0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Ilustracja: Iga Kucharska / OKO.pressIlustracja: Iga Kuch...

Krótko i na temat: najnowsze wiadomości z Polski i ze świata

Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny

Google News

godzinę temu

Prawa autorskie: Fot. Wladyslaw Czulak / Agencja Wyborcza.plFot. Wladyslaw Czula...

Tusk zapowiada: CPN może wrócić na koniec wakacji

W poniedziałek premier Donald Tusk zapowiedział, że jeśli ceny ropy nadal będą rosły, program CPN, a więc regulowane ceny paliw, powrócą. Ale nie na długo. Najwyżej na dwa ostatnie tygodnie wakacji, gdy Polacy będą wracać z urlopów

Co się wydarzyło?

„Rozmawiałem z ministrem finansów. Jeśli się okaże, że sytuacja znowu jest niestabilna, że ceny znowu mogą pójść w górę, to

zaproponujemy takie rozwiązanie, żeby przynajmniej na ostatnie dwa tygodnie wakacji – a więc wtedy, kiedy zaczną się powroty z wakacji – wprowadzić regulowane ceny paliw"

- zapowiedział premier Donald Tusk podczas poniedziałkowej konferencji prasowej w Głuchołazach.

To reakcja na rosnące na świecie ceny ropy naftowej spowodowane reaktywacją konfliktu pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Iranem.

W poniedziałek co prawda ceny ropy znacząco spadły w związku z najnowszymi doniesieniami o deeskalacji konfliktu na linii USA-Iran, ale jeszcze przed weekendem cena ropy Brent skoczyła ponownie ponad 100 dolarów za baryłkę, podczas gdy jeszcze na początku lipca była w okolicach 70 dolarów za baryłkę.

Analitycy prognozowali w ostatnich dniach nawet, że cena może sięgnąć 120 dolarów, a w związku z tym cena diesla na polskich stacjach może przekroczyć 8 zł za litr.

Przeczytaj także:

Jaki jest kontekst?

Rząd wygasił program CPN, w ramach którego regulował ceny paliw na stacjach od marca 2026 roku, 1 lipca 2026 roku.

Od tamtej pory ceny ropy na świecie znów rosły, jednak przedstawiciele rządu byli bardzo powściągliwi w deklaracjach ewentualnego powrotu do regulowania cen. Głównym powodem jest oczywiście koszt programu, który od marca do końca czerwca sięgnął 4,7 mld zł.

Tę stratę dochodów budżetowych częściowo miał zrekompensować podatek od nadzwyczajnych zysków firm paliwowych. Wedle ustawy wprowadzającej go miał przynieść budżetowi 4 mld zł. Ustawa została jednak w piątek 24 lipca skierowana przez prezydenta Karola Nawrockiego do Trybunału Konstytucyjnego w trybie kontroli prewencyjnej.

Przeczytaj także:

godzinę temu

Prawa autorskie: Fot . Bartosz Bańka / Agencja Wyborcza.plFot . Bartosz Bańka ...

Gdynia na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO

Modernistyczne śródmieście Gdyni z lat 30. XX wieku jest 18. polskim obiektem na liście UNESCO. Dołączyło do modernistycznych perełek: Tel Awiwu, Asmary czy Kowna – ale trzeba było udowodnić, że Gdynia jest jedyna w swoim rodzaju.

Co się wydarzyło?

Obradujący w Busan w Korei Południowej Komitet Światowego Dziedzictwa UNESCO podjął decyzję o wpisaniu Gdyni na listę nad ranem czasu polskiego w poniedziałek 27 lipca stosunkiem głosów 18 z 21. To efekt wieloletnich starań władz Gdyni i polskich przedstawicieli w międzynarodowych organizacjach zajmujących się światowym dziedzictwem.

Doceniony został m.in. układ urbanistyczny dzisiejszego śródmieścia Gdyni, powstały w ciągu zaledwie kilku dekad i jego otwarcie na morze poprzez wcinające się w Zatokę Gdańską molo na osi jednej z głównych arterii miasta oraz charakterystyczny, związany z portowym charakterem miasta modernizm streamline, nawiązujący do wyglądu ówczesnych transatlantyków (zaokrąglone narożniki, okrągłe okna jak bulaje).

Władze Gdyni nie kryły radości z decyzji Komitetu: „To wielki powód do dumy i jednocześnie zobowiązanie do dalszej troski o to wyjątkowe miejsce dla przyszłych pokoleń. To także potwierdzenie, że wizja, od której ponad sto lat temu rozpoczęła się historia nowoczesnej Gdyni, zachowała swoją siłę i uniwersalne znaczenie. Wpis jest przede wszystkim hołdem dla ludzi odważnych: urbanistów, architektów, inżynierów i budowniczych, którzy uwierzyli, że z niewielkiej wsi można stworzyć nowoczesny port i miasto. Ten sukces należy również do kolejnych pokoleń Gdynianek i Gdynian, którzy przez dziesięciolecia troszczyli się o swoje miasto i czynią to nadal" – mówiła Aleksandra Kosiorek, prezydentka Gdyni.

Jaki jest kontekst?

Układ urbanistyczny śródmieścia Gdyni to zaledwie 18. polski obiekt na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO, która liczy już 1200 pozycji. Jest to także jeden z niewielu do tej pory przykładów architektury modernistycznej XX wieku. Gdynia dołączyła do projektów Le Corbusiera, modernistycznych osiedli w Berlinie, projektów Bauhausu, ale także zabudowy francuskiego Hawru, dzisiejszej stolicy Erytrei Asmary i powojennej już Brasilii.

Ciekawą analogią do gdyńskiego przykładu jest wciągnięte na listę już wcześniej Kowno, które w okresie powojennym pełniło funkcję powojennej stolicy Litwy i również dynamicznie się rozwijało – oraz oczywiście Tel Awiw, który również w latach 30 XX wieku przeżył budowlany boom w związku z żydowskim osadnictwem w Mandacie Palestyny.

Aby dostać się na listę UNESCO, obiekt, układ urbanistyczny czy obiekty dziedzictwa naturalnego muszą się charakteryzować tzw. wyjątkową uniwersalną wartością – mieć unikalny charakter. Gdynia powstawała od lat 20. XX wieku jako otoczenie budowanych od podstaw po odzyskaniu niepodległości najpierw portu wojennego, a potem portu komercyjnego, który już w 1934 roku stał się największym w Europie pod względem przeładunków. Ściągała inżynierów, bankierów, robotników – ale też świetnych architektów. Do najczęściej wymienianych w opracowaniach modernistycznych budynków należy hala targowa z parabolicznym sklepieniem i biurowiec ZUS, flagowy przykład stylu streamline.

„Podsumowując: »Modernistyczne Centrum Gdyni« (pełna nazwa wpisu na WHL UNESCO) to po prostu jeden z najlepiej zachowanych na świecie przykładów nowoczesnego miasta portowego XX wieku" – czytamy na portalu miasta Gdynia.

Przeczytaj także

Przeczytaj także:

15:27 27-07-2026

Prawa autorskie: Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.plFot. Sławomir Kamińs...

Jeden harcerz zdradził. Za to Kamiński i Wąsik nie złożyli lojalek

Europosłowie Mariusz Kamiński i Maciej Wąsik nie złożyli wymaganych przez samego prezesa partii oświadczeń o przynależności do PiS – podaje Wirtualna Polska. To nie dlatego, że chcą iść za Morawieckim, wkurzyli się o sam przymus podpisywania lojalek. Teraz Komitet Polityczny PiS będzie miał z nimi ból głowy

Co się wydarzyło?

We wtorek zbiera się Komitet Polityczny PiS, który oficjalne ma stwierdzić, że ci politycy, którzy nie złożyli na Nowogrodzkiej wymaganych przez Jarosława Kaczyńskiego lojalek, zostaną usunięci z partii.

Takie ultimatum – albo lojalka albo życie poza PiS – wymierzone było w stowarzyszenie Mateusza Morawieckiego, ale pojawił się też niespodziewany efekt uboczny.

Wirtualna Polska informuje, że poza ludźmi Morawieckiego zwierającymi szeregi w ramach stowarzyszenia Rozwój Plus, lojalek nie podpisali również dwaj eurospołowie – Mariusz Kamiński i Maciej Wąsik.

„Wąsik i Kamiński za Morawieckim nie pójdą. Oni się wkurzyli, że ktoś każe im jakieś lojalki podpisywać.

Wedle mojej wiedzy, to nie chodzi o to, że chcą do nas dołączać. Takich parlamentarzystów, którzy denerwują się na to, co się dzieje, jest cała masa" – mówi w nieoficjalnej rozmowie z WP stronnik Morawieckiego.

To może być kolejny kłopot dla Jarosława Kaczyńskiego. Żeby nie tracić autorytetu, powinien z partii usunąć również tych dwóch europosłów. Tymczasem PiS w ostatnich dniach walczy raczej o każde ręce na podkładzie, które do wtorku może jeszcze wyrwać z objęć Morawieckiego.

Jasne jest, że kiedy w czwartek o północy minęło ultimatum postawione przez Jarosława Kaczyńskiego i w piątek prezes wydał oświadczenie, w którym mówił, że „trzydziestu kilku posłów naszej formacji zrezygnowało z członkostwa”, nie pomylił się wcale w liczeniu.

Choć w stowarzyszeniu Morawieckiego jest 40 posłów, to Jarosław Kaczyński ewidentnie liczy, że do wtorku ta liczba jeszcze spadnie do „trzydziestu kilku” właśnie. A ostatnie dni z pewnością maślarze poświęcają na to, żeby harcerzy przekonać do powrotu.

Z jednym się już zresztą udało. W poniedziałek rzecznik PiS Rafał Bochenek poinformował, że poseł Grzegorz Lorek zrezygnował z uczestnictwa w inicjatywie byłego premiera i "wraca do PiS”. Lorek to były polityk AWS i Ligi Polskich Rodzin. Do Sejmu wszedł w 2018 roku.

„Harcerze” w rozmowie z WP mówią, że spodziewali się, że Lorek może być potencjalnie słabym ogniwem.

Przeczytaj także:

Jaki jest kontekst?

Rozłam w PiS, który dokonał się w ubiegłym tygodniu, a przypieczętowany zostanie we wtorek (28 lipca), od miesięcy wydawał się nieunikniony. Już w kwietniu sprawa wisiała na włosku, jednak koncepcja „dwóch płuc” pozwoliła chwilowo zażegnać wizję rozłamu w partii.

Tym razem nie dość, że się nie udało, to atmosfera wewnątrz partii zrobiła się bardzo ostra, a przeciwnicy publicznie już bez żadnych zahamowań obrzucali się błotem, czego szczytowym momentem była kłótnia Jacka Kurskiego z Robertem Gontarzem na antenie Telewizji Republika.

Kurski przeprowadził bezpardonowy atak na Mateusza Morawieckiego. Oskarżał go o współpracę z Donaldem Tuskiem, mówił m.in.:

„PiS ma być rozwalony w wyniku realizacji niemieckiego planu podboju Europy, a Morawiecki jest żałosnym trybikiem.”

Ten występ rozzłościł samego Jarosława Kaczyńskiego i może skończyć się dla Kurskiego nawet zakazem występów medialnych.

Ostatecznie, jak pisze WP, Nowogrodzka zaczyna rozumieć, że czas wyciszyć emocje, bo publiczne obrzucanie się błotem pomiędzy „malarzami” a „harcerzami” nikomu nie służy.

„Jeśli ich sondaże rzeczywiście okażą się niezłe, to w którymś momencie trzeba będzie wrócić do rozmów i być może zbudować coś wspólnie na przyszłoroczne wybory – ocenia w WP jeden z polityków PiS.

Przeczytaj także:

14:30 27-07-2026

Prawa autorskie: Fot. Zrzut ekranu/Facebook/PKOlFot. Zrzut ekranu/Fa...

Tajne spotkanie prokuratora z Katowic z prezesem Zondacrypto

Delegacja Prokuratury Krajowej i CBA zorganizowała w jednym z krajów Zatoki Perskiej potajemne negocjacje z prezesem Zondacrypto Przemysławem Kralem. Cel: namówić go do zeznań w zamian za status świadka koronnego – informuje „Rzeczpospolita”

Co się wydarzyło?

Polska Prokuratura próbuje namówić Przemysława Krala, prezesa Zondacrypto do współpracy. Z informacji „Rzeczpospolitej” wynika, że doszło do tajnego spotkania przedstawicieli polskich służb z Kralem na terenie jednego z krajów Zatoki Perskiej.

Najprawdopodobniej wybór padł na kraj neutralny w tym sensie, że podejrzewa się, Przemysław Kraj po opuszczeniu Monako zamieszkał w Izraelu. Na spotkanie jednak wybrano kraj trzeci.

Uczestniczyć w nim miał według gazety miał jeden z naczelników delegatury CBA oraz prokurator Marek Wełna, naczelnik śląskiego wydziału Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej. Ich zadaniem było przekonać Przemysława Krala, by został świadkiem koronnym.

Przypomnijmy, że choć Przemysław Kral zniknął trzy miesiące temu, wyjechał z Monako, gdzie ostatnio mieszkał, przestał się udzielać w social mediach, nie kontaktuje się już z pracownikami, a przede wszystkim Zondacyrtpo nie obsługuje już żadnych płatności, w związku z czym katowicka prokuratura w połowie kwietnia wszczęła postępowanie sprawie oszustwa i prania pieniędzy.

Kral jednak nie został przesłuchany. Nie jest też o nic oskarżony, ścigany ani podejrzany.

Tymczasem status świadka koronnego dotyczy osób podejrzanych, które uczestniczył w działalności zorganizowanej grupy przestępczej i zdecydowałby się ujawnić organom ścigania wszystkie informacje o przestępstwach oraz ich sprawcach – wyjaśnia „Rzeczpospolita”.

Druga kwestia dotyczy tego, że świadek koronny powinien uczestniczyć w działalności grupy, ale nie może nią kierować.

Jeśli Kral zdecydowałby się na taki układ z polską prokuraturą, straciłby cały majątek uzyskany z przestępstw, ale uzyskałby niekaralność oraz dożywotnią ochronę służb, w tym zmianę wizerunku, nowe życie i tożsamość.

Przeczytaj także:

Jaki jest kontekst?

Choć w sprawie Zondacyrpto w prokuraturze toczy się kilka postepowań równolegle, nie ma jednej teorii, kto stał za giełdą Zondacrytpo, a wcześniej za BitBay, która była jej poprzednikiem.

Choć w sprawie BitBay wiadomo znacznie więcej. W pierwszych latach działalności giełdy szarą eminencją był prawdopodobnie Roman Ż., cichy wspólnik Suszka, który formalnie nigdy nie pełnił żadnej funkcji w spółce, nie był też jej udziałowcem, jednak 70 proc. udziałów posiadali ludzie z nim związani.

Jak pisaliśmy niedawno w OKO.press, prokuratura już w 2022 roku postawiła jemu oraz byłemu prezesowi i wiceprezesowi BitBay zarzuty dotyczące prania pieniędzy. Proces jest w toku i niewykluczone, że ludzie, którzy odpowiadali za działalność przestępczą w BitBay, już są na celowniku.

W tamtym okresie w spółce nie było jeszcze jednak Przemysława Krala. On pojawił się dopiero w 2019 roku, w dodatku doradzał jedynie Sylwestrowi Suszkowi, a kontrolę na firmą przejął dopiero tuż przed zaginięciem Suszka w marcu 2022 roku.

Media podawały informacje, jakoby za tym zaginięciem miały stać konflikty pomiędzy środowiskami mafijnymi, w tym mafią krakowską, pruszkowską i „Mańkiem”, czyli właścicielem słynnej stacji benzynowej w Czeladzi, na której zaginął Sylwester Suszek. Przemysław Kral był właśnie człowiekiem „Mańka”.

Dziś prokuratura uważa, że Sylwester Suszek najprawdopodobniej nie żyje – został zamordowany przez grupy przestępcze, które wykorzystywały giełdę kryptowalut do prania brudnych pieniędzy. Śledztwo w tej sprawie toczy się od 2022 roku, a od lutego 2026 roku kieruje nim prok. Marek Wełna.

To właśnie prok. Wełna według „Rzeczpospolitej” ma prowadzić potajemne negocjacje z Przemysław Kralem na temat statusu świadka koronnego.

Przeczytaj także:

13:00 27-07-2026

Prawa autorskie: Fot. AP Photo/Ebrahim NorooziFot. AP Photo/Ebrahi...

Zamach w Berlinie. Ofiara śmiertelna to Polka z Warszawy

„Wstrząśnięci i z głębokim smutkiem przyjęliśmy informację, że ofiarą tragicznego ataku w Berlinie była obywatelka Polski” – przekazał w poniedziałek rzecznik MSZ Maciej Wewiór. To 65-letnia kobieta z Warszawy. Córka ofiary również została ranna i przebywa w szpitalu. Sprawca został zastrzelony podczas policyjnej obławy

Co się wydarzyło?

Ofiarą zamachu, do jakiego doszło w sobotę wieczorem (25 lipca) w Berlinie, w czasie trwania Parady Równości, jest 65-letnia Polka z Warszawy.

Potwierdził to już wcześniej również burmistrz Berlina Kai Wegner, który złożył kondolencje charge d'affaires Rzeczypospolitej Polskiej w Niemczech Janowi Tombińskiemu. Agencja prasowa dpa cytuje go:

„Bardzo poruszyło mnie to, co wydarzyło się w sobotę, a moje myśli są z państwem, a przede wszystkim z córką i rodziną zamordowanej.”

Media podają, że córka również została w tym zamachu ranna. We wtorek o godz. 15 przed Bramą Brandenburską ma się odbyć uroczystość upamiętniająca zmarłą Polkę. Poza nią w zamachu polegającym na tym, że duży samochód dostawczy wjechał w tłum, ucierpiało także 29 innych osób. W niedzielę część z nich zostało wypisanych ze szpitala, nikt nie walczy już o życie.

Jaki jest kontekst?

W sobotę wieczorem (25 lipca) duży samochód dostawczy wjechał w tłum ludzi w berlińskim parku Tiergarten, w pobliżu Bramy Brandenburskiej. To właśnie w tej okolicy trwała jedna z największych Parad Równości w Europie.

Sprawca został w niedzielę zastrzelony podczas obławy na terenie ogródków działkowych w dzielnicy Spandau. Według nieoficjalnych informacji działka, na której się ukrywał, należała do jego ojca. Jednostki specjalne policji zjawiły się tam zaalarmowane o jego obecności. Abdul B. nie chciał się poddać, próbował atakować policję białą bronią, na co otwarto ogień. Sprawca został postrzelony i mimo reanimacji zmarł ok. 18.30.

Minister spraw wewnętrznych Niemiec Alexander Dobrindt poinformował w niedzielę, że wszystko wskazuje na to, że atak w berlińskim Tiergarten był islamistycznym zamachem terrorystycznym. Dodał, sprawca na miejscu zbrodni prawdopodobnie atakował ludzi także maczetą.

Sprawcą tym jest 21-letni Abdul B., sympatyk Państwa Islamskiego, który był już wcześniej znany policji. Abdul B. urodził się w 2005 roku w Niemczech i ma libańskie pochodzenie. W 2025 roku wyjechał do Libanu, jak informują niemieckie media, stamtąd chciał przedostać się do Syrii, by dołączyć do Państwa Islamskiego, jednak nie udało mu się i wrócił do Berlina.

Po powrocie do Berlina został zatrzymany przez policję i do maja 2026 roku przebywał w areszcie śledczym. W końcu wyszedł, ponieważ usłyszał wyrok w zawieszeniu za przygotowywanie poważnego, zagrażającego państwu aktu przemocy. Sąd uwierzył mu, gdy podczas procesu dystansował się do Państwa Islamskiego. Dostał jedynie sądowy nakaz wzięcia udziału w programie deradykalizacyjnym.

Niemiecki minister spraw wewnętrznych Alexander Dobrint przyznał w wywiadzie dla telewizji ZDF, że „postawienie wyłącznie na program deradykalizacji było z pewnością naiwne”. Dodał, że kwestia potraktowania Abdula B. przez sąd zostanie zbadana.

Przeczytaj także: