych wpis nawołujący do zabójstwa prezydenta Ukrainy.
Policjanci z Nowego Sącza zatrzymali 40-latka, który w czwartek 29 lipca zamieścił w mediach społecznościowych wpis nawołujący do zabójstwa prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego – poinformowała Komenda Wojewódzka Policji w Krakowie.
Mężczyzna usłyszał zarzuty publicznego nawoływania do popełnienia zbrodni zabójstwa i znieważenia Prezydenta Ukrainy. Za popełniony czyn grozi mu kara pozbawienia wolności do lat 3.
Mężczyzna jest mieszkańcem powiatu nowosądeckiego. Do jego zatrzymania doszło 30 lipca 2026 r. Treści opublikowane przez niego w mediach społecznościowych zostały ujawnione przez funkcjonariuszy Centralne Biuro Zwalczania Cyberprzestępczości podczas monitorowania sieci.
Postępowanie w tej sprawie prowadzone jest pod nadzorem Prokuratury Rejonowej w Muszynie.
W Polsce publiczne nawoływanie do popełnienia zbrodni jest zagrożone karą do trzech lat pozbawienia wolności na podstawie art. 255 § 2 Kodeksu karnego. Z kolei publiczne znieważenie głowy obcego państwa jest przestępstwem określonym w art. 136 § 3 Kodeksu karnego, również zagrożonym karą do trzech lat więzienia. Policja i Centralne Biuro Zwalczania Cyberprzestępczości monitorują media społecznościowe pod kątem gróźb oraz wpisów nawołujących do przemocy, w tym wobec osób pełniących funkcje publiczne.
Przeczytaj także:
Prezydent Karol Nawrocki podpisał nowelizację ustawy, która zakazuje korzystania z telefonów komórkowych w przedszkolach i szkołach podstawowych. Zakaz wchodzi w życie 1 września 2026 roku. Prezydent zaakceptował też nowe przepisy antymobbingowe.
W czwartek 30 lipca prezydent Karol Nawrocki podpisał pięć ustaw – poinformowała Kancelaria Prezydenta. Prezydent złożył podpis m.in. pod nowelizacją ustawy Prawo oświatowe oraz nowelizacją Kodeksu Pracy zawierającą nowe przepisy antymobbingowe. Poza tym ustawę wdrażającą do polskiego prawa postanowienia unijnej dyrektywy w zakresie równego traktowania, skierował do Trybunału Konstytucyjnego w trybie kontroli następczej.
Zmiany w ustawie Prawo oświatowe zakładają wejście w życie od 1 września 2026 zakazu wnoszenia i korzystania przez dzieci w przedszkolach i szkołach podstawowych telefonów komórkowych oraz i innych urządzeń umożliwiających komunikację, nagrywanie dźwięku lub obrazu.
Zakaz będzie obowiązywał zarówno podczas lekcji, jak i przerw, a także podczas zajęć edukacyjnych organizowanych poza szkołą, w tym na lekcjach wychowania fizycznego odbywających się w zewnętrznych obiektach sportowych.
Zakaz ma nie obowiązywać podczas wycieczek szkolnych, na terenie burs i internatów oraz podczas korzystania z infrastruktury szkolnej poza godzinami lekcyjnymi (zajęcia dodatkowe, aktywności sportowe itp).
Od zakazu mają obowiązywać następujące wyjątki:
Dyrektorzy szkoły (po konsultacjach z radą pedagogiczną i radą rodziców) będą mogli tworzyć w szkołach miejsca do przechowywania należących do uczniów telefonów na czas ich pobytu na zajęciach lekcyjnych.
Zakaz nie obejmie szkół ponadpodstawowych, jednak nowelizacja ustawy nakłada na te placówki obowiązek określenia w ich statutach precyzyjnych zasad używania telefonów komórkowych przez uczniów.
Ustawa została przyjęta przez parlament 3 lipca 2026. Za zagłosowało 420 posłów, przeciwko było tylko 6 posłów, wstrzymało się od głosu 4.
Poza tym prezydent podpisał także nowelizację Kodeksu Pracy wzmacniającą przepisy antymobbingowe. Projekt powstał w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej.
Nowelizacja zawiera nową definicję mobbingu oraz katalog przykładowych zachowań, które uznaje się za mobbing. Mobbing jest definiowany jako uporczywe nękanie pracownika bez względu na skutki i motywacje oraz to, kto go stosuje. W świetle nowych przepisów sprawcą mobbingu może być nie tylko przełożony, ale też kolega, pracownik na równoległym stanowisku, czy grupa osób.
Podpis prezydenta pod ustawą z zadowoleniem przyjęła Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, szefowa resortu rodziny, pracy i polityki społecznej. Dziemianowicz-Bąk uznała wejście w życie ustawy za „świetną wiadomość dla milionów polskich pracowników i pracodawców”.
„Nowe przepisy mają sprawić, by każdy czuł się bezpiecznie w swoim miejscu pracy Są skuteczniejsze, jaśniejsze i bliższe zarówno pracownikom, jak i pracodawcom” – napisała ministra.
Poza tym prezydent podpisał:
Ta ostatnia ustawa ma na celu wdrożenie unijnej dyrektywy dotyczącej poprawy równowagi płci w organach spółek giełdowych. Zakłada ona m.in. wprowadzenie minimalnych wymagań dla spółek giełdowych w zakresie selekcji kandydatów w oparciu o przejrzyste, niedyskryminacyjne zasady.
Przeczytaj także:
„Systemy ostrzegania ludności (...), procedury (...) zadziałały tak, jak powinny zadziałać” – twierdzi minister spraw wewnętrznych i administracji Marcin Kierwiński. W ten sposób odpowiada na pytanie, dlaczego mieszkańcy województw zagrożonych rosyjskimi rakietami, nie otrzymali odpowiednio wcześniej alertów RCB.
Mieszkańcy części województw lubelskiego i podkarpackiego, którzy w nocy ze środy 29 lipca na czwartek 30 lipca byli zagrożeni przez nadlatujące w stronę polskiej przestrzeni powietrznej rosyjskie rakiety, nie otrzymali alertów RCB. Jako sygnału ostrzegawczego użyto syren alarmowych, które zawyły jednak dopiero kilka minut po upadku jednej z rakiet na pole w miejscowości Tarnawa-Kolonia.
Czy system ostrzegania zadziałał prawidłowo?
Podczas czwartkowej konferencji prasowej na miejscu zdarzenia premier Donald Tusk, minister spraw wewnętrznych Marcin Kierwiński i szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz przekonywali, że tak.
„Systemy ostrzegania ludności (...) zadziałały tak, jak powinny zadziałać” – mówił szef MSWiA Marcin Kierwiński.
Wyjaśnił, że od chwili otrzymania informacji o zagrożeniu służby miały około 13 minut na reakcję. W tym czasie uruchomiono – zgodnie z procedurą SPO-13 – najszybszy sposób ostrzegania, czyli syreny alarmowe. Po ustaniu zagrożenia syreny poinformowały także o odwołaniu alarmu – zapewnił Kierwiński. Dodał, że procedura była już dwukrotnie aktualizowana, a po tym incydencie rząd ponownie przeanalizuje jej działanie i w razie potrzeby wprowadzi kolejne zmiany.
Na pytanie o to, dlaczego do mieszkańców nie zostały wysłane alerty RCB, minister tłumaczył, że w nocy syreny są skuteczniejsze niż SMS-y, a przy tak krótkim czasie zagrożenia nie ma możliwości przekazywania szczegółowych instrukcji. Stwierdził, że mieszkańcy powinni znać zasady postępowania opisane w rządowym „Poradniku Bezpieczeństwa".
„Jeżeli wyje syrena alarmowa, to znaczy, że jest zagrożenie” – podkreślał szef MSWiA, apelując o traktowanie takich sygnałów z pełną powagą.
Dziennikarze zwracali jednak uwagę, że mieszkańcy przez blisko dwie godziny po alarmie nie otrzymali żadnych oficjalnych informacji wyjaśniających sytuację ani przez SMS, ani w innych kanałach. Premier Donald Tusk przyznał, że „procedury wymagają uzupełnienia” i zapowiedział wprowadzenie zasady wysyłania po odwołaniu alarmu wiadomości SMS uspokajających mieszkańców i potwierdzających, że zagrożenie minęło.
„Jako społeczeństwo ciągle uczymy się sytuacji, w której musimy reagować na ostrzeżenia sygnały, syreny alarmowe” – mówił Tusk. Zapewnił, że rząd przeanalizuje „wszystkie elementy reakcji państwa” po to, by „każdego tygodnia, każdego miesiąca nasze reakcje były doskonalsze”. Stwierdził jednak, że „na razie z meldunków, szczególnie wojskowych, wynika, że wszystko zadziałało tak, jak powinno”.
Premier porównał obecną sytuację z incydentem pod Bydgoszczą z 2022 r., podkreślając, że dziś wymiana informacji między służbami przebiega znacznie sprawniej.
„Natychmiast po tym, jak podniosły się nasze myśliwce, otrzymałem informacje od pana premiera Kosiniaka-Kamysza, który powiadomił też oczywiście prezydenta” – zapewniał Tusk.
Pojawiły się również pytania, dlaczego rakieta nie została zestrzelona. Tusk i szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz przekonywali, że wojsko było gotowe do użycia siły, jednak decyzja o zestrzeleniu zawsze wymaga oceny ryzyka.
„Decyzja o zestrzeleniu jest zawsze trudną decyzją, nie ze względu na to, że ktoś się czegoś obawia, tylko zestrzelenie może spowodować czasami większe straty niż upadek swobodny rakiety, czy pocisku, czy drona i to muszą żołnierze, którzy są w akcji oceniać. Dla mnie jest ważne, że wojsko było gotowe w każdej chwili do zestrzelenia i na szczęście nie była taka masywna akcja potrzebna” – mówił premier.
Szef MSWiA zaapelował do mieszkańców Polski o zaangażowanie w przygotowanie się do działania w razie poważnych zagrożeń bezpieczeństwa. Przypomniał, że rząd od miesięcy prowadzi działania mające przygotować mieszkańców do reagowania w sytuacjach kryzysowych. Wskazał m.in. na Akademię Ochrony Ludności i Obrony Cywilnej oraz pikniki organizowane przez Państwową Straż Pożarną.
„Bardzo konsekwentnie od wielu miesięcy przeprowadzamy szkolenia (...), gdzie mówi się o tych kwestiach. Podchodźmy do tych informacji bardzo, bardzo poważnie (...). Musimy liczyć na to, że zbudujemy tę odporność populacyjną i umiejętność zachowania się na głos syreny ostrzegający o tym, że niebezpieczeństwo jest realne, że potencjalnie należy się przygotować na masywne uderzenie i że należy postępować zgodnie z tym” – apelował Kierwiński.
W nocy z 29 na 30 lipca na terenie miejscowości Tarnawa-Kolonia w powiecie biłgorajskim spadła rosyjska rakieta balistyczna, najprawdopodobniej – jak wynika z informacji przekazanych przez premiera Donalda Tuska – CH-101. Rakieta spadła na pole uprawne, około 1,5 kilometra od najbliższych zabudowań. Nikt nie został ranny, nie odnotowano też żadnych zniszczeń poza tym, że wybuch rakiety pozostawił w ziemi lej o szerokości 10 i głębokości 5 metrów.
Śledztwo w sprawie prowadzi Wydział ds. Wojskowych Prokuratury Okręgowej w Lublinie. Czynności koordynuje Prokurator Okręgowy z Lublina.
Przeczytaj także:
„Mamy poważne zdarzenie” – powiedział premier Donald Tusk w odniesieniu do rakiety, która spadła w okolicach miejscowości Tarnawa-Kolonia. Poinformował, że nie ma informacji o ofiarach ani o stratach.
Premier Donald Tusk poinformował, że z oględzin miejsca zdarzenia w powiecie biłgorajskim, gdzie koło godziny 3:46 nad ranem w czwartek 30 lipca na pole niedaleko miejscowości Tarnawa Kolonia spadł niezidentyfikowany obiekt, wynika, że był to rosyjski pocisk balistyczny.
„Na razie wszystko to wskazuje, że mamy do czynienia z pociskiem balistycznym Ch-101, rosyjskim” – powiedział premier podczas zebrania specjalnego zespołu powołanego w sprawie wydarzeń na Lubelszczyźnie. Premier podkreślił jednak, że nie można wyprzedzać „efektów szczegółowego badania”.
Tusk określił zdarzenie jako „poważne” i podkreślił, że polskie wojsko i siły sojusznicze były gotowe do zestrzelenia rakiety.
„Pierwsze informacje wskazują jednoznacznie, że odpowiednie służby, przede wszystkim wojsko, nasi piloci, nasze samoloty zadziałały bardzo szybko i sprawnie. Nie było bezpośredniego zagrożenia w związku z tym, że rakieta spadła w terenie niezabudowanym” – podkreślił premier. „Byliśmy gotowi do zestrzelenia tej rakiety w przypadku, gdyby kontynuowała swój lot” – zapewnił.
Minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz poinformował, że systemy obrony powietrznej państwa były postawione „w stan najwyższej gotowości” już od późnego wieczora w środę 29 lipca. Blisko polskiej przestrzeni powietrznej obserwowano ponad 20 obiektów, które mogły stanowić zagrożenie.
„Polskie pary dyżurne F-16 już od godziny około 2 w nocy operowały w okolicy granicy polsko-ukraińskiej, czekając na dalsze rozkazy. Do tego uruchomiono samoloty rozpoznawcze, które operowały nad polską przestrzenią powietrzną i samoloty sojusznicze do tankowania w powietrzu, które z Republiki Federalnej Niemiec wystartowały na terytorium Polski. Działały systemy naziemne (...) Dowódca operacyjny był w pełnej gotowości, miał wszystkie uprawnienia do wydania decyzji o zestrzeleniu” – mówił szef MON.
Do zestrzelenia rakiety ostatecznie nie doszło, ponieważ rakieta spadła na teren niezabudowany. Rakieta była prawdopodobnie uzbrojona w pocisk, który wybuchł, o czym świadczy wielkość leja.
Premier Donald Tusk, szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz oraz szef MSWiA Marcin Kierwiński udali się obecnie na miejsce zdarzenia.
W czwartek o godzinie 3:40 nad ranem wojskowe systemy radiolokacyjne wykryły w polskiej przestrzeni powietrznej niezidentyfikowany obiekt lecący w kierunku zachodnim. Do jego przechwycenia wysłano dyżurny myśliwiec F-16, jednak sześć minut później obiekt zniknął z radarów, zanim udało się go jednoznacznie zidentyfikować. Następnie śmigłowiec Mi-24 wskazał prawdopodobne miejsce jego upadku w pobliżu Tarnawy-Kolonii.
Mniej więcej w tym samym czasie lubelska policja otrzymała zgłoszenie o „potężnym huku”, który słychać było pomiędzy miejscowościami Tarnawa Kolonia a Biskupice w powiecie biłgorajskim, 92 kilometry od granicy z Ukrainy i 42 kilometry na południe od Lublina. Po godz. 5.00 policjanci pomiędzy miejscowością Tarnawa Kolonia a Tokary na polu w odległości około 2 km od zabudowań ujawnili lej oraz porozrzucane elementy niezidentyfikowanego obiektu. Teren został zabezpieczony.
O zdarzeniu powiadomiono służby, w tym Żandarmerię Wojskową, Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Służbę Kontrwywiadu Wojskowego oraz Prokuraturę Okręgową w Lublinie. Na miejsce skierowano też policyjnych kontrterrorystów. Śledztwo prowadzi Wydział ds. Wojskowych Prokuratury Okręgowej w Lublinie. Na miejsce zdarzenia udał się też Prokurator Okręgowy z Lublina, który ma koordynować czynności.
Lej ma 10 metrów szerokości i 5 metrów szerokości. Szczątki rakiety są rozrzucone nawet 200 metrów od krateru.
Wątpliwości ekspertów budzi sposób użycia systemu alarmowego w związku ze zdarzeniem. Syreny alarmowe zawyły w Lublinie oraz w kilku miejscowościach dopiero 5 minut po upadku rakiety. Mieszkańcy nie otrzymali też alertu RCB.