Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Według stanu na środę rano, 21 stycznia, około 4000 budynków w Kijowie pozostaje bez ogrzewania, a prawie 60 proc. ukraińskiej stolicy jest bez energii elektrycznej. W Kijowie mieszka ok. 3,5 mln ludzi.
O sytuacji ostrzeliwanego przez Rosję kraju poinformował koło południa prezydent Ukrainy. Był wtedy po spotkaniu dotyczącym sytuacji w ukraińskim systemie energetycznym. Najtrudniejsza sytuacja pozostaje w Kijowie i obwodzie kijowskim, Charkowie i obwodzie charkowskim, Sumach, Czernihowie i obwodzie czernihowskim, Dniprze.
„Ekipy remontowe i Państwowa Służba ds. Sytuacji Nadzwyczajnych Ukrainy, pracownicy przedsiębiorstw energetycznych i służb komunalnych są zaangażowani w maksymalnym stopniu” – zapewnił Zełenski. Dodał, że nie zgadza się z raportami władz miejskich, że zaangażowane siły są wystarczające, ale potrzeba czasu. „Potrzebne są dodatkowe środki, dodatkowe zaangażowanie zasobów” – utrzymuje ukraiński prezydent. Dodał, że rozmawiał z przedstawicielami rządu i Ukrenergo – państwowego operatora systemu przesyłowego energii elektrycznej na temat tego, co jest niezbędne do przyspieszenia napraw sieci i podstacji.
„Ministerstwo Spraw Wewnętrznych poinformowało o rozmieszczeniu i wykorzystaniu punktów wsparcia i ogrzewania oraz o przygotowaniu ciepłych posiłków dla ludzi. Ważne jest, aby zapewnić działanie stacji bazowych i łączności komórkowej” – kontynuował Zełenski.
Zaznaczył, że premier i minister obrony sprawdzą wszystkie informacje dotyczące mobilizacji do armii pracowników przedsiębiorstw energetycznych i komunalnych zgłoszonych jako niezbędni do likwidacji skutków rosyjskich ataków i sytuacji nadzwyczajnej.
„W przypadku takich przedsiębiorstw wszyscy pracownicy są formalnie uznani jako niezbędni i nie podlegają mobilizacji” – poinformował Zełenski. „Nie można więc uzasadniać braku skutecznej reakcji na miejscu niedoborem kadr – miasta mają zasoby, aby zatrudnić ludzi do pracy”.
Zełenski też dodał, że oczekuje osobnych raportów rządowych urzędników na temat programów wsparcia dla Ukraińców i przedsiębiorstw w sytuacji nadzwyczajnej. „Potrzebne są działania, które realnie pomogą ludziom i pozwolą ustabilizować sytuację” – mówił prezydent Ukrainy.
Zaznaczył, że dziś będą również spotkania z partnerami, którzy mogą zapewnić krajowi dodatkowe wsparcie. „Priorytety są oczywiste dla wszystkich: rakiety dla obrony przeciwlotniczej, sprzęt dla energetyki, jak najszybsze wykonanie wszystkich niezbędnych prac. Dziękuję wszystkim, którzy pomagają!”
Po rosyjskich atakach z 8 na 9 stycznia Ukraińcy żyją w trybie awaryjnych przerw w dostawie prądu. W związku z tym nie ma ogrzewania i dostaw wody. Najtrudniejsza sytuacja jest w stolicy Ukrainy, w której mieszka ok. 3,5 mln ludzi.
Ukraińskim służbom udało się minimalnie ustabilizować sytuację i częściowo przywrócić dostawy prądu na parę godzin dziennie, ale Rosjanie znowu uderzyli. W nocy na 20 stycznia przeprowadzili zmasowany atak rakietowy (do którego wykorzystali m.in. pociski balistyczne) na obiekty infrastruktury krytycznej.
„Po tym ataku na stolicę bez ogrzewania pozostało 5635 wielopiętrowych budynków. Prawie 80 proc. z nich to domy, do których od 9 stycznia przywrócono dostawy ciepła” – mówił Witalij Kłyczko, prezydent Kijowa. Według stanu na wieczór 19 stycznia tylko 16 spośród sześciu tysięcy domów pozostawało bez ogrzewania.
W komentarzu dla „The Times” Kłyczko powiedział, że w styczniu stolicę opuściło 600 tysięcy osób.
Przeczytaj także:
Od czterech lat pełnoskalowej wojny Rosja wciąż nie może podbić Ukrainy na polu walki. Niszcząc ukraiński system energetyczny podczas mrozów (atakując ostatnio zwłaszcza obiekty zapewniające ogrzewanie i dostawy wody), chce doprowadzić do kryzysu humanitarnego. Działania Federacji Rosyjskiej są celowe, a rosyjska propaganda się nimi szczyci.
Według Służby Bezpieczeństwa Ukrainy od początku tegorocznego sezonu grzewczego SBU udokumentowało 256 ataków powietrznych Federacji Rosyjskiej na obiekty energetyczne i systemy ciepłownicze Ukrainy. Od początku października 2025 roku do chwili obecnej agresorzy celowo zaatakowali 11 elektrowni wodnych i 45 największych ukraińskich elektrociepłowni.
Obecnie system energetyczny Ukrainy znajduje się w najgorszym stanie od prawie czterech lat wojny. Składa się na to kilka czynników: nasilenie rosyjskich ataków, znaczny spadek temperatury (jest to najsurowsza zima od 20 lat w Ukrainie) oraz wzrost awaryjności obiektów energetycznych. Rosjanie atakują ukraińskie obiekty energetyczne od 2022 roku. Niektóre były kilkakrotnie naprawiane. Kończą się też części zamienne.
„Jeśli naprawiamy te same obiekty kilka razy, a nawet kilkadziesiąt razy, to w końcu pozostaje tylko łata na łacie i prawie nie ma co naprawiać. Niska temperatura, złe warunki pogodowe również zwiększają awaryjność.
Nie należy też zapominać, że większość sieci i systemów jest zużyta. Zużycie to zwiększa ciągłe włączanie i wyłączanie urządzeń w celu realizacji harmonogramów stabilizacji i ograniczeń mocy. Żywotność całego sprzętu, całej automatyki bardzo szybko się wyczerpuje, gdy jest on ciągle włączany i wyłączany” – wyjaśnia w tekście dla ukraińskiego portalu hromadske Hennadij Riabcew, ekspert ds. energetyki i profesor Kijowsko-Mohylańskiej Szkoły Zarządzania.
Jak podaje hromadske, 16 stycznia prezydent Zełenski po raz pierwszy podał dane dotyczące deficytu energii elektrycznej w Ukrainie. Zapotrzebowanie kraju na energię w zimnych warunkach wynosi 18 GW na godzinę, a możliwości ukraińskiej generacji — tylko 11 GW.
Przeczytaj także:
Trwa polska zbiórka na generatory prądu dla Kijowa, w ciągu kilku dni uzbierano już ponad 5 mln zł – pieniądze można wpłacić TUTAJ.
Przeczytaj także:
Zaledwie 10 głosami przewagi Europarlament skierował umowę do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Co sprawia, że jej procedowanie zostaje zamrożone. I to przynajmniej na dwa lata.
W środę (21 stycznia 2026) posłowie z Parlamentu Europejskiego zagłosowali w Strasburgu nad skierowaniem umowy UE z Mercosurem do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Chcą, by Trybunał sprawdził, czy ta jest zgodna z prawem unijnym.
Wątpliwości wzbudza bowiem podział umowy z krajami Mercosuru na dwie części: handlową, która nie wymaga ratyfikacji przez państwa UE i polityczną. Politycy przeciwni umowie twierdzą, że Komisja Europejska próbuje w ten sposób przepchnąć umowę tylnymi drzwiami.
Wniosek przeszedł raptem 10 głosami. Za głosowało 334 europosłów, przeciw 324. 11 osób wstrzymało się od głosu.
Autorem rezolucji przyjętej przez PE jest grupa 150 europosłów. Wśród nich są parlamentarzyści z Koalicji Obywatelskiej i PSL.
Decyzja eurodeputowanych oznacza, że wdrażanie umowy zostaje zamrożone – i to nawet na dwa lata, bo tyle trwa procedowanie wniosków w TSUE. „Parlament Europejski będzie kontynuował analizę tekstów, oczekując na opinię Trybunału Sprawiedliwości UE. Dopiero po jej otrzymaniu Parlament będzie mógł wyrazić zgodę na umowę (lub nie)” – czytamy w komunikacie prasowym europarlamentu.
Decyzja PE i skierowanie wniosku dalej jest procedurą bardzo rzadką – dotąd parlamentarzyści skorzystali z niej raptem cztery razy w historii. Jedną z tych spraw była Konwencja Stambulska i przystąpienie do niej Unii Europejskiej, czemu sprzeciwiały się Polska i Węgry.
Umowa handlowa między Unią Europejską a krajami Mercosuru miała znieść cła na 91 procent produktów w wymianie handlowej, w tym cła na samochody, ubrania, obuwie, wino i napoje alkoholowe. Mercosur zgodził się też na obniżenie lub zniesienie ceł na unijne produkty rolne wysyłane do obszaru Mercosur – obecnie cła sięgają 55 proc.
Jak pisał na łamach OKO.press Marcel Wandas, według Komisji Europejskiej umowa to czysty zysk, bo rozwijająca się klasa średnia w Ameryce Łacińskiej docenia jakościowe produkty z Unii. W krajach członkowskich południowoamerykańskiej wspólnoty gospodarczej nie będzie można też podrabiać chronionych unijnym prawem wyrobów europejskich serowarów czy wędliniarzy.
Przeczytaj także:
Najistotniejsze jest jednak wprowadzenie kontyngentów, czyli rocznych limitów importu z krajów Mercosuru, do których będziemy dochodzić stopniowo przez 5 do 10 lat.
Najważniejsze z objętych nimi produktów to:
Liczby te mogą robić wrażenie, ale nie wytrzymują zderzenia z możliwościami europejskiego rolnictwa. Roczna produkcja wołowiny w UE wynosi ponad 6 mln ton, drobiu – ponad 13 mln ton, sera – ponad 10 mln ton, samej kukurydzy – 60 mln ton, sorgo – ponad milion ton. Import tych towarów w ustalonych kontyngentach w żadnym stopniu nie zagrozi europejskim producentom żywności.
Kontyngenty z krajów Mercosur nie mogą również znacząco wpłynąć na polski rynek. Nasz kraj odpowiada za roczną produkcję ponad 500 tys. ton żywca wołowego, ponad 3 mln ton drobiu, niemal miliona ton sera i ponad 10 mln ton kukurydzy. W każdym z tych przypadków plasujemy się europejskiej czołówce.
Mówiąc wprost: import z Argentyny, Paragwaju, Urugwaju i Brazylii rozpłynie się jak kropla w morzu wspólnego rynku 27 unijnych państw. Ale rolnicy w całej Europie od tygodni protestując przeciwko jej ratyfikacji.
Przeczytaj także:
„Stany Zjednoczone są kluczowym sojusznikiem dla Polski”, „NATO jest stabilne”, „kwestia Grenlandii powinna być rozwiązana za drodze dyplomatycznej” – to główne tezy wystąpienia prezydenta Karola Nawrockiego na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos. Spotkanie poświęcone było obronności Europy.
„Donald Trump starał się przekonać naszych europejskich partnerów, że musimy się zjednoczyć. Jego głos jest bardzo ważny. W Europie jest konieczność solidarności, ale jest też konieczność, by budować dobre relacje transatlantyckie. One są bardzo ważne. Wiemy przecież, jak wiele błędów popełniła Europa przed 2022 rokiem” – mówił Karol Nawrocki w Davos.
Prezydent brał udział w niemal godzinnej dyskusji poświęconej obronności Europy zatytułowanej „Czy Europa jest w stanie się bronić?”. W panelu udział brali także sekretarz generalny NATO Mark Rutte i prezydent Finlandii Alexander Stubb.
Dyskusję zdominowały pytania o polityczne zapędy Donalda Trumpa dotyczące zajęcia Grenlandii. Sama Dania zrezygnowała z uczestnictwa w szczycie w Davos. Do Davos wybiera się prezydent USA i w środę (21 stycznia) po południu wygłosi przemówienie.
Prezydent Polski w żaden sposób nie komentował postawy Trumpa. Zapewniał za to, że Stany Zjednoczone są dziś najważniejszym sojusznikiem Polski i że Trumpa w Europie „potrzebujemy”. Wskazywał, że wkład Unii Europejskiej w gospodarkę światową jest on równy wkładowi Ameryki, choć USA wydaje niebagatelnie więcej na obronność w NATO.
„Musimy słuchać, co Donald Trump ma do powiedzenia w sprawach obronności i bezpieczeństwa” – mówił Nawrocki dodając, że to Trump zmobilizował kraje Europy do zwiększenia wydatków na obronność.
A Grenlandia? Karol Nawrocki przyznał, że Dania jest partnerem Polski, ale patrzy na Grenlandię jako „punkt strategiczny i temat geopolityczny pomiędzy światem demokratycznym, wolnym, a Rosją”.
„Polska zwiększyła procent PKB przeznaczany na wojsko do prawie pięciu procent. Mamy najsilniejszą armię w Europie Środkowo-Wschodniej. Czujemy się za Polskę odpowiedzialni. Ja wierzę w polskich żołnierzy, wierzę w nasz sojusz i gotowość do walki z każdym, kto chce Polskę najechać” – mówił prezydent wskazując, że temat Grenlandii nie może przykryć rozmów pokojowych dotyczących Ukrainy.
Mark Rutte, szef NATO, wezwał nawet Europę do utrzymania swojej uwagi na kwestii ukraińskiej, bo to ona powinna być dla Europy priorytetem, z kluczowym znaczeniem dla bezpieczeństwa kontynentu.
„Wciąż czujemy zagrożenie ze strony Rosji. Jesteśmy w środku wojny hybrydowej” – wskazywał dodając, iż ma nadzieję, że Europa powoli zbliża się do pokoju w Ukrainie.
Karol Nawrocki otrzymał od Donalda Trumpa zaproszenie do członkostwa w Radzie Pokoju ws. Strefy Gazy i Palestyny – jako jeden z 60 krajów.
Opinię w tej sprawie dla prezydenta przygotowuje Ministerstwo Spraw Zagranicznych, bowiem nie dość, że Trump oczekuje wpłaty miliarda dolarów od kraju członkowskiego – co odbierane jest jako haracz za nietykalność danego kraju, to dodatkowo zaprosił do niej m.in. Władimira Putina, Aleksandra Łukaszenkę czy Benjamina Netanjahu.
Zgodę na udział w Radzie Pokoju wyraziło na razie 10 krajów – w tym Białoruś, Izrael, Węgry czy Argentyna. Decyzja Nawrockiego musi być poprzedzona zgodą polskiego rządu.
Przyjęcia zaproszenia odmówił już prezydent Francji Emmanuel Macron. Trump w odwecie zagroził Francji sankcjami i wysokim cłem na francuskie wina.
Przeczytaj także:
Pięciu byłych urzędników z Ministerstwa Sprawiedliwości oraz ksiądz Michał Olszewski, szef Fundacji Profeto, która w ustawionym konkursie dostała z resortu niemal 98 milionów złotych na budowę imperium na miarę ks. Rydzyka. 21 stycznia w Sądzie Okręgowym w Warszawie rozpoczyna się proces ws. afery w Funduszu Sprawiedliwości.
Ponad dwa tysiące dowodów w sprawie nieprawidłowości w Funduszu Pomocy Pokrzywdzonym oraz Pomocy Postpenitencjarnej, znanego jako Fundusz Sprawiedliwości, ma przedstawić prokuratura. 21 stycznia o godzinie 10 w Warszawie rozpoczął się pierwszy proces w tej sprawie. Prokuratura przekazała do sądu 360 tomów akt.
Na ławie oskarżonych przez Zespół Śledczy nr 2 Prokuratury Krajowej zasiada sześć osób. To:
Prokuratura zarzuca ks. Olszewskiemu, prezesa Fundacji Profeto udział w zorganizowanej grupie przestępczej, która popełniała przestępstwa przeciwko mieniu i wyrządziła szkody w wielkich rozmiarach w mieniu Skarbu Państwa. Zarzuty te postawiono także urzędniczkom z resortu.
Olszewski ma też odpowiedzieć za tzw. pranie pieniędzy. Prokuratura wskazała bowiem nie tylko na fakt, że planowane imperium ks. Olszewskiego znacząco odbiegało od celi Funduszu (czyli pomocy pokrzywdzonym). Śledczy podnoszą również wątek wątpliwych mechanizmów między umową najmu gruntu a transferami pieniężnymi, co utrudniało stwierdzenie źródła pochodzenia tych środków.
Oskarżeni nie przyznają się do winy. Najpiew pod budynkiem Sądu Okręgowego, a potem pod salą sądową trwa manifestacja środowisk prawicowych (głównie Ruchu Obrony Granic Roberta Bąkiewicza) mająca na celu wsparcie ks. Olszewskiego – z którego PiS i Zjednoczona Prawica przez miesiąca próbowała zrobić więźnia politycznego, a sam proces upolitycznić i uczynić z niego element walki rządu z PiS-em.
Państwowy fundusz, który ma pomagać ofiarom przestępstw, stał się za rządów PiS partyjną skarbonką Suwerennej Polski. Zbigniew Ziobro stworzył system, który stał się symbolem wydawania publicznych pieniędzy na polityczne cele. Bo to właśnie stamtąd szły strumienie pieniędzy do organizacji lub instytucji działających w okręgach wyborczych polityków Suwerennej Polski.
Skalę nieprawidłowości w Funduszu Sprawiedliwości poznaliśmy dzięki taśmom ujawnionym w maju 2024 roku przez Tomasza Mraza. Były dyrektor w ministerstwie sprawiedliwości przez dwa lata nagrywał urzędników i polityków odpowiadających za wydatkowanie środków z państwowego funduszu.
Przeczytaj także:
Jak ujawnili Maria Pankowska i Sebastian Klauziński na łamach OKO.press, rekordowo wysoka dotacja trafiła do ks. Michała Olszewskiego. Oficjalnie 66 milionów miało trafić na budowę ośrodka dla ofiar przestępstw. Tyle że w rzeczywistości ksiądz budował medialne imperium na miarę ojca Rydzyka – salę widowiskową, pięć studiów nagraniowych, trzy reżyserki, dwie serwerowania i biura open space.
Przeczytaj także:
W sprawie Grenlandii „myślę, że wypracujemy coś, co będzie bardzo satysfakcjonujące dla NATO i dla nas, ale potrzebujemy tego ze względów bezpieczeństwa. Potrzebujemy tego dla bezpieczeństwa narodowego, a nawet dla bezpieczeństwa światowego. To bardzo ważne” – ogłosił Donald Trump
Trump miał 20 stycznia konferencję prasową podsumowującą pierwszy rok prezydentury. Chwalił się osiągnięciami gospodarczymi i w polityce migracyjne. Narzekał, że nie są one doceniane. Pytany o sposób przejęcia Grenlandii – którą, jak wcześniej wielokrotnie mówił- zamierza przyłączyć do USA, gdyż jest to „konieczne dla ich bezpieczeństwa”, powiedział tylko: „Dowiecie się”. Dodał także, że „mamy zaplanowanych wiele spotkań na temat Grenlandii i myślę, że wszystko pójdzie całkiem dobrze”.
„Myślę, że wydarzy się coś, co będzie bardzo dobre dla wszystkich” – powiedział. Nie podał żadnych szczególów.
Po raz kolejny wyraził żal do władz Norwegii, że nie przyznały mu pokojowego Nobla (Trump konsekwentnie ignoruje fakt, że nagrodę przyznaje niezależny od władz Komitet Noblowski). „Straciłem wiele szacunku do Norwegii” – mówi Trump. Twierdził, że ma dobre stosunki z premierem Wielkiej Brytanii i prezydentem Francji. Po raz kolejny powtórzył, że „nikt nie zrobił dla NATO tyle” co on, a sojusz ten stał się „znacznie silniejszy”, odkąd objął urząd w Białym Domu (bo zmusił członków sojuszu do podniesienia wydatków na obronę).
„NATO będzie szczęśliwe i my też będziemy szczęśliwi”. „Potrzebujemy tego dla bezpieczeństwa świata”. „Moją największą obawą związaną z NATO jest to, że wydajemy na nie ogromne pieniądze i wiem, że przyjdziemy im z pomocą, ale mam wątpliwości, czy oni przyjdą z pomocą nam”.
Po serii późnonocnych wpisów na portalu Truth Social, które zdenerwowały sojuszników Ameryki, Donald Trump przyjął dziś w sali prasowej Białego Domu bardziej wyważoną postawę – pisze BBC.
Działania Trumpa są już interpretowane jako próba osłabienia Europy i rozbicia NATO – by z wybranymi z dawnego sojuszu partnerami robić interesy. Pisze o tym w OKO.press Witold Głowacki:
Przeczytaj także:
Z taką interpretacją działań Trumpa wystąpił też dziś szef MSZ Rosji Ławrow. Nie ukrywał, że Rosja Putina bardzo by na tym skorzystała:
Przeczytaj także:
Tymczasem jednak Trump napotkał na wyraźny opór dotychczasowych sojuszników. Czas na schlebianie Donaldowi Trumpowi dobiegł końca, a Europa powinna stanowczo odpowiedzieć gospodarczo, jeśli USA nałoży cła na sojuszników z NATO , którzy wysłali wojska na Grenlandię – powiedział były szef NATO i były premier Danii Anders Fogh Rasmussen.
Prezydent Francji Emmanuel Macron powiedział natomiast, że „Europa nie ulegnie naciskom ani nie da się zastraszyć”. Francja i Europa nie będą „biernie akceptować prawa silniejszego” – powiedział Macron na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos , dodając, że postępowanie w przeciwnym razie doprowadziłoby do ich „wasalizacji”.
„Wolimy szacunek od tyranów. I wolimy rządy prawa od brutalności”.
- mówił Macron w Davos, do którego za dwa dni wybiera się Trump.
Przeczytaj także:
Parlament Europejski wstrzymał proces ratyfikacji umowy handlowej zawartej w ubiegłym roku między Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi. Źródło PAP w Brukseli podało, że głosowanie nad porozumieniem w komisji handlu międzynarodowego PE, planowane pierwotnie na koniec stycznia, nie dojdzie do skutku. W sprawie tej miała zapanować zgodność między najważniejszymi frakcjami.
„Ustępstwa są zawsze oznaką słabości” – napisał polski premier Donald Tusk na X. Nie wspomniał o Trumpie, ale ostry ton kraju, który nie wysłał swoich żołnierzy na pomoc Grenlandii, jest znaczący (według Onetu Tusk chciał wojska na pomoc Danii wysłać, ale odwiódł go od tego konserwatywny wicepremier Kosiniak Kamysz, który liczy na dobre kontakty z konserwatywnymi Amerykanami). – „Europa nie może sobie pozwolić na słabość – ani wobec wrogów, ani wobec sojuszników. Ustępstwa nie przynoszą żadnych rezultatów, a jedynie upokorzenie. Europejska asertywność i pewność siebie stały się potrzebą chwili” – napisał Tusk.
„Nie jest niczym niezwykłym, że Trump bywa chwiejny w kontaktach z zagranicznymi przywódcami, w zależności od okoliczności i swojego nastroju. Dziś rano w Davos sekretarz skarbu Scott Bessent radził europejskim przywódcom, aby zachowali cierpliwość – pisze dziennikarz BBC Anthony Zurcher. – Jednak biorąc pod uwagę opór, z jakim amerykański prezydent spotkał się w ostatnich dniach ze strony swoich zagranicznych odpowiedników, Trumpowi może być trudniej uspokoić nerwy, gdy jutro przybędzie do Szwajcarii”.
Przeczytaj także:
Po roku rządów Trup ma słabe sondaże. Według sondażu Reuters/Ipsos przeprowadzonego w zeszłym tygodniu 58% dorosłych Amerykanów nie pochwala jego pracy. Popiera Trumpa 41% ankietowanych.