Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Prezydent Karol Nawrocki podpisał ustawę budżetową na 2026 r. i odesłał ją do Trybunału Konstytucyjnego. Czy to coś zmieni w sprawie budżetu? Raczej nie
„Ten budżet jest dowodem głębokiego kryzysu wiarygodności, skuteczności i sprawczości obecnego rządu. To budżet, który pokazuje bezradną kapitulację wobec wyzwań przed jakimi stoi Polska. To budżet niespełnionych obietnic z kampanii wyborczej, zawiedzionych oczekiwań Polaków” – powiedział prezydent Karol Nawrocki, decydując się – mimo to – ustawę budżetową podpisać.
Ustawa ma jednocześnie trafić do Trybunału Konstytucyjnego.
Podpisanie ustawy stało pod znakiem zapytania od kilku dni – odkąd budżet znalazł się na biurku prezydenta. Stało się to 10 stycznia po tym, jak Sejm przyjął wszystkie poprawki Senatu.
Jak Nawrocki uzasadnił swój podpis? "Podpisuję budżet, by chronić stabilność państwa i kieruję go do Trybunału Konstytucyjnego, by chronić przyszłość Polski. Podpisuję, dlatego, że brak budżetu nie rozwiązałby żadnego z problemów, przed którymi stoimy. Byłoby to natomiast ryzykiem dla stabilności i przewidywalności spraw państwa.
Niepodpisanie ustawy budżetowej nie naprawi sposobu rządzenia. Nie sprawi, że władza zacznie słuchać obywateli i realizować swoje zobowiązania wobec nich".
Ustawa budżetowa ma szczególny status – prezydent nie może jej zawetować. Może jednak skierować ją do Trybunału Konstytucyjnego.
Odkąd rządzi obecna koalicja (czyli od końca 2023 r.) prezydent (wcześniej Duda, teraz Nawrocki) za każdym razem podpisywał ustawę i jednocześnie odsyłał część jej przepisów do TK. W 2024 r. TK nie rozstrzygnął sprawy. W 2025 r., w maju, TK Bogdana Święczkowskiego uznał część przepisów budżetowych za niezgodne z konstytucją. To nie zmieniło nic w realizacji budżetu. Obecny rząd nie respektuje i nie publikuje orzeczeń TK, uznając go za sąd wadliwie obsadzony (zasiadają w nim dublerzy).
Przeczytaj także:
Po ponad roku od obalenia Baszszara al-Asada mamy dziś do czynienia z najpoważniejszym krokiem ku reintegracji autonomii północno-wschodniej Syrii. Wiodący w autonomicznym regionie Kurdowie nie dążyli do reintegracji, ale w dzisiejszej sytuacji nie mają politycznych argumentów, by ją utrzymać
W ostatnich dniach syryjski rząd Ahmada asz-Szar'y podjął najpoważniejsze kroki ku zakończeniu trwającej od 2014 de facto autonomi północno-wschodniej Syrii. Ponad dekadę istniała tam Autonomiczna Administracja Północnej i Wschodniej Syrii znana również pod kurdyjską nazwą Rożawa. Utworzenie autonomicznego i rządzonego niezależnie od Damaszku regionu było możliwe przez podział kraju w wyniku rozpoczętej w 2011 roku wojny domowej. Rożawa dysponuje także armią w postaci Syryjskich Sił Demokratycznych.
W niedzielę 18 stycznia rząd w Damaszku ogłosił zawieszenie pomiędzy siłami rządowymi a SSD. Umowa obejmuje przekazanie między innymi włączenie regionów rządzonych przez administrację autonomiczną do administracji zdjednoczonego państwa. SSD nie będzie włączona w struktury armii syryjskiej w całości, integracja będzie odbywać sie na zasadach indywidualnych.
Pod umową widnieją nazwiska prezydenta sz-Szar'y i generała SSD Mazluma Abdiego.
W piątek 16 stycznia asz-Szar'a podpisał prezydencki dekret, który ma w założeniu zapewnić syryjskim Kurdom pełne prawa obywatelskie. Uznaje on język kurdyjski za język narodowy Syrii, a kurdyjskie święto Nowruz ustanowił świętem narodowym. Ruch ma z całą pewnością na celu próbę włączenia Kurdów w życie nowej Syrii po obaleniu Baszszara al-Asada.
To duża zmiana w polityce syryjskiej. Siły SSD od upadku Asada w grudniu 2024 opierały się reintegracji, choć do otwartej wojny domowej nie doszło. Rożawa to projekt oparty na Kurdach, choć na terenach regionu autonomicznego mieszka również sporo Arabów. Znacząca ich część miała wątpliwości co do rządów SSD. Stąd, gdy w ostatnich dniach armia syryjska przejmowała kontrolę nad kolejnymi miastami (w tym byłą stolicą Państwa Islamskiego – Rakką), wiele osób witało ją z zadowoleniem. Pomimo porozumienia, nie wszędzie zakończyły się jeszcze strarcia, choć nie mają one charakteru rozwijającej się wojny domowej.
Konflikt między SSD i armią rządu w Damaszku eskalował w pierwszej połowie w znajdującym się na zachód od regionu autonomicznego Aleppo, największym mieście kraju. Siły kurdyjskie kontrolowały tam dzielnice Szejch Maksud i Aszrafije. Obie strony oskarżały się wzajemnie o złamanie zasad wcześniej ustalonych zawieszeń broni. W wyniku starć syryjska armia uzyskała jednak kontrolę nad spornymi dzielnicami.
SSD było ważnym ogniwem walki z Państwem Islamskim. Na terenach kontrolowanych przez grupę znajdują się więzienia, w których zamknięci są bojownicy PI. To jeden z trudniejszych elementów nieuniknionej integracji. Rząd syryjski ostrzega SSD, by nie wykorzystywały więźniów jako karty przetargowej w procesie przemian.
Amerykanie, przez lata czołowi międzynarodowi sojusznicy SSD, przyjmują porozumienie i krok ku reintegracji z zadowoleniem. Po upadku syryjskiego dyktatora pod koniec 2024 roku Amerykanie ułożyli sobie poprawne stosunki z nowym rządem. Wobec autonomii pod kurdyjskim przywódctwem wrogo nastawieni są i byli Turcy. Wynika to ze sporej kurdyjskiej mniejszości kurdyjskiej w Turcji i obawy przed kurdyjskim separatyzmem. A Turcja jest z kolei ważna dla USA w procesie przemian w Strefie Gazy. Dlatego międzynarodowy układ sił był dla SSD niekorzystny, a reintegracja wydawała się od początku nieuchronna.
Przeczytaj także:
Europa zaczyna zastanawiać się nad scenariuszem powołania własnego sojuszu wojskowego bez udziału Stanów Zjednoczonych, za to z Ukrainą, która jest doświadczona wojną.
Jak zauważa Politico, w obliczu narastających wątpliwości co do przyszłości NATO część europejskich urzędników zaczyna patrzeć na „koalicję chętnych” jak na zalążek nowego sojuszu bezpieczeństwa – już bez udziału Stanów Zjednoczonych.
Ten format „koalicji chętnych” (w której uczestniczą m.in. Francja, Wielka Brytania, Niemcy, Polska, Włochy, Hiszpania, Holandia i kraje nordyckie) mógłby stać się zalążkiem nowego sojuszu bezpieczeństwa w czasach, gdy wsparcie Stanów Zjednoczonych dla NATO i europejskiej obrony przestaje być pewnikiem. Taki układ nie wykluczałby współpracy z Ameryką, ale zakładałby, że nie można już traktować jej jako automatycznego gwaranta bezpieczeństwa.
Od powrotu Donalda Trumpa do Białego Domu relacje transatlantyckie są napięte. Dla wielu europejskich państw punktem zwrotnym stały się groźby Trumpa o nałożeniu ceł na państwa, które spróbują zablokować jego plany przejęcia Grenlandii.
Europejscy dyplomaci przyznają, że Ameryka pod rządami Donalda Trumpa może nie być już wiarygodnym partnerem handlowym, a tym bardziej pewnym gwarantem bezpieczeństwa. Jeśli podejście Waszyngtonu nie ulegnie zmianie, Europa – jak czytamy – może stanąć przed największą transformacją zachodniego systemu bezpieczeństwa od dekad – taką, która zachwieje globalną równowagą sił.
Obok rozmów o odwetowych represjach wobec USA i kryzysie wokół Grenlandii, dyplomaci zastanawiają się nad potencjalnymi skutkami długotrwałego rozstania z Waszyngtonem.
Ale w rozmowach regularnie pojawia się także Wołodymyr Zełenski, co oznacza, że kluczowym elementem nowego układu może być Ukraina.
Bo przecież dziś to najbardziej zmilitaryzowane państwo z ogromną armią, rozwiniętym przemysłem dronowym i unikalnym doświadczeniem bojowym, którego dziś nie ma żaden inny kraj w Europie.
Choć Ukraina od lat stara się o członkostwo w NATO, dziś – kiedy te napięcia są coraz powszechniejsze – ta perspektywa już nie wygląda zachęcająco. Równocześnie amerykańskie deklaracje o wspieraniu gwarancji bezpieczeństwa stają się coraz mniej pewne, a w europejskich stolicach rośnie poczucie, że parasol USA może się w każdej chwili zamknąć.
Gdyby do militarnego potencjału Ukrainy dołączyć siły Francji, Niemiec, Polski i Wielkiej Brytanii, to taka „koalicja chętnych” mogłaby stać się realnym graczem strategicznym. Taki układ miałby ogromną armię, doświadczenie z pola walki i połączenie państw posiadających broń jądrową z tymi, które jej nie mają, ale dysponują liczbą żołnierzy, sprzętem i zapleczem przemysłowym.
O potrzebie obrony Europy przy mniejszym wsparciu USA mówi się od dawna, ale w ostatnich dniach tempo wyraźnie przyspieszyło: z Brukseli płyną pomysły, zapowiedzi i politycznych sygnałów. Unia ogłosiła, że chce być gotowa do samodzielnej obrony do 2030 roku.
Europejski komisarz ds. obrony Andrius Kubilius zaproponował tydzień temu utworzenie stałej armii UE liczącej 100 tys. żołnierzy. Wrócił też do koncepcji Europejskiej Rady Bezpieczeństwa złożonej z około 12 państw, w tym również Wielkiej Brytanii. Ursula von der Leyen zaprezentowała z kolei nową Europejską Strategię Bezpieczeństwa, choć na razie ujawniono niewiele konkretów.
Jedno jest jednak wspólne dla większości europejskich stolic: rośnie przekonanie, że rozmowa o nowej architekturze bezpieczeństwa Europy nie może dłużej czekać. W najbliższych dniach przywódcy UE spotkają się na nadzwyczajnym szczycie, by wypracować odpowiedź na groźby Trumpa dotyczące Grenlandii, ale coraz więcej wskazuje na to, że agenda będzie znacznie szersza niż tylko ten jeden kryzys.
Dodatkowym punktem zapalnym ma być Światowe Forum Ekonomiczne w Davos. Jeśli Donald Trump rzeczywiście się tam pojawi, możliwe będą bezpośrednie rozmowy europejsko-amerykańskie.
Po rozmowach z Friedrichem Merzem, Emmanuelem Macronem, Keirem Starmerem oraz sekretarzem generalnym NATO Markiem Rutte, von der Leyen podkreśliła w niedzielę 18 stycznia, że Europejczycy pozostaną „niezłomni” w swoim zobowiązaniu do ochrony Grenlandii. „Stawimy czoła tym wyzwaniom dla naszej europejskiej solidarności z wytrwałością i determinacją” – mówiła.
Prezydent Karol Nawrocki otrzymał od Donalda Trumpa propozycję dołączenia do Rady Pokoju, której zadaniem ma być nadzór nad sytuacją na Bliskim Wschodzie – podaje Onet.
Podobną propozycję Donald Trump złożył także m.in. Władimirowi Putinowi oraz Viktorovi Orbánowi. Nie zabrakło także zaproszenia dla białoruskiego przywódcy Alaksandra Łukaszenki.
„Prezydent Putin otrzymał drogą dyplomatyczną propozycję dołączenia do Rady Pokoju. Obecnie analizujemy wszystkie szczegóły tej propozycji. Mamy nadzieję skontaktować się ze stroną amerykańską, aby doprecyzować wszystkie szczegóły” — powiedział rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow cytowany przez agencję TASS.
Rada ma koncentrować się na monitorowaniu procesu pokojowego w Strefie Gazy oraz wspieraniu lokalnych władz, tzw. Narodowego Komitetu Administracji Strefy Gazy. Według Trumpa gremium to ma składać się z „palestyńskich technokratów”.
Rada Pokoju w Strefie Gazy ma być międzynarodowym gremium, które miałoby nadzorować proces polityczny, rozmowy pokojowe oraz odbudowę enklawy.
Jak ustaliła agencja AFP, udział w Radzie Pokoju zaproponowano przedstawicielom prawie 60 państw, w tym przywódcom Kanady, Rumunii, Włoch i Turcji.
W piątek Biały Dom ujawnił, że w skład Rady Pokoju, mającej zarządzać Strefą Gazy, wchodzą m.in. sekretarz stanu USA Marco Rubio, specjalny wysłannik Steve Witkoff, zięć prezydenta USA Jared Kushner i były brytyjski premier Tony Blair. Na czele Rady stanie Donald Trump.
Agencja Bloomberga informuje, że administracja prezydenta USA Donalda Trumpa chce, by kraje wpłaciły co najmniej po 1 mld dolarów za stałe członkostwo w jego Radzie Pokoju.
W projekcie napisano, że każdy kraj należący do Rady byłby jej członkiem przez nie więcej niż trzy lata od wejścia statutu w życie. O odnowie członkostwa miałby decydować przewodniczący. Trzyletni okres członkostwa nie dotyczy krajów, które wpłacą do Rady Pokoju ponad 1 mld dolarów w ciągu pierwszego roku wejścia statutu w życie.
Bloomberg podkreślił, że krytycy tego rozwiązania obawiają się, iż Trump próbuje zbudować alternatywę czy wręcz rywala wobec ONZ, którą od dawna potępia.
Jedna z osób zaznajomionych z planem stwierdziła w rozmowie z „Financial Times”, że administracja USA postrzega Radę Pokoju jako „potencjalny substytut ONZ” i „rodzaj równoległego, nieoficjalnego organu zajmującego się konfliktami również poza Gazą”. Według dziennika nowe gremium mogłoby przyglądać się także sytuacji w Ukrainie oraz Wenezueli.
Pierwsze spotkanie Rady Pokoju Gazy ma się odbyć w tym tygodniu na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos w Szwajcarii.
Przeczytaj także:
Prezydent USA Donald Trump w specjalnym liście do premiera Norwegii zasugerował, że skoro nie dostał Pokojowej Nagrody Nobla, to nie zamierza już „myśleć wyłącznie o pokoju”
„Biorąc pod uwagę, że wasz kraj zdecydował się nie przyznać mi Pokojowej Nagrody Nobla za powstrzymanie ośmiu wojen i więcej, nie czuję już obowiązku myślenia wyłącznie o pokoju, choć zawsze będzie on najważniejszy. Mogę teraz myśleć o tym, co jest dobre i właściwe dla Stanów Zjednoczonych Ameryki” – napisał Donald Trump w liście skierowanym do norweskiego premiera. Dodał też, że dąży do „całkowitej kontroli nad Grenlandią”.
Treść pisma udostępnił w mediach społecznościowych Nick Schifrin, dziennikarz amerykańskiej stacji telewizyjnej PBS News.
Informacje potwierdził redakcji Politico premier Norwegii Jonas Gahr Støre.
Støre powiedział norweskiemu dziennikowi VG, że list Trumpa był odpowiedzią na krótką wiadomość wcześniej wysłaną tego samego dnia do prezydenta USA. Premier Norwegii działał w imieniu własnym oraz prezydenta Finlandii Alexandra Stubba. Obaj nordyccy przywódcy wezwali Trumpa do deeskalacji napięć i zaproponowali trójstronną rozmowę telefoniczną.
Nagroda nie jest przyznawana przez rząd Norwegii. Jej przyznawaniem zajmuje się niezależna komisja.
Trump napisał w liście też, że „Dania nie jest w stanie ochronić tego terytorium (Grenlandii, przyp. red.) przed Rosją ani Chinami. Dlaczego więc w ogóle miałaby mieć ‘prawo własności’? Nie istnieją żadne pisemne dokumenty, jest tylko fakt, że setki lat temu dopłynęła tam jakaś łódź. A przecież my również dopływaliśmy tam łodziami”.
Donald Trump jednak zapomniał, że Stany Zjednoczone uznały duńską suwerenność nad Grenlandią w ramach porozumienia z początku XX wieku, związanego ze sprzedażą przez Danię Wysp Dziewiczych USA. W zamian Waszyngton zobowiązał się nie kwestionować duńskich praw do Grenlandii.
„Zrobiłem dla NATO więcej niż jakakolwiek inna osoba od momentu jego powstania. Teraz NATO powinno zrobić coś dla Stanów Zjednoczonych. Świat nie będzie bezpieczny, dopóki nie będziemy mieć pełnej i całkowitej kontroli nad Grenlandią” – napisał Trump
W weekend Trump ogłosił, że od 1 lutego nałoży cła na państwa europejskie, które sprzeciwią się jego planom przejęcia Grenlandii. To skłoniło przewodniczącego Rady Europejskiej António Costę do zwołania nadzwyczajnego szczytu unijnych przywódców jeszcze w tym tygodniu.
W niedzielę 18 stycznia premier Norwegii oświadczył na konferencji prasowej, że jego kraj nie da się zastraszyć ani przymusić do zmiany stanowiska w sprawie Grenlandii i kwestii suwerenności. Podkreślił, że sprawy bezpieczeństwa i nienaruszalności granic nie mogą być rozgrywane poprzez naciski handlowe.
Odnosząc się do zapowiedzi Donalda Trumpa o cłach wobec ośmiu europejskich państw wspierających Grenlandię, zaznaczył, że Norwegia nie zaakceptuje sytuacji, w której instrumenty gospodarcze stają się narzędziem politycznej presji w fundamentalnych sprawach.
Trump od miesięcy intensywnie zabiegał o Pokojową Nagrodę Nobla, którą w 2009 roku otrzymał były prezydent USA Barack Obama. Wielokrotnie twierdził też, że doprowadził do zakończenia co najmniej ośmiu konfliktów zbrojnych, choć te deklaracje są podważane przez organizacje weryfikujące fakty.
Ostatecznie nagrodę przyznano wenezuelskiej liderce opozycji Marii Corinie Machado. W zeszłym tygodniu wręczyła ona Trumpowi swój medal, jednak Komitet Noblowski podkreślił później, że choć sam medal może zmieniać właścicieli, to wyróżnienia nie da się formalnie przekazać innej osobie.
Aż 73 proc. Amerykanów jest przeciwnych przejęciu Grenlandii przez USA siłą – wynika z sondażu przeprowadzonego przez YouGov 15 stycznia.
87 proc. wyborców Demokratów jest przeciwnych wykorzystaniu siły do przejęcia Grenlandii. Tak samo 73 proc. wyborców niezależnych i 60 proc. wyborców Republikanów. Zaledwie 15 proc. wyborców Partii Republikańskiej poparłoby takie rozwiązanie.
Przeczytaj także: