Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Według prezydenta Zełenskiego Ukraina musi też jak najszybciej opracować alternatywę dla systemów Patriot. Pod koniec roku powinny pojawić się „konkretne wyniki”.
Ukraina, która zmaga się z brakiem pocisków przechwytujących do systemów Patriot, planuje do przyszłego roku opracować własny system rakiet balistycznych i obrony przeciwrakietowej, jednocześnie rozwijając europejski system obrony przeciwbalistycznej.
W czwartek (6 sierpnia) prezydent Zełenski przeprowadził odpowiednią spotkanie z przedstawicielami instytucji, które są zaangażowane w te działania.
„Opracowanie własnej balistyki i stworzenie nowego systemu przeciwrakietowego to zadanie, które udało się zrealizować jedynie nielicznym krajom na świecie. Ukraina posiada tę zdolność. Ukraińcy dysponują odpowiednią bazą naukową i kompetencjami. Możemy stwierdzić, że również nasi producenci broni osiągnęli już wymagany poziom. Liczymy, że w latach 2026–2027 Ukraina osiągnie oczekiwane wyniki” – napisał Wołodymyr Zełenski w mediach społecznościowych. Dodał, że podczas spotkania omówiono kluczowe wyzwania, a mianowicie dostęp do komponentów o znaczeniu krytycznym, a także dodatkowe działania w zakresie współpracy technologicznej z partnerami oraz lokalizację produkcji.
Zełenski poinformował, że są postępy w realizacji programu FREYJA. Jest to wspólna inicjatywa Ukrainy oraz kilku krajów europejskich. Jej celem jest stworzenie alternatywy dla kosztownych amerykańskich pocisków typu Patriot, których zapasy w USA znacznie się wyczerpały w wyniku konfliktu w Iranie.
Powstanie tzw. koalicji antybalistycznej ogłoszono podczas spotkania przywódców państw koalicji chętnych 13 lipca w Paryżu. Oprócz Ukrainy udział w tym projekcie zadeklarowali liderzy Danii, Francji, Niemiec, Włoch, Norwegii, Hiszpanii, Szwecji, Wielkiej Brytanii i Holandii. Do inicjatywy dołączyło również dwunastu europejskich producentów uzbrojenia. Zełenski dodał, że Ukraina oczekuje, że do koalicji antybalistycznej dołączą również inne kraje partnerskie, które są w stanie wnieść realny wkład.
„Ukraina jest w stanie wyprodukować własną rakietę i wyrzutnię, a partnerzy zapewnią niezbędne komponenty i kluczowe elementy: radary, czujniki oraz inne potrzebne elementy. Wszyscy w Europie odniosą ogromne korzyści dzięki własnemu, naprawdę zakrojonemu na szeroką skalę programowi przeciwrakietowemu” – mówił ukraiński prezydent. Jak dodał, inne kraje pracowały nad swoimi projektami przez dziesięciolecia. Ukraina musi jednak działać jak najszybciej, tak aby na przełomie lat 2026–27 odnotowano konkretne wyniki.
„Ukraina podejmuje działania, aby dysponować własnymi rakietami balistycznymi. Testy wykazały obiecujące perspektywy. Należy przekształcić je w rzeczywistą broń” – kontynuowała głowa ukraińskiego państwa.
Zełenski podkreślił, że obecnie dla Ukrainy wyzwaniem numer jeden są rosyjskie ataki.
„Każdy ukraiński dyplomata, wszyscy nasi ukraińscy urzędnicy rządowi oraz Ministerstwo Obrony muszą wiedzieć, gdzie na świecie znajdują się pociski PAC-2, PAC-3 do systemów Patriot oraz inne pociski do obrony przeciwlotniczej. Potrzebne są bezpośrednie rozmowy, bezpośrednie kontakty i nowe porozumienia; oczekuję, że wszystko, o czym rozmawialiśmy z naszymi urzędnikami rządowymi, zostanie zrealizowane” – powiedział prezydent Zełenski. Odniósł też do niewystarczających sankcji, zwłaszcza wobec tych przedsiębiorstw i osób, które zajmują się produkcją amunicji w Rosji.
„To niedopuszczalne, że nawet teraz rosyjski przemysł, który służy zabijaniu, ma dostęp do światowych jurysdykcji. Trzeba to zablokować. Będę wdzięczny wszystkim naszym partnerom, którzy poprą te działania” – mówił Zełenski.
Ukraińscy urzędnicy codziennie pracują nad tym, żeby „znaleźć” wśród partnerów pociski do Patriotów, których drastycznie brakuje Ukrainie do zestrzeliwania rosyjskich rakiet balistycznych.
Według ukraińskiego Ministerstwa Obrony w lipcu siły obrony przeciwlotniczej Ukrainy przechwyciły jedynie 29 ze 195 pocisków balistycznych wystrzelonych przez Rosję w kierunku Ukrainy, a kolejne 40 nie dotarło do celu. (Ponadto w lipcu Rosja wystrzeliła 265 rakiet manewrujących. Siły obrony przeciwlotniczej przechwyciły 187 z nich. Wykryto też 8 653 bojowych bezzałogowców. Ukraińska obrona przeciwlotnicza zestrzeliła 5 143 rosyjskie drony. Ponadto zneutralizowano ponad 48 tys. dronów taktycznych).
„W lipcu ukraińska obrona przeciwlotnicza działała w warunkach krytycznego niedoboru pocisków przechwytujących, niezbędnych do przeciwdziałania atakom balistycznym” – pisze MOU.
W związku z krytyczną sytuacją z pociskami przechwytującymi coraz bardziej rośnie liczba ofiar cywilnych w Ukrainie. 5 sierpnia Rosja wystrzeliła na Kijów 24 rakiety balistyczne, zabijając co najmniej 17 osób. Ukraińska obrona powietrzna zestrzeliła 98 ze 115 rosyjskich dronów, ale żadnego z pocisków balistycznych.
Według biura ONZ w Kijowie w pierwszych sześciu miesiącach tego roku w Ukrainie zginęło 1 396 cywilów, a 7 978 zostało rannych. To wzrost o 37% w porównaniu z tym samym okresem ubiegłego roku i wzrost o 114% w porównaniu z rokiem 2024.
Przeczytaj także:
Rano 7 sierpnia ukraińskie bezzałogowe statki powietrzne typu „Luty” uderzyły w centrum logistyczne rosyjskiej platformy handlowej Wildberries w Jekaterynburgu w obwodzie swierdłowskim. Magazyn znajduję się ok. 2000 kilometrów od linii frontu.
O ataku poinformował gubernator obwodu swierdłowskiego Dienis Pasler. Według gubernatora rosyjska obrona przeciwlotnicza zestrzeliła osiem bezzałogowych statków powietrznych, a kolejne trzy spadły na dach centrum logistycznego. Dodał, że nie ma ofiar.
Na nagraniu opublikowanym w mediach społecznościowych widać co najmniej dwa trafienia w magazyn. Na terenie obiektu wybuchł pożar. Według analityków OSINT portalu „Militarnyj”, którzy zindentyfikowali obiekt, na nagraniach widać kilka ognisk pożaru.
Powierzchnia magazynu logistycznego Wildberries w Jekaterynburgu wynosi od 110 do 150 tysięcy m².
Firma potwierdziła atak. Poinformowała, że w obiekcie przeprowadzono ewakuację z wyprzedzeniem, a dostawy zostały przekierowane do innych magazynów firmy.
Jest to już kolejny atak na magazyn w Jekaterynburgu. Poprzednio ukraińskie bezzałogowce atakowały magazyn 25 lipca, wówczas dron uderzył w parking przy obiekcie, co spowodowało pożar.
Od 18 lipca Siły Obronne Ukrainy przeprowadziły ataki na szereg magazynów rosyjskiej platformy handlowej Wildberries, w szczególności w regionach moskiewskim i tambowskim, w obwodach krasnodarskim i stawropolskim, w Sankt Petersburgu i obwodzie leningradzkim, a także w Jekaterynburgu, w Riazaniu, w pobliżu Penzy oraz w Udmurcji.
4 sierpnia dowódca Sił Systemów Bezzałogowych Robert „Madyar” Browdi poinformował, że w ciągu 18 dni ukraińskie drony zaatakowały 15 obiektów logistycznych rosyjskiej platformy handlowej Wildberries. W nocy 5 sierpnia zaatakowano 16. obiekt – jeden z największych centrów dystrybucyjnych Wildberries w obwodzie tułskim.
Wcześniej prezydent Ukrainy nazwał te uderzenia odpowiedzią na rosyjskie ataki na ukraińską infrastrukturę cywilną. Jak stwierdził, obiekty te zapewniały dostawy komponentów objętych sankcjami, wykorzystywanych do produkcji dronów i sprzętu nawigacyjnego.
Ponad 15% wszystkich powierzchni magazynowych firmy zostało wyłączonych z eksploatacji. W związku z tym po serii ukraińskich ataków na centra logistyczne na terytorium Rosji, jak piszą rosyjskie media, firma rozpoczęła poszukiwania powierzchni magazynowych w Kazachstanie.
Przeczytaj także:
Prezydent USA Donald Trump oświadczył, że jego kraj nie ma niedoboru amunicji, po prostu potrzebuje jej więcej.
Podczas rozmowy z mediami w gabinecie Owalnym amerykański prezydent został zapytany o zapasy amerykańskiej amunicji. Według doniesień mediów w związku z wojną z Iranem znacząco uszczupliły się rezerwy niektórych rodzajów broni.
Trump zapewnił, że Stany Zjednoczone nie mają problemów z zasobami, ale „cały czas potrzebują więcej” broni. Powiedział, że mają pewne rodzaje amunicji, których mają praktycznie nieograniczone zapasy. Są też takie rodzaje, których zasoby są nieco bardziej ograniczone, ale USA codziennie je uzupełnia.
„Nasze firmy zbrojeniowe budują obecnie więcej zakładów niż kiedykolwiek wcześniej w historii. Budują fabryki Patriotów, Tomahawków, wszystkiego” – wymieniał Trump.
Amerykański prezydent przekonywał, że USA są w „bardzo dobrej sytuacji” pod względem uzbrojenia.
„Ale mimo to zawsze chcemy mieć więcej. Musimy mieć więcej. Mamy też inne rzeczy, które mogą się przydarzyć. (...) Miejmy nadzieję, że nic więcej się nie wydarzy. Ale jesteśmy w bardzo dobrej sytuacji. Dosłownie mamy ogromne ilości amunicji” – zapewniał Trump.
Został zapytany o apele Wołodymyra Zełenskiego w sprawie dostaw pocisków przechwytujących do systemów Patriot, których pilnie potrzebuje Ukraina, aby odeprzeć rosyjskie ataki balistyczne. Pod koniec lipca prezydent Zełenski zwrócił się do Donalda Trumpa z prośbą o przekazanie Ukrainie zimowego pakietu – 300 pocisków – do Patriotów.
„My też ich potrzebujemy. Biden dał mu tak wiele, przekazał mu broń o wartości 300 miliardów dolarów. Teraz to odbudowujemy” – powiedział Trump. Dodał, że trwają rozmowy w sprawie zakończenia wojny rosyjsko-ukraińskiej i są postępy. Wcześniej dobrze ocenił też negocjacje z Iranem. Po raz kolejny wyraził przekonanie, że wojna z Iranem niedługo się zakończy.
Ukraińska obrona przeciwlotnicza zmaga się z brakiem rakiet przechwytujących do systemów Patriot, które niezbędne są do zestrzeliwania rakiet balistycznych. Rosja stara się maksymalnie wykorzystać tę sytuację. Według ukraińskich ekspertów Rosja jest w stanie wystrzelić 100 pocisków balistycznych miesięcznie.
5 sierpnia Rosja wystrzeliła na Kijów 24 rakiety balistyczne, zabijając co najmniej 17 osób. Ukraińska obrona powietrzna zestrzeliła 98 ze 115 rosyjskich dronów, ale żadnego z pocisków balistycznych.
Przeczytaj także:
Pod koniec lipca podczas wizyty do Waszyngtonu Zełenski rozmawiał z Trumpem o przekazaniu Ukrainie pocisków do Patriotów, Trump mówił, że postara się pomóc. Teraz okazuje się, że nie wiedział, jaki jest realny stan jego magazynów z uzbrojeniem.
Jak podaje CNN, powołując się na swoje źródła, amerykańskie siły zbrojne w wojnie z Iranem wykorzystały około 80% swojego arsenału pocisków THAAD (Terminal High Altitude Area Defense – amerykański rakietowy system antybalistyczny) i połowę pocisków Patriot, których potrzebuje Ukraina. Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych szacuje, że przed wybuchem wojny z Iranem Stany Zjednoczone posiadały około 2200 pocisków Patriot i 452 pocisków THAAD.
Reuters podał, że amerykańskie siły zbrojne zużyły w wojnie z Iranem znaczną część zapasów pocisków precyzyjnego rażenia. Wykorzystano „niemal wszystkie” pociski ATACMS i PrSM. Według jednego ze źródeł Reutersa od początku wojny USA zużyły też nieco mniej niż połowę swoich światowych zapasów pocisków manewrujących Tomahawk.
Przeczytaj także:
Senat przyjął poprawki do ustawy o kontroli inwigilacji prowadzonej przez służby. Poprawki zgłosił senator Adam Bodnar, który jako RPO i minister sprawiedliwości głosił konieczność wzmocnienia kontroli nad służbami.
Senat przyjął z poprawkami ustawę wzmocnienia nadzoru sądowego nad kontrolą operacyjną służb. Sejm przyjął ją przed tygodniem.
Jest to kolejny krok we wzmacnianiu cywilnej kontroli nad służbami. W grudniu 2024 r. rząd przyjął zestaw rozporządzeń, dzięki którym sąd, podejmując decyzję, czy zgodzić się na kontrolę operacyjną, wie, czy będzie to zwykły podsłuch, czy narzędzie tak inwazyjne jak oprogramowanie typu Pegasus. Może ono ściągać wszystkie dane z zainfekowanego urządzenia, włączać kamerę, zbierać informacje z otoczenia, przechwytywać hasła do aplikacji, zmieniać zawartość urządzenia.
Formalnie polskie prawo nie zna tak głębokiej inwigilacji – ale właśnie dlatego sędziowie wydawali na to zgody. Nie wiedzieli, że coś takiego jest możliwe. To na tej podstawie obrońcy Pegasusa mówią teraz, że jego użycie było legalne. Tymczasem zgody na jego użycie służby po prostu wyłudziły w sądach.
Senackie komisje wniosły o przyjęcie ustawy bez poprawek. Zgłosił je jednak senator Adam Bodnar. Zakładają one, że informacje o tym, jak sądy korzystają z nowych uprawnień, znajdą się w corocznym sprawozdaniu Prokuratora Generalnego. Informuje on w nim parlament, ile było wniosków o kontrolę operacyjną i ile wniosków sady odrzuciły.
Minister-koordynator służb specjalnych Tomasz Siemoniak poparł te poprawki i powtórzył zapewnienia z Sejmu, że ustawa jest tylko kolejnym krokiem do poprawy sytuacji. „Uznaliśmy, żeby trzeba stworzyć taki projekt, który będzie projektem kompromisowym, z szansą na kompromisowe przejście przez Sejm i Senat i szansą na podpis prezydenta, a więc nie rozszerzaliśmy tego na inne kwestie”.
W sprawie samej ustawy i poprawek senatorowie PiS wstrzymali się od głosu.
Ustawa jest pierwszą w XXI, która nie tylko nie daje dodatkowych uprawnień służbom, ale wprowadza mechanizmy kontroli. Mimo to obrońcy praw człowieka uważają, że szansa na realną zmianę została zmarnowana. Wszak obecna koalicja po aferze Pegasusa szła do wyborów 2023 r. z obietnicą postawienia realnej tamy nadużyciom służb.
O tym, że działania służb wymykają się spod kontroli, alarmowała w 2023 NIK.
Przeczytaj także:
Ustawa nie wprowadziła tymczasem narzędzia, które jest w stanie powstrzymać służby przed nadużyciami: obowiązku informowania osoby bezpodstawnie inwigilowanej o tym, że inwigilacja miała miejsce. Dziś o fakcie inwigilacji można się dowiedzieć z aktu oskarżenia. Jeśli sprawa nie trafi do sądu, człowiek nie wie, że był inwigilowany. Nie wie, co na jego temat zebrano i czy na pewno dane te zostały zniszczone, jak wymaga tego prawo.
Minister Siemoniak powiedział w Senacie, że rząd jest „otwarty na dyskusję” o wprowadzeniu instytucji zawiadamiania osoby bezpodstawnie inwigilowanej o tym fakcie.
Tyle że na wprowadzenie takiej zmiany obecny rząd nie ma już czasu – wybory są za rok.
Tymczasem prawo do informacji jest jedyną cywilizowaną metodą powstrzymania służb przed nadużyciami. Przekonywali o tym eksperci, którzy pod egidą RPO Adama Bodnara przygotowali w 2019 r. raport „Osiodłać Pegaza”.
Na podobnym stanowisku stanął Europejski Trybunał Praw Człowieka w wyroku w sprawie grupy polskich aktywistów (w sprawie Bychawska-Siniarska oraz Pietrzak i inni przeciwko Polsce) Próbowali się oni dowiedzieć, czy polskie państwo inwigiluje, ale nasze przepisy nie pozwalają tego ujawnić. Poszli więc z tym do Strasburga i wygrali: Trybunał w maju 2024 r. nakazał Polsce zmienić przepisy. Ówcześni ministrowie: sprawiedliwości Adam Bodnar i spraw wewnętrznych Tomasz Siemoniak zapewnili, że zaraz przystąpią do prac.
Przeczytaj także:
Jednak ustawa pojawiła się dopiero teraz. W okrojonej wersji. Minister Siemoniak wskazywał, że ujawnianie faktu podsłuchu mogłoby ostrzegać przestępców.
„Ustawa została napisana przez koordynatora służb specjalnych. Dla nich oczywiste są sytuacje, że jeśli namierzy się szpiega, to nie idzie się z tym do sądu. Perspektywa wywiadu nie pozwala jednak dostrzec, że sprawy szpiegów to zasadne wyjątki od reguły. Większość kontroli operacyjnych prowadzą zwykłe policyjne służby. Takie, które mają skierować sprawę do sądu. Tymczasem my nadal mamy system, że o podsłuchu dowiaduje się tylko oskarżony. Pozostali – czyli ci, o których państwo wie, że nic złego nie zrobili – nie. Więc nie mają szansy sprawdzić, co o nich zostało zebrane i czy na pewno zostało to zniszczone” – mówił nam przed tygodniem Wojciech Klicki z Fundacji Panoptykon.
Fundacja od lat zajmuje się ochroną prywatności w świecie, w którym zdobywanie i masowe przetwarzanie informacji o nas staje się coraz bardziej powszechne i łatwe.
Oto cała rozmowa:
Przeczytaj także:
Zdaniem Fundacji zmiany przyjęte przez Sejm nie zadziałają. Sądy nie dadzą rady przetworzyć dostarczanego im przez służby materiału – zwłaszcza, że teraz mają go dostawać dużo więcej do oceny. Zaś obowiązkowe teraz uzasadnienia zgody na kontrolę operacyjną przyjmą formę rozbudowanych pieczątek, którymi przeciążony pracą sędzia będzie stemplował dokumenty.
Panoptykon argumentował, że ustawa nie pozwoli nawet sprawdzić, czy przepisy działają. Bo nie będzie danych o tym, ile razy sędziowie domagali się dodatkowych informacji, albo przerwali kontrolę operacyjną jako niezasadną.
Takie poprawki przyjął właśnie Senat – teraz musi je ocenić Sejm.
Tymczasem nad raportem końcowym dotyczącym afery Pegasusa pracuje sejmowa komisja śledcza. Raport miał być gotowy do 30 czerwca, ale prace nadal trwają. Problemem jest m.in. pokazanie w raporcie wniosków bez ujawniania tajnych dokumentów.
Jezioro Pilchowickie zostało opróżnione z wody, żeby Tauron mógł naprawić tutejszą zaporę. Podczas osuszania zniszczono jednak cały ekosystem. Kontrola RDOŚ wykazała szereg nieprawidłowości i zaniedbań
Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska przeprowadziła kontrolę na Jeziorze Pilchowickim na Dolnym Śląsku. Na przełomie czerwca i lipca podczas ostatniego etapu osuszania zbiornika, niezbędnego do naprawy zapory, zginęły tysiące ryb. A to wszystko na terenie chronionego obszaru Natura 2000, w Parku Krajobrazowym Doliny Bobru, gdzie żyje wiele zwierząt, które korzystają z rzeki, w której najprawdopodobniej umarł cały ekosystem. Inwestycją i pracami zarządzała spółka Tauron Ekoenergia.
Kontrolerzy z RDOŚ ustalili, że na placu budowy nadzór przyrodniczy miał charakter wybiórczy. Nie wyznaczono bowiem specjalistów, którzy oceniliby ryzyko dla tamtejszej fauny. „Nadzór ornitologiczny z góry założył brak zagrożeń dla lęgów, nie uwzględniając wyników wcześniejszych inwentaryzacji przyrodniczych oraz występujących w okresie lęgowym wahań poziomu wody” – stwierdził RDOŚ. Co więcej, sprzęt budowlany skierowano w koryto rzeki, bez uprzedniego sprawdzenia dna przez ichtiologa, co mogło zniszczyć zimowiska gatunków dennych. Mimo pogarszających się warunków bytowych ryb oraz zaleceń nadzoru zoologicznego nie wstrzymano też zrzutu wody, co miało katastrofalne skutki. W rezultacie zebrano i przekazano do utylizacji 23,47 ton martwych ryb, a akcja ratunkowa ocaliła zaledwie około 2,22 tony żywych zwierząt.
„Wyniki kontroli i postępowania wyjaśniającego wskazują na naruszenia obowiązujących warunków, co miało negatywny wpływ na środowisko. Zaniechanie działań ochronnych doprowadziło do naruszenia warunków decyzji derogacyjnych i postanowienia naturowego” – napisali pracownicy RDOŚ.
I skierowali sprawę do Prokuratury Rejonowej w Lwówku Śląskim. Zarzucają spółce spowodowanie zniszczeń w świecie roślinnym i zwierzęcym w znacznych rozmiarach oraz wykonywanie czynności wbrew warunkom określonym w zezwoleniach na odstępstwa w stosunku do gatunków chronionych.
O cmentarzysku w Dolinie Bobru pisała już w lipcu w OKO.press Katarzyna Kojzar. „Na naszych oczach te zwierzęta umierały, próbując łapać tlen. Widok był makabryczny” — tak sytuację opisywał wówczas Igor Glinda, wędkarz, właściciel agroturystyki w dolinie rzeki Bóbr. „Nie chodzi tylko o ryby, ale też o bezkręgowce, płazy, gady, ptactwo wodne, które zniknęło momentalnie z tego odcinka rzeki” – dodawał. Straty dla całego ekosystemu są dziś trudne do oszacowania, ale poprzednia akcja spuszczenia wody, przeprowadzona w 1977 roku, zabiła życie na rzece Bóbr na wiele lat. Tauron w oświadczeniach wysyłanych do mediów przekonywał, że sytuacja była nie do uniknięcia, a o skali tragedii przesądziły przedłużające się upały. Według mieszkańców można było zadbać o zmniejszenie skali tragedii. „Przecież można było przewidzieć, że w okresie letnim temperatury będą najwyższe. Dlaczego nie zostało to przeprowadzone tak, aby końcowy etap spuszczania wody odbył się na przykład wczesną wiosną, kiedy mamy jeszcze duże pokłady śniegu w górach? Albo jesienią, kiedy temperatura wody jest niższa? Takie warunki byłyby znacznie korzystniejsze. Robiono dla tej inwestycji profesjonalne analizy, przecież to są fachowcy, wiedzieli, co może się stać. Ale dopóki tabelki w Excelu i wyniki finansowe dalej będą decydowały o przebiegu tego typu projektów, będzie się to kończyło w ten sposób – śmiercią ekosystemów” — mówił OKO.press Igor Glinda.
Przeczytaj także: