Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Rosja, poprzez zagłuszanie systemów nawigacyjnych, naraża statki na kolizje i inne poważne wypadki – ostrzega 14 państw leżących nad Morzem Bałtyckim i Morzem Północnym, w tym Polska, w liście skierowanym do Międzynarodowej Organizacji Morskiej (IMO).
Rosja zakłóca krytyczne dla bezpieczeństwa sygnały GPS, powodując wypadki i narażając statki na całym świecie na niebezpieczeństwo – ostrzegli sygnatariusze listu, o którym poinformował w środę brytyjski dziennik „The Times”, na który powołuje się PAP.
Swój list napisały: Belgia, Dania, Estonia, Finlandia, Francja, Holandia, Islandia, Litwa, Łotwa, Niemcy, Norwegia, Polska, Szwecja i Wielka Brytania.
Państwa te wezwały też wszystkie kraje i organy morskie, by uznały zagłuszanie sygnałów GPS i nadawanie fałszywych sygnałów za zagrożenie oraz zaczęły opracowywać alternatywne systemy, które mogłyby być wykorzystywane w przypadku zagłuszania sygnałów przez Rosję.
Jak wynika z raportu brytyjskiego Królewskiego Instytutu Nawigacji (RIN), do najczęstszych metod zakłócania należą zagłuszanie (blokowanie lub zagłuszanie sygnałów satelitarnych, aby statki nie mogły określić pozycji) lub nadawanie fałszywych sygnałów satelitarnych.
Rosyjska flota cieni korzysta głównie z niewystarczająco ubezpieczonych starych tankowców, które są powiązane z fałszywymi sygnałami satelitarnymi i innymi formami zakłóceń. W grudniu rosyjski tankowiec Eventin stracił zdolność manewrowania na wodach niemieckich
Ivana-Maria Carionni-Burnett, kapitanka statku i przedstawicielka RIN, powiedziała, że zagrożenia nie da się zlikwidować tradycyjnymi technikami nawigacyjnymi. „To już nie są odosobnione incydenty. Stanowią realne zagrożenie dla życia, ludzi, mienia i środowiska” – powiedziała.
Co więcej, państwa podpisane pod listem, powołując się na Konwencję Narodów Zjednoczonych o prawie morza, zaznaczyli, że statki samowolnie zmieniające banderę mogą być traktowane jako „jednostki bez przynależności państwowej”.
Takie podejście ma zapewnić państwom europejskim większe możliwości działania – np. zatrzymywanie tankowców zmieniających banderę lub nieposiadających wymaganych dokumentów.
Jak podaje PAP, światowa żegluga opiera się na założeniu, że statek już na początku budowy musi otrzymać numer IMO oraz posiadać dokument potwierdzający jego stan techniczny odpowiedni do bezpiecznej żeglugi. Świadectwo to zawiera m.in. informacje dotyczące bandery, właściciela, operatora oraz menedżera technicznego statku.
Flota cieni to statki widmo, głównie stare tankowce, używane do nielegalnego transportu rosyjskiej ropy naftowej w celu omijania zachodnich sankcji. Te jednostki, często rejestrowane pod banderami państw o słabym nadzorze jak Panama czy Liberia, działają poza standardowym monitoringiem morskim.
Statki te mają nieprzejrzystą własność, zmieniane bandery i brak ubezpieczenia, co czyni je „niewidzialnymi” dla międzynarodowych regulacji. Są skupowane na rynku wtórnym, a ich załogi czasem pochodzą z firm z Azji czy Bliskiego Wschodu. Rosja zarobiła dzięki nim miliardy euro na eksporcie paliw kopalnych od 2022 roku, finansując wojnę z Ukrainą.
Flota zagraża bezpieczeństwu morskiemu przez zły stan techniczny statków, ryzyko kolizji i awarii ekologicznych, np. wycieków ropy. Podejrzewa się je o sabotaż infrastruktury krytycznej i szpiegostwo.
Na północnym Atlantyku, około 200 mil morskich na południe od Islandii, amerykańskie siły przejęły objęty sankcjami statek floty cieni Marinera, podejrzewany o transport irańskiej ropy. Jednostka pływała pod banderą Gujany, jednak w trakcie pościgu prowadzonego w grudniu przez Straż Przybrzeżną USA zmieniła banderę na rosyjską, licząc, że uchroni ją to przed kontrolą.
Rosja potępiła przejęcie statku argumentując, że było to „naruszenie prawa morskiego”, ale operacja przebiegła bez incydentów.
Według szacunków flota cieni wykorzystywana przez Rosję, ale także Iran i Wenezuelę liczy obecnie około 1000 statków.
Przeczytaj także:
Policja bada, czy Waldemar Żurek dopuścił się złamania przepisów ruchu drogowego podczas jednego z wywiadów — informuje RMF FM.
Podczas nagrania dla programu „Duży w maluchu” minister sprawiedliwości Waldemar Żurek prowadził Fiata 126p i udzielał wywiadu. Na filmie widać, że nie zatrzymał się przed przejściem, mimo że piesza już znajdowała się na pasach.
Prowadzący program – Filip Nowobilski, ostrzegł go w trakcie jazdy, mówiąc: „Proszę uważać!”, a potem dodał, że minister „prawie przejechał po tej pani”. „Nie no, gdzie, pani była jeszcze daleko. Proszę mi wierzyć, że ja naprawdę jeżdżę bezpiecznie” – mówił szef resortu sprawiedliwości.
Komenda miejska w Krakowie przesłała ten film do komisariatu nr II na terenie dzielnicy Grzegórzki, bo to właśnie w tej okolicy – jak podaje RMF FM – doszło do potencjalnego wykroczenia przez ministra Żurka.
Specjaliści z wydziału ruchu drogowego analizują teraz nagranie pod kątem tego, czy szef resortu sprawiedliwości nie ustąpił pierwszeństwa pieszej.
„Wszyscy jesteśmy równi wobec prawa. Jeżeli miało miejsce wykroczenie, nie uchylam się od odpowiedzialności” – napisał szef resortu sprawiedliwości w mediach społecznościowych.
Jak podaje „Rzeczpospolita” w ubiegłym roku w całym kraju doszło do 4220 wypadków z udziałem pieszych. To o 480 mniej niż rok wcześniej, oraz o 726 mniej niż dwa lata temu. Zginęło w nich 348 pieszych, a to z kolei o 79 mniej niż rok wcześniej, a w porównaniu z 2023 r. o 105 ofiar mniej.
„Szczególnie w dużych miastach wojewódzkich nastąpiła poprawa. Takie było założenie że ustąpienie pierwszeństwa pieszemu wchodzącemu na jezdnię ma poprawić bezpieczeństwo i sądząc po danych, tak się stało” – mówi Robert Opas z Biura Ruchu Drogowego KGP w rozmowie z „RP”.
„Ostrzejsza zima spowodowała, że przez kilka dni stycznia nie mieliśmy żadnej ofiary śmiertelnej wśród pieszych. Ale bardziej uważni są i kierowcy, i piesi” – ocenia.
Paradoksalnie, pieszym sprzyjają korki w miastach. „Kierowcy wtedy jeżdżą wolniej, a przy mniejszej prędkości siłą rzeczy nawet, jeśli dojdzie do potrącenia, skutki są lżejsze” – zauważają policjanci.
Mimo ogólnej poprawy, wciąż do ponad połowy wypadków z udziałem pieszych dochodzi na pasach. Choć i tak jest nieco lepiej niż w 2024 r. – wypadków było wtedy o 233 mniej (łącznie 2517), a ofiar śmiertelnych – 100, a więc o 31 mniej.
Przeczytaj także:
W solidarnosciowej akcji Ciepło dla Kijowa Polki i Polacy wpłacili już 8,6 mln zł. Dużo więcej niż spodziewali się organizatorzy, ale dużo mniej niż Czesi
W ogłoszonej 16 stycznia 2026 zbiórce „Ciepło dla Kijowa” na zakup generatorów prądu i stacji zasilania dla zamarzającej pod rosyjskim ostrzałem stolicy Ukrainy, Fundacja „Stand with Ukraine” postawiła cel – 400 tys., potem stopniowo powiększając go do 1 mln, 3 mln...
28 stycznia o 16.00 było już 8 mln 601 tys.! Złożyły się na to wpłaty 65 721 osób, co daje średnią wpłatę 131 zł, ale 500 tys. wpłaciła Polenergia oraz Kulczyk Foundation (na zakup 120 generatorów prądu). Oznaczałoby to, że Kijów dostanie w wyniku całej akcji ponad 2 tysiące generatorów. Ile ponad to – czas pokaże, bo zbiórka trwa. Warto wziąć w niej udział, zwłaszcza, że na przełom stycznia i lutego prognozy przewidują w Kijowie temperatury ok. minus 20 stopni Celsjusza.
W zbiórce biorą też udział organizacje: Euromaidan-Warszawa, Fundacja Demokracja, redakcja Sestry.eu, Fundacja Otwarty Dialog, Fundacja Polskiej Rady Biznesu oraz inicjatywą Przedsiębiorcy Pomagają, która zrzesza członków Polskiej Radę Biznesu, Corporate Connections, Pracodawców RP i BNI. Partnerami zbiórki są także United Nations Global Compact Network Poland i Polski Czerwony Krzyż.
Inicjatywa jest przedstawiana w mediach, a także przez polityków i polityczki jako wyjątkowy akt solidarności ze strony Polek i Polaków. Jest to o tyle uzasadnione, że od czasów zbiórki na dron Bayraktar w lipcu 2022, kiedy to 207 tys. osób wpłaciło 22,8 mln zł, nie było tak dużej jednorazowej akcji na rzecz Ukrainy. Inicjatywa „Drony dla Ukrainy” w lipcu 2024 roku dała rozczarowujący efekt, wzięło w niej udział kilkadziesiąt osób.
Przeczytaj także:
Systematycznie wspiera Ukrainę wiele organizacji, jak choćby Sikorki na Ukrainie, czy Fundacja Uniters, ale wszyscy potwierdzają, że skłonność do pomagania naszym sąsiadom pomaga.
Efekty zbiórki zasługują na uwagę, bo stanowią pozytywny sygnał na tle spadku nastrojów proukraińskich w Polsce, czemu sprzyja antyukraińska propaganda generowana przez rosyjskie boty, a także polityczna gra skrajnej prawicy (Konferedacji i przede wszystkim KKP Grzegorza Brauna) i takich postaci jak Leszek Miller.
Przeczytaj także:
Także liberałowie unikają wyraźniejszych sygnałów sympatii zwłaszcza wobec ukraińskich uchodźców, a politycy zamknęli właśnie ustawę pomocową dla Ukrainy.
Skala aktu solidarności z cierpiącym Kijowem budzi mniejszy podziw, przy porównaniu z analogiczna zbiórką prowadzoną przez inicjatywę nazwaną z czeskim poczuciem humoru „Darek pro Putina” (Prezent dla Putina).
Akcja pomocy „SOS Kijów. Szybka zbiórka na generatory prądu i power banki” przyniosła już 159,8 mln koron, czyli ponad 27 mln zł. Darczyńców jest już 88 241 (w tym także instytucje), co daje średnią wpłatę ok. 308 zł. A „prezentów dla Putina” jest więcej, m.in. drony, karetki i siatki do osłony przed dronami agresora.
Zważywszy na to, że liczba ludności w Czechach jest 3,5 raza mniejsza, oznacza to że podobny do czeskiego poziom ofiarności dałby w Polsce 94,5 mln zł, czyli ponad 10 razy więcej niż zebraliśmy.
Zbiórka dla Kijowa (i innych miast) jest bezwzględnie potrzebna, bo jak codziennie informujemy w OKO.press, uderzenie w infrastrukturę energetyczną, pozbawienie ludzi ciepła, prądu i wody, staje się główną bronią Rosji, która nie może osiągnąć wiekszych sukcesow na froncie i chce w ten sposób osłabić morale zaatakowanego narodu.
Przeczytaj także:
Portret cierpiącego Kijowa przedstawiła w OKO.press Krystyna Garbicz
Przeczytaj także:
Podczas spotkania z wyborcami w Minneapolis mężczyzna wylał nieznaną substancję na kongresmenkę Partii Demokratycznej Ilhan Omar, często krytykowaną przez Donalda Trumpa.
Ilhan Omar została zaatakowana podczas swojego wystąpienia w radzie miejskiej w Minneapolis. Jeden z uczestników wydarzenia spryskał ją cieczą nieznanego pochodzenia przy użyciu strzykawki. Obecny na miejscu dziennikarz BBC relacjonował, że ciecz miała kwaśny zapach przypominający chemikalia.
Omar krytykowała działania federalnej Służby Imigracyjnej i Celnej (ICE) i wzywała do jej likwidacji, a także ustąpienia Kristi Noem – sekretarz Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego – instytucji, która nadzoruje ICE.
Do ataku doszło w momencie, gdy Ilhan Omar apelowała do administracji Donalda Trumpa o zmianę dotychczasowej polityki.
W ostatnich tygodniach w mieście trwają protesty społeczne przeciwników brutalnych działań funkcjonariuszy tej agencji wobec migrantów. W wyniku operacji agentów dotychczas zginęło dwóch obywateli USA -- 37-letni Alex Pretti oraz 37-letnia Renee Good.
Przeczytaj także:
Omar nie odniosła obrażeń i kontynuowała swoje wystąpienie. „Nic mi nie jest. Jestem osobą, która potrafi przetrwać, więc ten mały agitator nie zastraszy mnie ani nie powstrzyma od wykonywania mojej pracy. Nie pozwalam, by gnębiciele wygrywali” – napisała później na platformie X.
Policja poinformowała o zatrzymaniu 55-letniego Anthony’ego Jamesa Kazmierczaka. Postawiono mu zarzut napaści trzeciego stopnia. Obecnie przebywa w areszcie.
Pytany przez dziennikarzy ABC News Donald Trump stwierdził, że nie jest zainteresowany oglądaniem nagrania z przebiegu wydarzenia. „Znając ją, prawdopodobnie sama się spryskała” – powiedział, cytowany przez stację.
W 2019 roku Ilhan Omar przeszła do historii jako pierwsza Amerykanka somalijskiego pochodzenia, urodzona poza USA oraz jedna z dwóch pierwszych muzułmanek wybranych do Kongresu Stanów Zjednoczonych.
Represyjne działania administracji Donalda Trumpa w Minneapolis rozpoczęły się w grudniu – jak podaje BBC – po skazaniu grupy somalijskich migrantów za oszustwa związane z programami socjalnymi. Minnesota jest jednocześnie stanem, w którym mieszka największa społeczność somalijskich migrantów w USA.
Trump regularnie krytykował Demokratów tego stanu, a Ilhan Omar nazywał „radykalnie lewicową wariatką”. W rozmowie z „The New York Times” powtórzył nieprawdziwe twierdzenia, że Omar wzięła ślub ze swoim bratem, a także, że chwaliła Al-Kaidę.
Na początku stycznia Trump pisał na platformie Truth Social, że Omar „powinna trafić do więzienia”, sugerując jej deportację do Somalii, którą określił jako „jeden z najgorszych krajów na świecie”. Dodał, że mogłaby pomóc w „uczynieniu Somalii ponownie wielką”.
Tego samego dnia, w którym doszło do ataku na kongresmenkę, Policja Kapitolu Stanów Zjednoczonych poinformowała o 50-proc. wzroście liczby gróźb kierowanych wobec polityków obu partii, ich rodzin, współpracowników oraz samego Kongresu.
Przeczytaj także:
„Następny atak będzie znacznie gorszy!” – napisał w mediach społecznościowych Donald Trump, zwracając się do irańskich władz. Ryzyko konfrontacji militarnej USA – Iran rośnie
„Potężna Armada zmierza w kierunku Iranu. Porusza się szybko, z ogromną siłą, entuzjazmem i jasno określonym celem. Jest to większa flota, dowodzona przez wielki lotniskowiec Abraham Lincoln, niż ta wysłana do Wenezueli. Podobnie jak w przypadku Wenezueli, jest ona gotowa, chętna i zdolna do szybkiego wykonania swojej misji — z szybkością i przemocą, jeśli zajdzie taka potrzeba” – grzmi Donald Trump w porannym poście w swojej sieci społecznościowej Truth Social.
Amerykański prezydent we wpisie wyraża nadzieję, że Iran jak najszybciej usiądzie do negocjacji z Amerykanami. Te miałyby m.in. dotyczyć irańskiego programu atomowego. Trump dodał, że rozmowy rok temu nie udały się z winy Iranu i przez to doszło do amerykańskiego ataku na irańskie instalacje atomowe.
„Następny atak będzie znacznie gorszy! Nie dopuśćcie do tego ponownie” – pisze Trump.
Amerykanie faktycznie zwiększają swoją obecność wojskową w regionie. Poza wspomnianym przez Trumpa lotniskowcem to m.in. trzy niszczyciele wystrzeliwujące pociski Tomahawk oraz kilkanaście samolotów F15E.
Irańscy przedstawiciele przy ONZ przekazali, że są gotowi do „dialogu opartego na wzajemnym szacunku i interesach”. Jednocześnie dodali w komunikacie, że jeżeli Iran zostanie zepchnięty do defensywy, będzie się bronił i „odpowie tak, jak nigdy wcześniej”. I przypomnieli: gdy Amerykanie zaatakowali Irak i Afganistan, stracili ogromne pieniądze i siedem tysięcy osób.
Amerykański portal Axios pisał 26 stycznia, że według Amerykanów jakiekolwiek porozumienie musi obejmować:
Łatwo zauważyć, że są to żądania maksymalistyczne, na które Irańczycy nie mogą się zgodzić. Oznaczałoby to bowiem pełną kapitulację i upokorzenie dla rządu w Teheranie. Irańczycy kanałami dyplomatycznymi i w oficjalnych komunikatach sugerują chęć rozmów. Ale jasne jest, że rozmowy te będą trudne.
Dlatego w najbliższych dniach i tygodniach można spodziewać się eskalacji napięcia pomiędzy oboma krajami. Jeśli rozmowy odbyłyby się i miały doprowadzić do ostatecznej deeskalacji, Amerykanie musieliby obniżyć swoje żądania i pójść na kompromisy. Kluczowe pytanie brzmi więc – na ile są dziś do tego zdolni. Trump czuje się dziś mocny i najpewniej jest chętny, by powtórzyć to, czego dokonał w Wenezueli.
Mało możliwe jest, by Amerykanie mogli porwać irańskiego przywódcę, Alego Chameneiego. Ale mają duże możliwości uderzenia w najróżniejsze cele wojskowe i związane z reżimem. To jednak powoduje ryzyko irańskiej odpowiedzi np. w postaci ataku na Izrael, a w konsekwencji – rozpętania regionalnej wojny. Amerykanie nie obalą w ten sposób Republiki Islamskiej. Ale mogą znacznie osłabić reżim Chameneiego i zmusić do ustępstw w ewentualnej kolejnej rundzie rozmów.
Dokładny przebieg wydarzeń jest dziś trudno przewidzieć. Ale ryzyko konfrontacji militarnej jest dzisiaj stosunkowo wysokie, podobnie jak w czerwcu 2025 roku.
Przeczytaj także: