Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Założyciel partii oddał władzę Katarzynie Pełczyńskiej-Nałęcz. Pozostaje jednak w zarządzie Polski 2050
Szymon Hołownia został wybrany do zarządu Polski 2050 na posiedzeniu Rady Krajowej partii w sobotę 7 lutego. Było to pierwsze posiedzenie po wyborze Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz na przewodniczącą partii. Innymi wybranymi do zarządu są Paulina Hennig-Kloska, Rafał Kasprzyk i Sławomir Ćwik.
Według statutu partii, przewodnicząca wybiera do czterech członków zarządu. Skorzystała z tego prawa we wtorek 3 lutego i wypełniła stanowiska:
Nie zmienił się skarbnik (Łukasz Osmalak), i sekretarz partii (Robert Sitnik).
W powtórzonej II turze wyborów na przewodniczącą partii 31 stycznia Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz zdobyła 350 głosów, jej rywalka Paulina Hennig-Kloska – 309.
Wybory rozbudziły emocje wśród polityków Polski 2050, a przez kilka tygodni partia Szymona Hołowni gościła w mediach jako obiekt żartów. Politycy ujawniali prywante wiadomości SMS, demonstracyjnie opuszczano grupy na komunikatorach, wzajemne oskarżano się o zdradę na platformach cyfrowych.
Hołownia nie wziął udziału w wyborach. W listopadzie zgodnie z zapisami umowy koalicyjnej złożył rezygnację z funkcji Marszałka Sejmu. Wcześniej, we wrześniu 2025 roku ogłosił, że zamierza ubiegać się o stanowisko Wysokiego Komisarza ds. Uchodźców ONZ. W grudniu wybrano jednak innego kandydata, byłego prezydenta Iraku Barhama Saliha.
Pomimo zmiany na szczycie władz partyjnych, oficjalna nazwa partii wciąż brzmi Polska 2050 Szymona Hołowni.
Przeczytaj także:
Pierwsza kobieta w historii Japonii na czele rządu może poprawić wynik swojej partii nawet o 100 miejsc w Izbie Reprezentantów
Zgodnie z przewidywaniami, przyspieszone wybory parlamentarne w Japonii niemal na pewno wygrywa Partia Liberalno-Demokratyczna z premierką Sanae Takaichi na czele. Państwowa telewizja NHK podała na podstawie sondażu exit poll, że PLD ma wygrać pomiędzy 274 a 328 miejsc w Izbie Reprezentantów. Do samodzielnej większości potrzebne są 233 miejsca.
Oznacza to, że Takaichi może osiągnąć bardzo zbliżony wynik do jej politycznego mentora, zamordowanego w 2022 roku premiera Shinzo Abe. Pod jego przewodnictwem partia w trzech wyborach latach 2012-2017 zdobywała między 284 a 294 miejsca w Izbie.
W poprzednich wyborach w październiku 2024 roku PLD zdobyła tylko 191 miejsc w 465-osobowej Izbie Reprezentantów. W wyniku tamtych wyborów premier Shigeru Ishiba stanął na czele rządu mniejszościowego. Miał słaby mandat do rządzenia i kiepską pozycję w partii po drugim najgorszym wyniku LDP w historii partii. We wrześniu 2025 roku Ishiba ogłosił, że rezygnuje z szefowania partią i z pozycji premiera. Takaichi wygrała wybory wewnątrz partii i objęła stanowisko premierki. Od tego momentu notowania partii zaczęły sukcesywnie rosnąć. Dlatego Takaichi zdecydowała się na rozpisanie nowych wyborów, by odzyskać większość w Izbie Reprezentantów.
Sondażowe wyniki wyborów pokazują, że ruch się opłacił.
Takaichi znana jest z ostrych poglądów na temat stosunków japońsko-chińskich. W listopadzie powiedziała, że Japonia może interweniować, jeżeli Chiny zaatakują Tajwan. Znacząco zwiększyła też japoński budżet obronny. W odpowiedzi na wypowiedź premierki, Chiny odpowiedziały ograniczeniem liczby chińskich turystów podróżujących do Japonii, wstrzymaniem importu japońskich owoców morza, sugerowały też ograniczenia w eksporcie metali rzadkich. Japońska liderka może zinterpretować wynik wyborów jako potwierdzenie jej twardej postawy wobec Chin.
Premierka będzie musiała sie jednak zmierzyć też z gospodarczą stagnacją Japonii i problemami Japończyków z kosztami życia.
Przeczytaj także:
To konsekwencja amerykańskiej polityki i indyjsko-amerykańskiej umowy z początku lutego. W zamian Amerykanie obniżają cła na Indie
Reuters donosi, że największe rosyjskie firmy naftowe odmawiają konkraktów na import rosyjskiej ropy na marzec i kwiecień. Powołując się na handlarza, który jest w kontakcie z największymi firmami, agencja pisze, że zmiana dotyczy trzech dużych firm: Indian Oil, Bharat Petroleum i Reliance Industries. Firmy te odpowiadają razem za większość zdolności rafinacyjnych Indii. Reliance Industries jest największą indyjską spółką i 45. na świecie według Forbes.
Źródła Reutersa mówią też, że firmy te planują w najbliższych miesiącach dalej unikać kontraktów na rosyjską ropę.
Zapytany o zmianę w strategii rzecznik indyjskiego ministerstwa spraw zagranicznych Indii powiedział, że jest to realizacja strategii dywersyfikacji źródeł ropy dla indyjskiej gospodarki.
W piątek 6 lutego Donald Trump wydał dekret, w którym wycofał 25-procentowe cła na indyjskie produkty. To wycofanie się z ruchu z sierpnia 2025 roku, gdy amerykański prezydent nałożył na Indie cła za zakup rosyjskiej ropy (podnosząc łączny poziom ceł do 50 proc.). To z kolei wynik wcześniejszej, wstępnej umowy indyjsko-amerykańskiej, którą oba kraje osiągnęły 2 lutego. Umowa ta w założeniu obniża ostateczny poziom ceł do 18 proc., z możliwością dalszego ich obniżania.
Po 2022 roku, gdy UE odwróciła się od Rosji i jej surowców, Indie stały się jednym z głównych odbiorców eksportu rosyjskich surowców energetycznych. Przed 2022 rokiem import ropy z Rosji był w Indiach ledwo zauważalny na tle całego sektora. W 2023 i 2024 roku Rosja była głównym dostawcą, odpowiadającym za mniej więcej jedną trzecią importu.
Krytycy zwracali jednak uwagę, że w indyjsko-amerykańskiej umowie z 2 lutego nie ma słowa o rosyjskiej ropie. Wiadomośc Reutersa potwierdzają jednak, że Indie zamierzają zmienić politykę dotyczącą rosyjskiej ropy.
Przeczytaj także:
Jak podał portal Axios Biały Dom planuje zorganizowanie spotkania przywódców „Rady Pokoju” w Strefie Gazy na 19 lutego.
Axios, powołując się na informacje od urzędnika USA i dyplomatów z czterech krajów zasiadających w radzie, informuje, że Biały Dom chce wykorzystać spotkanie, aby „przyspieszyć wdrażanie drugiego etapu porozumienia o zawieszeniu broni w Strefie Gazy i zebrać pieniądze na odbudowę”.
Prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump zainaugurował Radę Pokoju podczas Światowego Forum Ekonomicznego w Davos. Ogłaszając jej powstanie prezydent USA twierdził, że Rada Pokoju jest jedną z najważniejszych instytucji, jakie powstały w historii świata. Twierdził też, że „poproszono go o zostanie jej przewodniczącym”, co było dla niego „zaszczytem”.
Rada Pokoju stworzona początkowo po to, by zarządzać powojenną Strefą Gazy na mocy porozumień z Izraelem i Hamasem w zamyśle administracji Trumpa ma stanowić konkurencję dla ONZ i jej Rady Bezpieczeństwa.
Członkostwo w Radzie wymaga wpłaty w wysokości miliarda dolarów od każdego zaproszonego kraju.
Trumpowi nie udało się jednak jak dotąd skłonić do udziału w tym przedsięwzięciu ani większości sojuszników z NATO (w tym najważniejszych państw Europy), ani też Rosji i Chin (na czym ogromnie mu zależy). Na osłodę pozostaje Trumpowi jedynie Białoruś, która potwierdziła już udział w Radzie.
Zaproszony do Rady został też prezydent Polski Karol Nawrocki – jednak po negocjacjach z rządem jego kancelaria ogłosiła, że ewentualny udział w Radzie wymaga przejścia całej procedury konstytucyjnej (czyli uchwały Rady Ministrów i ratyfikacji przez parlament) – na co w obecnym układzie politycznym szanse są zupełnie mikroskopijne. Jednocześnie Nawrocki pojawił się na inauguracji Rady, by pokazać swe polityczne wsparcie dla tej inicjatywy.
„W Davos zgodnie z rządową rekomendacją. Bezpieczeństwo Polski wymaga współpracy między prezydentem i premierem, zgodnie z konstytucyjnymi zasadami. Nasz stały osobisty kontakt w ostatnich dniach przyniósł dobre efekty” – w ten sposób premier Donald Tusk odniósł się na platformie X do zachowania prezydenta Nawrockiego.
„Rada Pokoju czy klub miłośników Donalda Trumpa? To chyba pierwszy taki przypadek, gdy Karol Nawrocki mógł się ucieszyć, że jego kompetencje są mniejsze niż kompetencje rządu” – przekonywały Dominika Sitnicka i Agata Szczęśniak w Programie Politycznym na łamach OKO.press.
Przeczytaj także:
Argentyński sędzia zażądał ekstradycji ze Stanów Zjednoczonych byłego prezydenta Wenezueli Nicolása Maduro, którego ściga pod zarzutem zbrodni przeciwko ludzkości.
W sobotę 3 stycznia 2026 roku amerykańskie wojska schwytały Maduro. Kilka dni później wenezuelski dyktator został oskarżony przed sądem federalnym w Nowym Jorku za narkotykowy terroryzm i spisek mający na celu import kokainy do USA. Obecnie Maduro i jego żona oczekują na proces w więzieniu w Brooklynie. Grozi im nawet 25 lat pozbawienia wolności. Sam Maduro zaprzecza zarzutom.
Przeczytaj także:
Tymczasem Argentyna zwróciła się do USA z wnioskiem o ekstradycję dyktatora. We wrześniu 2024 roku władze sądownicze tego kraju wydały nakaz aresztowania ówczesnego przywódcy Wenezueli. Maduro jest oskarżony popełnienie zbrodni przeciwko ludzkości poprzez nadzorowanie brutalnych represji wobec protestujących i przeciwników politycznych w czasie sprawowania urzędu prezydenta.
Sprawa, wniesiona w Buenos Aires w 2023 roku przez organizacje praw człowieka reprezentujące ofiary reżimu, opiera się na zasadzie jurysdykcji uniwersalnej – koncepcji prawnej, która umożliwia ściganie w Argentynie każdego obywatela dowolnego kraju, który dopuścił się zbrodni takich jak ludobójstwo lub terroryzm, gdziekolwiek na świecie.
Choć prezydent Argentyny Javier Milei to jeden z czołowych sojuszników Donalda Trumpa w regionie, trudno oczekiwać, by Amerykanie zgodzili się na ekstradycję auokraty, którego prezydent USA uważa za szefa wenezuelskich karteli narkotykowych.
Po schwytaniu Maduro władzę w Wenezueli sprawuje tymczasowa prezydent Delcy Rodriguez. De facto u jej boku krajem rządzą jej brat Jorge Rodriguez, przewodniczący Zgromadzenia Narodowego oraz Diosdado Cabello, szef MSW, który kontroluje wojsko i służby.
Z jednej strony chaviści podejmują decyzje, które jeszcze kilka tygodni temu wydawały się nie do pomyślenia. Nawiązują rozmowy z Amerykanami, zgadzają się na ponowne otwarcie amerykańskiej ambasady w Caracas, prywatyzują rynek naftowy, nie zakazują zgromadzeń krewnych więźniów politycznych, którzy od miesiąca czuwają pod aresztami w całym kraju. A w czwartek 5 lutego władze przedstawiły projekt ustawy o amnestii, pojednaniu i zjednoczeniu narodowym. Projekt zstał przyjęty przez Zgromadzenie Narodowe (kontrolowane przez chavistów) już w pierwszym czytaniu.
Krytycy chavizmu alarmują, by ustawę czytać między wierszami. Ich zdaniem nowe prawo stanowi tylko „fasadę normalności dla Waszyngtonu”. Prawo wyklucza z amnestii osoby ścigane lub skazane za poważne naruszenia praw człowieka, zbrodnie przeciwko ludzkości, zbrodnie wojenne, umyślne zabójstwo, ale także za m.in. korupcję i handel narkotykami. A to daje wymiarowi sprawiedliwości, też oczywiście kontrolowanemu przez chavizm, dużo możliwości interpretacji przepisów na korzyść reżimu.
Prawo o amnestii to kolejna próba wyjśćia naprzeci oczekiwaniom Amerykanów i utrzyma się przy władzy. A prawda jest taka, że chavizm zachowuje kontrolę nad administracją publiczną, dominuje w parlamencie i kontroluje sądy. Ulice wciąż kontrolują colectivos, chavistowskie bojówki uzbrojonych przez władzę cywili.
Przeczytaj także: