Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Airbus zlecił aktualizację oprogramowania w ponad sześciu tysiącach samolotów. To ponad połowa całej floty producenta w posiadaniu światowych linii lotniczych.
Interwencji wymagają maszyny A320. To jeden z najpopularniejszych modeli samolotów na świecie, w produkcji od końcówki lat 80. Samolot europejskiego producenta z siedzibą we francuskiej Tuluzie miał zagrozić pozycji Boeinga i modelu 737. Od 2016 roku na rynku obecne są zmodernizowane modele A320neo. Według mediów spora część maszyn może przejść aktualizację w ciągu kilku godzin, prace nad niektórymi ciągnąć się mogą jednak tygodniami. Akcja serwisowa dotyczy 350 linii lotniczych na całym świecie.
Przeczytaj także:
Nie ma na razie informacji o poważnych zakłóceniach w kursach z polskich portów lotniczych. Korzystająca z Airbusów A320 firma Wizzair poinformowała, że oprogramowanie udało się zaktualizować w nocy. „Wszystkie sobotnie rejsy odbywają się zgodnie z rozkładem” – przekazała linia lotnicza. Agencja Reutera przekazała, że z problemami zmagają się między innymi azjatyckie linie lotnicze.
W piątek późnym wieczorem Europejska Agencja Bezpieczeństwa Lotniczego wydała dyrektywę nadzwyczajną nakazującą Airbusowi obowiązkowe wprowadzenie poprawek.
Branżowe doniesienia wskazują, że przyczyną akcji serwisowej był incydent podczas lotu linii JetBlue z Cancun w Meksyku do Newark w stanie New Jersey 30 października. W jego wyniku kilku pasażerów doznało urazów z powodu nagłego spadku wysokości.
Przeczytaj także:
Samolot typu A320 został zmuszony do awaryjnego lądowania w Tampie na Florydzie po wystąpieniu problemów z kontrolą lotu oraz niekontrolowanym spadku wysokości. Sytuacja ta skłoniła Federalną Administrację Lotnictwa Cywilnego (FAA) do rozpoczęcia dochodzenia. Ani JetBlue, ani FAA nie odniosły się do kwestii wycofania samolotów z eksploatacji.
Kolejny krwawy atak Rosji dosięgnął ukraińskiej stolicy. W Kijowie w nocy z piątku na sobotę zginęły co najmniej dwie osoby, a 15 zostało rannych.
Po serii pożarów w niektórych dzielnicach brakuje prądu. Pół miliona odbiorców w Kijowie i 100 tysięcy w obwodzie kijowskim zostało pozbawionych energii.
Rosjanie wystrzelili w kierunku Ukrainy około 36 rakiet i prawie 600 dronów — poinformował rano Wołodymyr Zełenski.
„Głównymi celami ataku były obiekty energetyczne i cywilne, co spowodowało rozległe zniszczenia i pożary w budynkach mieszkalnych. Jak dotąd wiadomo, że dziesiątki osób zostało rannych, a trzy zginęły” – stwierdził prezydent Ukrainy.
Na rosyjski ostrzał zareagowało polskie lotnictwo. „Poderwane zostały myśliwce, a naziemne systemy obrony powietrznej oraz rozpoznania radiolokacyjnego osiągnęły stan gotowości” – informowało Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych.
Przeczytaj także:
„Czas, aby Europa podjęła decyzję w sprawie zamrożonych aktywów, jeśli Moskwa nie zrezygnuje z ataków dronów i rakiet. Musimy bezwzględnie rozmawiać ze wszystkimi partnerami o krokach zmierzających do zakończenia tej wojny” – zauważył Zełenski.
Za przekazaniem zamrożonych w krajach UE środków należących do rosyjskich podmiotów opowiada się szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen, jednak do tej pory państwa Wspólnoty nie wyraziły na to zgody. Problemem jest między innymi opór Belgii. To tam ulokowana jest duża część ze wstrzymanych przez Unię Europejskiej środków.
"Na kontach kilku instytucji finansowych w Unii Europejskiej leży w sumie ok. 210 miliardów euro środków z rosyjskich rezerw walutowych w postaci obligacji państwowych. Obligacjom tym minął termin zapadalności i gdyby nie wojna w Ukrainie, Rosja dostałaby z tego tytułu gotówkę. Ale aktywa te zostały zamrożone z tytułu europejskich sankcji, po tym, jak Rosja najechała Ukrainę.
Większość z nich – ok. 185 mld euro – leży na kontach międzynarodowej firmy rozliczeniowej Euroclear, która ma siedzibę w Belgii. Środki te są w dalszym ciągu inwestowane i generują zyski. Te zyski już są wykorzystywane na pomoc Ukrainie jako zabezpieczenie pożyczek udzielanych przez grupę G7. Ale to tylko kilka miliardów euro rocznie" – pisała na naszych łamach Paulina Pacuła.
Przeczytaj także:
Na ujawnionym zaraz po zdarzeniu nagraniu mężczyźni poddają się, trudno dopatrzyć się z ich strony zagrożenia. Mimo tego członkowie Straży Granicznej ich zabili
W sieci pojawiło się nagranie, na którym widać, jak izraelscy umundurowani mężczyźni dokonują egzekucji dwóch zatrzymanych mężczyzn. Zdarzenie miało miejsce w czwartkowy wieczór w Dżeninie, mieście na północy Zachodniego Brzegu.
Na nagraniu widać, jak armia otacza budynek, który najprawdopodobniej jest magazynem. Izraelczycy niszczą spore drzwi do magazynu za pomocą specjalistycznego sprzętu. Następnie spod tych drzwi wyczołgują się dwaj mężczyźni, którzy podnoszą ręce w geście poddania się. Podnoszą też odzież, by pokazać, że są nieuzbrojeni. Jeden z żołnierzy najpierw kopie jednego z zatrzymanych. Następnie rozkazuje im wracać do budynku. Gdy czołgają się pod zniszczonymi drzwiami, umundurowani i uzbrojeni mężczyźni podnoszą swoje karabiny i strzelają do bezbronnych zatrzymanych. Ci nieruchomieją.
Sprawcy egzekucji zostali zidentyfikowani jako członkowie izraelskiej Straży Granicznej.
„Jesteśmy wstrząśnięci bezczelnym zabójstwem dwóch Palestyńczyków w Dżaninie na okupowanym Zachodnim Brzegu, dokonanym wczoraj przez izraelską policję graniczną – to kolejna arbitralna egzekucja” – powiedział rzecznik biura ONZ do spraw praw człowieka Jeremy Laurence.
Organizacja Palestyński Islamski Dżihad przyznała, że dwie ofiary to należący do niej bojownicy. Nawet jednak w wypadku, gdy zatrzymani są bojownikami, pozaprawne, arbitralne egzekucje uliczne są zbrodnią.
Izraelska armia przekazała, że zdarzenie jest badane. Źródło w Straży Granicznej przekazało izraelskiemu dziennikowi, że „jeden z nich, leżąc na ziemi, próbował się podnieść i wykonał podejrzany ruch, dlatego walczący zdecydowali się otworzyć do niego ogień”. Trudno jednak coś takiego dostrzec na dostępnym nagraniu. W momencie, który został zarejestrowany, nie ma też mowy o żadnej walce.
Skrajnie prawicowy i antyarabski minister bezpieczeństwa wewnętrznego Itamar Ben-Gwir wyraził poparcie dla członków Straży Granicznej. W komunikacie przekazał, że zachowali się, jak należy, a „terroryści muszą zginąć”.
Zachodni Brzeg od 1967 roku znajduje się pod izraelską okupacją. Pomimo fetowanego na świecie porozumienia pokojowego z Oslo z lat 90. XX wieku, nigdy nie powstało na tym terenie w pełni niezależne państwo palestyńskie. Izrael od dekad kontynuuje politykę rozszerzania żydowskiego osadnictwa na tym terenie. W efekcie dziś utworzenie spójnego terytorialne państwa palestyńskiego jest niemal niemożliwe.
Po październiku 2023 roku równolegle z wojną w Gazie izraelska armia zintensyfikowała również działania na Zachodnim Brzegu. W styczniu i lutym 2025 roku armia przeprowadzała intensywne naloty na obozy dla uchodźców w Dżeninie, Tulkarem i Nur Szams. W wyniku tych działań przesiedlono ponad 30 tys. osób. Wiele z nich wciąż nie wróciło do domów, a część z ich domów została zniszczona.
Jednocześnie część spośród 750 tys. żydowskich osadników na tym terenie prowadzi bardzo agresywną działalność wobec Palestyńczyków, np. atakując osoby zbierające oliwki we własnych sadach.
W atmosferze ubóstwa i ciągłej brutalizacji codziennego życia młodzi mężczyźni chętniej dołączają do organizacji takich jak Palestyński Islamski Dżihad, by walczyć przeciwko okupacji.
Przeczytaj także:
Andrij Jermak był szefem Biura Prezydenta Ukrainy i stał na czele ukraińskiej delegacji w sprawie zakończenia wojny. Rano służby antykorupcyjne przeprowadziły przeszukania w domu Jermaka. Bliski współpracownik Zełenskiego może być uwikłany w aferę korupcyjną w sektorze energetycznym.
Wołodymyr Zełenski w wieczornym wideo do obywateli poinformował, że Andrij Jermak, szef Biura Prezydenta złożył wniosek o dymisję. Prezydent go podpisał.
„Kiedy cała uwaga skupia się na dyplomacji, na obronie w czasie wojny, potrzebna jest wewnętrzna siła. Wewnętrzna siła jest podstawą naszej zewnętrznej jedności i naszych relacji ze światem. A żeby była wewnętrzna siła, nie może być powodów, żeby się rozpraszać czymś innym niż obrona Ukrainy. Chcę, żeby nikt nie miał żadnych pytań do Ukrainy” – wyjaśnił Zełenski.
Ukraiński prezydent podziękował Jermakowi za to, że „ukraińskie stanowisko w negocjacjach zawsze było przez niego przedstawiane tak, jak powinno”.
„Zawsze było to stanowisko patriotyczne. Chciałbym jednak, aby nie było plotek i spekulacji” – mówił Zełenski. Dodał, że nastąpi reorganizacja Biura Prezydenta Ukrainy, a jutro prezydent przeprowadzi rozmowy z potencjalnymi kandydatami na stanowisko nowego szefa Biura Prezydenta.
Zełenski poinformował, że najbliższym czasie odbędą się kolejne spotkania ze stroną amerykańską, dotyczące zakończenia wojny w Ukrainie. Ze strony ukraińskiej wezmą w nich udział szef Sztabu Generalnego, przedstawiciele Ministerstwa Spraw Zagranicznych, sekretarz Rady Bezpieczeństwa Narodowego i przedstawiciel ukraińskiego wywiadu.
„Kiedy wszyscy stoimy przed takim zewnętrznym wyzwaniem, jakim jest wojna, musimy być silni wewnętrznie. Sto procent naszych sił zostanie skoncentrowane na obronie Ukrainy. Każdy musi teraz działać właśnie w ten sposób, w interesie naszego państwa, i bronić naszego państwa. To niezmienna zasada” – kontynuował Zełenski.
Powiedział też, że oczekuje od premiera i rządu uchwalenia budżetu na 2026 rok oraz kandydatur na ministrów energii i sprawiedliwości (19 listopada Rada Najwyższa zdymisjonowała ministrów Switłanę Hrynczuk i Hermana Hałuszczenkę, którzy mogą być zamieszani w aferę korupcyjną w sektorze energetycznym).
„Należy ocenić obecnych ministrów, aby wyciągnąć absolutnie jasne wnioski, czy obecni urzędnicy są w stanie sprostać wyzwaniom tej zimy i tej wojny” – podkreślił Zełenski.
Przeczytaj także:
Dziś (28 listopada) rano ukraińskie służby antykorupcyjne przeprowadziły przeszukania w domu szefa Biura Prezydenta Ukrainy Andrija Jermaka. Ma to związek z ujawniona 10 listopada wielką aferą korupcyjną w ukraińskim sektorze energetycznym. Ludzie z rządu i otoczenia Zełenskiego mieli wyprowadzić 100 mln dolarów.
Jak pisaliśmy, według posłów opozycji, dziennikarzy śledczych, organizacji pozarządowych działających na rzecz zwalczania korupcji o tym procederze musiało wiedzieć Biuro Prezydenta, m.in. jego szef – Andrij Jermak. Od dłuższego czasu komentatorzy polityczni podkreślają, że Jermak przejął zbyt dużo uprawnień, odgrywa rolę wiceprezydenta czy nawet w praktyce jest współprezydentem Ukrainy. Większość decyzji ma być podejmowana w Biurze Prezydenta, a nie w parlamencie (według Konstytucji Ukraina ma system parlamentarno-prezydencki).
Daria Kaleniuk, dyrektorka wykonawcza Centrum Przeciwdziałania Korupcji, w radiu New Voice mówiła, że podjęte przez Zełenskiego działania, dymisje ministrów czy restrukturyzacja rządu nie wystarczą, żeby Ukraina wyszła z tego kryzysu. Ekspertka, tak jak wielu innych liderów opinii podkreślała, że Jermak powinien podać się do dymisji, a krajem nie może rządzić Biuro Prezydenta.
Jermak jest negatywnie oceniany też za granicą. „Musimy sobie z nim radzić. Jest człowiekiem Zełenskiego, więc nie mamy wyboru” – mówił anonimowo wysoki rangą europejski dyplomata w rozmowie z portalem Kyiv Independent.
Do tej pory Zełenski, mimo nacisków części społeczeństwa, nie decydował się jednak na jego dymisję. Co więcej, wyznaczył Jermaka na szefa delegacji, która prowadzi negocjacje w sprawie zakończenia wojny. Według komentatorów politycznych to w pewnym sensie miało ochronić Jermaka. Część byłych dyplomatów oceniła ten krok za kompromitujący – uczestnicy delegacji powinni mieć dobrą reputację, żeby od startu nie osłabiać swojego stanowiska.
Według informacji Julii Zabeliny, politycznej dziennikarki radia NV, NABU planowała przeprowadzić przeszukania u Jermaka jeszcze w zeszłym tygodniu, jednak w związku z wyjazdami Jermaka m.in. do Genewy nie udało się tego zrobić. Jak mówiły źródła Zabeliny do ostatniego Zełenski nie decydował się na zwolnienie Jermaka, oczekując twardych dowodów, że Jermak rzeczywiście jest zamieszany w aferę.
Przeczytaj więcej w OKO.press:
Przeczytaj także:
Fundacja PZU będzie domagać się w sądzie zwrotu 4 mln zł od Fundacji „Gazety Polskiej” przekazanych jej w czasie rządów Prawa i Sprawiedliwości
Jak informuje RMF FM, Fundacja PZU wystąpiła do Fundacji Klubów „Gazety Polskiej” o zwrot ponad 4 mln złotych. Chodzi o dotacje, które środowisko „Gazety Polskiej” otrzymywało w latach 2016-2023, czyli w czasie rządów PiS. Fundacja największego polskiego ubezpieczyciela twierdzi, że przekazane przez nią pieniądze zostały wydane niezgodnie z umową na cele polityczne.
Organizacja Tomasza Sakiewicza miała otrzymać środki m.in. na kampanię informacyjną przed referendum, które odbyło się 15 października 2023 roku, czyli tego samego dnia, co wybory parlamentarne. Według PZU, zamiast budowania świadomości obywatelskiej, Fundacja Klubów „Gazety Polskiej” wykorzystała otrzymane pieniądze na wspieranie kampanii wyborczej Prawa i Sprawiedliwości.
W oświadczeniu nadesłanym redakcji RMF FM, Fundacja Klubów „Gazety Polskiej” zaprzecza stawianym jej zarzutom.
„Sprawa powództwa Fundacji PZU przeciwko Fundacji Klubów ”Gazety Polskiej„ jest całkowicie niezrozumiała, ponieważ wszelkie środki pozyskane od Fundacji PZU na podstawie umowy darowizny z poleceniem zostały wydatkowane zgodnie z wolą darczyńcy tj. w zgodzie z postanowieniami tejże umowy. Co więcej Fundacja PZU była rzetelnie informowana o procesie realizacji projektu jak i otrzymała w wymaganym terminie sprawozdanie końcowe z jego wykonania, które zostało przez Fundację PZU formalnie zatwierdzone uchwałą Zarządu Fundacji PZU”.
Fundacja PZU pozwała organizację Tomasza Sakiewicza w trybie cywilnym, ale zawiadomiła również prokuraturę o możliwości popełnienia przestępstwa.
W czasie kampanii wyborczej przed wyborami w 2023 roku, Prawo i Sprawiedliwość miało korzystać ze wsparcia wielu państwowych podmiotów.
W sierpniu 2024 roku europoseł KO Michał Szczerba poinformował, że państwowe KGHM i Fundacja KGHM miały wydać 1,2 mln złotych na finansowanie kampanii kandydatów PiS (chodziło o umowy sponsorskie z firmą Berm). Zdaniem Szczerby z publicznych pieniędzy miał być także promowane kandydatury byłej ministry Jadwigi Emilewicz (Kostrzyńsko-Słubicką Strefę Ekonomiczną S.A. zapłaciła za organizację sportowego eventu z seniorkami) oraz ministry Marleny Maląg (Ministerstwo Pracy zapłaciło za promocję nakierowaną wyłącznie na okręg wyborczy, z którego startowała szefowa resortu).
Rządowe Centrum Legislacji miało z kolei ponieść część kosztów kampanii jej szefa, Krzysztofa Szczuckiego, a do głosowania na kandydatów PiS zachęcano podczas pikników wojskowych zorganizowanych przez Ministerstwo Obrony Narodowej.
Przeczytaj także: