Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Od soboty, 22 sierpnia w Polsce obowiązują nowe zasady dotyczące zatrudniania obywateli Kolumbii, Gruzji i Wenezueli. Nie będą oni mogli uzyskać zezwolenie na pracę w ramach ruchu bezwizowego.
Z roku na rok Polska staje się coraz bardziej atrakcyjnym krajem dla migrantów. Polskę jako atrakcyjne miejsce dla życia wybierają nie tylko migranci z Białorusi czy Ukrainy, a też osoby z odległych krajów, m.in. w ciągu ostatnich lat rośnie liczba pracowników z Kolumbii, Gruzji i Wenezueli. Wkrótce to może się zmienić.
7 sierpnia 2026 r., w Dzienniku Ustaw opublikowano rozporządzenie Ministra Rodziny Pracy i Polityki Społecznej, wyłączające w stosunku do obywateli tych trzech państw możliwość uzyskania zezwolenia na pracę w ramach ruchu bezwizowego. Rozporządzenie weszło w życie 22 sierpnia.
Według nowych przepisów obywatele wspomnianych państw będą musieli posiadać nie tylko zezwolenie o pracę, ale również uzyskać wizę krajową, wydaną w celu wykonywania pracy na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej.
Wyjątek stanowią osoby, które posiadają zezwolenie na pracę w ramach ruchu bezwizowego, a zatrudnienie rozpoczęły przed wejściem w życie rozporządzenia. Będą oni mogli kontynuować pracę na dotychczasowych zasadach aż do dnia upływu okresu pobytu w ramach ruchu bezwizowego.
Natomiast według analizy portalu Prawo.pl, w przyjętych regulacjach zapomniano uregulować sytuację prawną migrantów, którzy w przeszłości w pełni legalnie przybyli do Polski i zgodnie z obowiązującym wówczas prawem wnioskowali o uprawnienia do legalnego wykonywania pracy, ale procedura nie została jeszcze zakończona. Jeśli do 22 sierpnia urzędy nie rozpatrzyły ich wnioski o zezwolenia na pracę pozytywnie, to oznacza, że tysiące osób pozostanie zmuszonych do opuszczenia Polski. Mimo to, że te osoby mogły oczekiwać na takie zezwolenie przez kilka miesięcy.
„W skutek braku jakichkolwiek przepisów przejściowych nakazujących tę grupę osób traktować odmiennie, należy przyjąć, że wszystkie wnioski złożone względem tych osób zostaną rozpoznane negatywnie. Oznacza to, że setki cudzoziemców nie będzie mogło podjąć pracy. Pozostając bez możliwości zarobkowania, w praktyce zostaną zmuszeni do wyjechania z Polski” – wyjaśniają dr Łukasz Duśko i dr Mateusz Szurman z Katedry Prawa Karnego Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Dotychczas, cudzoziemcy z Kolumbii, Wenezueli i Gruzji mogli przybyć do Polski – zarówno w celach turystycznych, jak też zarobkowych – w ramach ruchu bezwizowego. Migranci korzystali z tej możliwości, aby podjąć w Polsce pracę. Według danych Ministerstwa Rosziny, Pracy i polityki społecznej w 2025 r. cudzoziemcom z tych krajów wydano łącznie 39 092 zezwoleń na pracę, w tym: 478 Gruzinom, 1277 Wenezuelczykom oraz 37 337 Kolumbijczykom.
Często cudzoziemcy w Polsce podejmują pracę, której Polacy nie chcą, np. w przetwórstwie przemysłowym, w przetwórstwie rybnym, mięsnym, w branży transportowej czy budowlanej. Mimo że imigranci są potrzebni na polskim rynku pracy, nowe przepisy stwarzają dodatkowe bariery dla migrantów i utrudniają im proces legalizacji. Migranci mierzą się długimi procedurami legalizacji pobytu. Rozpatrzenie spraw, które ma trwać maksymalnie dwa miesiące wydłuża się do kilku miesięcy a nawet lat. Urzędy są niedofinansowane, brakuje kadr, żeby zaspokoić potrzeby aktualnej sytuacji migracyjnej. W związku z tym wiele migrantów żyje z poczuciem lęku i niepewności co do jutra.
Jak pisaliśmy, na poniedziałek 24 sierpnia w Warszawie o godz. 12:00 przed Urzędem Wojewódzkim inicjatywa obywatelska Głos Migranta zaplanowała demonstrację w tej sprawie. Pikieta ma się odbyć pod hasłem „Zatrzymajmy bezprawie administracyjne w Warszawie i w całej Polsce”. Więcej o tej inicjatywie pisał w OKO.press Krzysztof Boczek:
Przeczytaj także:
37 osób rannych po trzęsieniu ziemi we wschodniej Japonii i w Tokio
W nocy z soboty na niedzielę w Japonii miało miejsce trzęsienie ziemi o sile 5,9 w skali Richtera. Według danych Japońskiej Agencji Meteorologicznej ziemia zatrzesła się w południowej prefekturze Ibaraki, na głębokości 70 kilometrów. Jest to obszar podatny na częste zjawiska sejsmiczne.
Na razie nie ma zagrożenia tsunami.
Nie odnotowano żadnych doniesień o uszkodzeniach w około dziesięciu elektrowniach jądrowych i innych obiektach zajmujących się przetwarzaniem materiałów jądrowych. Poinformowała o tym z kolei Agencja Regulacji Jądrowej.
Jak podaje Associated Press, japońskie władzy informują o co najmniej 37 osobach rannych. Większość osób odniosła lekkie obrażenia, upadając lub uderzając się o meble i drzwi. Trzęsienie ziemi miało miejsce w nocy, zaspani ludzie gwałtownie się budzili i próbowali wstać z łóżek.
Wstrząsy podziemne spowodowały opóźnienia pociągów ekspresowych łączących Tokio z lotniskiem Narita, a także pociągów lokalnych w regionach północno-wschodnich. Natomiast pociągi szybkobieżne Shinkansen miały jeździć zgodnie z rozkładem.
Premier Japonii Sanae Takaichi oświadczyła, że rząd powołał specjalną grupę, która oszacuje skalę szkód.
Japońska agencja meteorologiczna wezwała mieszkańców regionu do zachowania ostrożności ze względu na możliwość wystąpienia kolejnego trzęsienia ziemi o umiarkowanej sile w ciągu około tygodnia.
Japonia jest jednym z krajów o największym ryzyku trzęsień ziemi na świecie. Co roku odnotowuje się tu około 1 500 trzęsień ziemi.
Pod koniec lipca na japońskiej wyspie Kiusiu miało miejsce znacznie silniejsze trzęsienie ziemi o sile 7,1 w skali Richtera. Wtedy zginęło 38 osób, a kolejne 364 odniosły obrażenia. Zniszczono również ponad 1500 budynków, a prawie 20 tysięcy uległo uszkodzeniu.
Najsilniejsze trzęsienie ziemi w Japonii miało miejsce w marcu 2011 roku. Wówczas trzęsienie ziemi o sile 9,0 w skali Richtera wywołało potężne tsunami, które dotarło daleko w głąb lądu, niszcząc miasta i ich kluczową infrastrukturę oraz powodując poważną awarię w elektrowni jądrowej „Fukushima-1”. Ponad 18 tysięcy osób zginęło, a prawie pół miliona mieszkańców regionu zostało zmuszonych do opuszczenia swoich domów.
Przeczytaj także:
Po uderzeniu ukraińskich dronów w nocy 23 sierpnia wybuchł pożar platformy handlowej Ozon w Orenburgu.
O tym poinformował kanał na Telegramie Exilenova+.
Jak pisze portal Militarnyj, powierzchnia kompleksu logistycznego Ozon w Orenburgu przekracza 200 tysięcy metrów kwadratowych. Według nagrań i zdjęć, które pojawiają się w sieci wynika, że pożar ma charakter lokalny. Na razie nieznana jest skala zniszczeń.
Kompleks logistyczny Ozon w Orenburgu znajduje się na terenie specjalnej strefy ekonomicznej „Orenburżie”. Pierwsza faza centrum realizacji zamówień o powierzchni 40 tysięcy metrów kwadratowych została uruchomiona 21 sierpnia 2024 roku. W 2025 roku zakończono budowę drugiego budynku kompleksu. Po rozszerzeniu kompleks miał uzyskać możliwość jednoczesnego przechowywania ponad 31 mln produktów i realizacji do 915 tysięcy zamówień dziennie.
Gubernator obwodu orenburskiego Jewgienij Słoncew w nocy ostrzegał mieszkańców przed zagrożeniem ze strony ukraińskich dronów. Ogłosił zamknięcie przestrzeni powietrznej dla wszelkich statków powietrznych cywilnych.
Według burmistrza Orenburga Alberta Jumadilowa kilka dronów zostało zestrzelonych m.in. nad specjalną strefą ekonomiczną, w której znajdują się zakłady przemysłowe. Nie ma informacji o rannych.
„Wszystkie systemy zadziałały zgodnie z procedurą, w ciągu kilku minut ewakuowaliśmy ponad 300 pracowników” – komentuje firma Ozon. Działalność magazynu została zawieszona, towary tam przechowywane zostały usunięte z oferty platformy handlowej, a kompleks „tymczasowo nie przyjmuje dostaw” i nie wysyła towarów.
W porannym komunikacie rosyjskie Ministerstwo Obrony poinformowało, że w nocy z 22 na 23 sierpnia przechwycono i zniszczono 328 bezzałogowych statków powietrznych nad terytorium Rosji oraz na terenach okupowanych.
To już drugi kompleks logistyczny firmy Ozon, który w ostatnich dniach stał się celem ataku ukraińskich dronów. Rano 22 sierpnia zaatakowano magazyn firmy w Czapajiewsku w obwodzie samarskim.
W ciągu ostatnich tygodni ukraińskie oddziały trafiły 15 największych centrów logistycznych rosyjskiej platformy handlowej Wildberries, która sprzedaje między innymi towary podwójnego zastosowania, które są wykorzystywane na froncie. 16 sierpnia Ministerstwo Obrony Ukrainy poinformowało, że Siły Obronne Ukrainy unieruchomiły siedem centrów Wildberies. Według różnych szacunków łączna kwota strat spowodowanych atakami na Wildberries może wynieść od 9,5 mld do 11,93 mld dolarów.
Ministerstwo Obrony Ukrainy ogłosiło, że Siły Obronne rozpoczęły niszczenie centrów logistycznych platformy handlowej Ozon.
Przeczytaj także:
Aktywiści protestujący o całkowite wycofanie przewozów konnych nad Morskim Okiem, wnioskowali o zamknięcie trasy na czas ich protestu, na co zgody nie wyraził starosta tatrzański. Działacze siadali więc na asfalcie, skąd siłą ściągała ich policja.
W sobotę rano rozpoczął się protest przeciwko transportowi konnemu na szklaku do Morskiego Oka w Tatrzańskim Parku Narodowym. Organizatorem były Dolnośląski Inspektorat Ochrony Zwierząt (to stowarzyszenie, a nie instytucja publiczna, jak sugeruje jej nazwa) oraz ruch społeczny „Dla Zwierząt”.
„Protestuję przeciwko znęcaniu się ze szczególnym okrucieństwem, którego dopuszczają się górale Stop! Nie pozwolimy na to. Są elektryczne pojazdy, można wykorzystać. Koni nie pozwolimy wykorzystywać, choćbyśmy mieli przypłacić to własnym życiem" – powiedziała jedna z uczestniczek protestu reporterce Polsat News.
Aktywiści wnioskowali o zamknięcie trasy na czas ich protestu, na co zgody nie wyraził starosta tatrzański. Po szlaku jeździły więc zaprzęgi. Działacze siadali więc na asfalcie, skąd siłą ściągała ich policja. Doszło też do przepychanki, jedna osoba została zatrzymana. Oprócz aktywistów na trasie zorganizowano także kontrmanifestację mieszkańców Podhala.
„Wychowywaliśmy się tu z końmi i będziemy walczyć o to, aby te konie nadal tu były, tak jak ma to miejsce od pokoleń. Jest masa koni, są zadbane" – cytuje jednego z mieszkańców TVN24.
Walka o likwidację transportu konnego do Morskiego Oka trwa od lat 90., kiedy zaczęli protestować przewodnicy tatrzańscy i ratownicy TOPR. Od tamtej pory do opinii publicznej kilkukrotnie docierały filmy, w których turystom i postronnym obserwatorom udawało się uchwycić na kamerze przypadki, gdy przeciążone zwierzęta padają z wycieńczenia. Tak było w maju 2024 roku. Do sieci trafił film, na którym widać, jak upada koń. Jeden z fiakrów uderza go w głowę, żeby zwierzę wstało. W Polsce ponownie rozgorzała dyskusja o losie zwierząt, a Ministerstwo Klimatu i Środowiska brało udział w okrągłym stole dla ratowania koni wraz z fiakrami i organizacjami społecznymi. Po miesiącach negocjacji wydawało się, że jednym z ustaleń będzie skrócenie trasy przejazdu koni i zastąpienie ich transportem elektrycznym. Ministerstwo oraz Tatrzański Park Narodowy zapowiadało, że takie zmiany miały zacząć się już od początku 2026 roku. Tak się jednak nie stało, stąd w ostatnich tygodniach dochodzi do takich protestów, jak ten sobotni.
Od 1 września startuje rozwiązanie pilotażowe. Konie z Morskiego Oka mają wozić turystów z Palenicy Białczańskiej do Wodogrzmotów Mickiewicza. To około 2,9 km zamiast dotychczasowych 6,9 km. Dalej odwiedzających mają przewozić pojazdy elektryczne.
Przeczytaj także:
Jeszcze w piątek wydawało się, że obie strony są bliskie porozumienia, które mogłoby obniżyć część ceł na stal, aluminium i samochody oraz doprowadzić do ponownego dopuszczenia amerykańskiego alkoholu do kanadyjskich sklepów monopolowych. Rozmowy jednak zerwano.
Stany Zjednoczone wprowadziły w sobotę 50 proc. cła na część towarów sprowadzanych z Kanady. Decyzja zapadła po fiasku prowadzonych w ostatniej chwili negocjacji handlowych między Waszyngtonem a Ottawą. Premier Kanady Mark Carney ogłosił, że jego kraj odpowie „dolar za dolara”, nakładając analogiczne taryfy na towary z USA. Jak podaje Reuters, nowe amerykańskie cła obejmują towary warte około 20 mld dolarów rocznie, czyli nieco ponad 5 proc. kanadyjskiego eksportu do USA.
Cła obejmują szeroką grupę produktów, m.in. drewniane kije hokejowe, a także towary konsumpcyjne i przemysłowe. Reuters podkreśla, że bezpośredni wpływ nowych ceł na całą gospodarkę Kanady może być ograniczony, jednak szczególnie narażone są już osłabione sektory. Nowe opłaty nakładają się bowiem na obowiązujące wcześniej amerykańskie cła na stal, aluminium, drewno i samochody. Zachodzą obawy, że w niektórych branżach może to prowadzić do zwolnień i zamykania przedsiębiorstw.
Do eskalacji doszło po trzech dniach intensywnych negocjacji w Waszyngtonie. Jeszcze w piątek wydawało się, że obie strony są bliskie porozumienia, które mogłoby obniżyć część ceł na stal, aluminium i samochody oraz doprowadzić do ponownego dopuszczenia amerykańskiego alkoholu do kanadyjskich sklepów monopolowych. Ostatecznie porozumienie nie zostało jednak zawarte.
Kanadyjski rząd twierdzi, że do zerwania rozmów doprowadziły wprowadzone przez USA w ostatniej chwili zmiany warunków. Carney uznał je za „niesprawiedliwe” i niekorzystne gospodarczo, podważające wiarygodność ewentualnego porozumienia. Waszyngton przedstawia odwrotną wersję wydarzeń. Przedstawiciel handlowy USA Jamieson Greer oskarżył Kanadę o wycofanie się z uzgodnionych wcześniej zobowiązań i wysunięcie nowych żądań, m.in. dotyczących stali, aluminium, samochodów i drewna. Według strony amerykańskiej Kanada „zmarnowała okazję” do zawarcia korzystnego porozumienia.
W odpowiedzi Carney zawiesił dalsze negocjacje i polecił kanadyjskim negocjatorom powrót do Ottawy. Zapowiedział jednocześnie odwet w tej samej wysokości: „dolar za dolara”. Kolejne rozmowy nie są obecnie zaplanowane. Premier zapowiedział także dodatkowe wsparcie dla kanadyjskich pracowników i firm dotkniętych skutkami konfliktu.
Prezydent USA od miesięcy wykorzystuje politykę celną jako narzędzie nacisku w polityce zagranicznej. Obecny spór z Kanadą dotyczy nie tylko poziomu ceł, lecz także dostępu do amerykańskiego rynku dla kluczowych kanadyjskich sektorów – m.in. przemysłu motoryzacyjnego, hutnictwa, przemysłu drzewnego i rolnictwa. Nowe cła nie są objęte preferencjami wynikającymi z północnoamerykańskiej umowy handlowej między USA, Kanadą i Meksykiem, co dodatkowo zwiększa znaczenie obecnego kryzysu.
Spór ma również znacznie szerszy wymiar polityczny. Jak przypomina The Guardian, w ubiegłym roku wartość wymiany towarów i usług między USA i Kanadą wyniosła około 880 mld dolarów. Oba państwa pozostają więc niezwykle silnie powiązane gospodarczo, a po obu stronach granicy pracują setki tysięcy osób związanych z handlem transgranicznym. Jednocześnie polityka Trumpa, w tym jego wcześniejsze wypowiedzi o możliwości uczynienia Kanady 51. stanem USA, wywołała w Kanadzie silną reakcję polityczną. Twarda postawa wobec Waszyngtonu wzmacnia pozycję premiera Carney'a, ale jednocześnie zwiększa ryzyko długotrwałego konfliktu, który może utrudnić przyszłe negocjacje handlowe całej Ameryki Północnej.
Przeczytaj także: