Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Zakończyły się rozmowy pomiędzy prezesem PiS Jarosławem Kaczyńskim a Mateuszem Morawieckim, oskarżanym o dążenie do rozłamu w partii. Nie ma konkluzji, ale spotkanie przebiegło w konstruktywnej atmosferze – informuje rzecznik ugrupowania.
„Rozmowy miały charakter konstruktywny, choć nie doprowadziły do rozstrzygnięcia sprawy zasadniczej. Wszyscy parlamentarzyści w naszym środowisku politycznym mają te same prawa, ale także obowiązki” – napisał na platformie X Rafał Bochenek, rzecznik prasowy Prawa i Sprawiedliwości.
Jak dodał, czas na deklarację o rezygnacji z udziału w stowarzyszeniu politycy PiS mają do końca dnia. W przeciwnym razie mogą zostać wykluczeni z partii. Stosowny dokument mają podpisać wszyscy politycy formacji, którzy chcą w niej pozostać. Zapewniają w nim, że nie będą działać w żadnym stowarzyszeniu o charakterze politycznym.
„Pan prezes Jarosław Kaczyński od zawsze podkreśla, że jedność środowisk patriotycznych jest gwarancją dobrej przyszłości naszej Ojczyzny” – przekazał Bochenek.
Według doniesień medialnych oprócz Kaczyńskiego i szefującego stowarzyszeniu Rozwój Plus Morawieckiego w spotkaniu mieli wziąć udział też sekretarz generalny PiS Piotr Milowański oraz były minister aktywów państwowych Jacek Sasin. „Kaczyński wziął Sasina, żeby mógł mówić za prezesa to, czego prezesowi nie wypada” – ocenił jeden z polityków PiS w rozmowie z Onetem.
„Chcemy porozumienia, nie upokorzenia. Silnego PiS, a nie partii coraz mniejszej i zamkniętej. Lojalność udowadnia się wieloletnią pracą, odpowiedzialnością i walką o wspólne zwycięstwo, niekiedy przedstawieniem kierownictwu nieprzyjemnej prawdy. Dowodem lojalności nie jest dokument podsunięty do podpis” – przekazał w mediach społecznościowych wspierający Morawieckiego Piotr Müller.
„Przedstawiliśmy 21 konkretnych propozycji mechanizmów, które mogą uspokoić sytuację, odbudować zaufanie i zakończyć niepotrzebny spór. Przedstawiliśmy cały wachlarz propozycji kompromisu. Wyciągnęliśmy rękę do porozumienia i położyliśmy na stole konkretne dowody naszej dobrej woli, lojalności wobec obozu oraz odpowiedzialności za jego przyszłość” – pisał polityk.
Partyjna uchwała z 15 lipca zakazuje członkom PiS uczestnictwa w innych strukturach o charakterze politycznym, w tym w stowarzyszeniach. Ultimatum na ich opuszczenie mija dziś o północy. „Nie można być w dwóch partiach jednocześnie” – przekonywał na antenie RMF FM Jacek Sasin.
Oprócz Müllera i Morawieckiego w stowarzyszeniu Rozwój Plus działają również Marcin Horała, Łukasz Schreiber, Olga Semeniuk-Patkowska, Daniel Obajtek czy Ireneusz Zyska. Na liście prawie 40 nazwisk widać więc wiele ważnych osobistości, w przeszłości znanych z ministerialnych stanowisk czy kierownictwa spółek skarbu państwa. Duża część z osób zaangażowanych w Rozwój Plus wcześniej zajmowała się polityką gospodarczą, klimatyczną czy cyfryzacją i kojarzona jest z nieco mniej konserwatywnym społecznie skrzydłem partii. W wypowiedziach medialnych członkowie stowarzyszenia podkreślają między innymi, że partia musi „oddychać dwoma płucami”, a ugrupowanie najbardziej skorzysta na budowie „wielkiego namiotu” środowisk prawicowych.
Przeczytaj także:
Pozbawiony immunitetu poseł Antoni Macierewicz będzie odpowiadał za znieważenie funkcjonariuszy publicznych. Kara może być doktliwa.
Grzywna, ograniczenie wolności lub nawet do roku więzienia może grozić Antoniemu Macierewiczowi za znieważenie funkcjonariuszy publicznych z sejmowej mównicy. Poinformowała o tym Prokuratura Regionalna w Warszawie, która w tej sprawie skierowała akt oskarżenia do sądu. Polityk Prawa i Sprawiedliwości we wrześniu 2025 oskarżył funkcjonariuszy Służby Kontrwywiadu Wojskowego o szpiegostwo na rzecz Rosji.
„Antoni Macierewicz został oskarżony o to, że (...) znieważył funkcjonariuszy publicznych: Szefa Służby Kontrwywiadu Wojskowego gen. bryg. dr Jarosława Stróżyka oraz jego zastępców: płk Krzysztofa Duszę i płk Artura Pluto – z powodu zajmowanych przez nich stanowisk – nazywając wskazane osoby agentami rosyjskimi, a ponadto pomówił tych funkcjonariuszy publicznych” – wyjaśniają śledczy.
Zawiadomienie w tej sprawie złożyło kierownictwo Służby Kontrwywiadu Wojskowego, a prokuratura zajmuje się sprawą od czerwca. Wtedy poseł i były minister obrony narodowej nie przyznał się do popełnienia zarzucanego mu czynu i odmówił składania wyjaśnień.
„To nie był przypadek, nie było to doraźne działanie, to był początek wojny. Otóż tę wojnę możemy wygrać, ale nie jeżeli szefostwo Służby Kontrwywiadu Wojskowego nadal będzie się składało z agentów rosyjskich, których pan Donald Tusk mianował w 2011 r.” – mówił Macierewicz podczas posiedzenia Sejmu.
„Istotą mojej wypowiedzi z punktu widzenia, który jest tutaj stawiany, jest to, że nie ma żadnego nazwiska (...). Nie przywołuję żadnego nazwiska, dlatego że problem jest zupełnie inny niż ten, który interpretuje prokuratura. Istotą problemu jest układ, jaki został zawarty na rzecz współpracy z Rosją” – wyjaśniał później Macierewicz.
Przeczytaj także:
Minister obrony i wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz stwierdził, że rząd pracuje nad podwyższeniem kwoty wolnej od podatku z 30 do 60 tysięcy złotych. Podatnicy, którzy zarobią rocznie mniej, nie będą musieli odprowadzać PIT-u.
„Będzie realizacja obietnicy podwyższenia kwoty wolnej od podatku. Uważam, że to jest fundamentalne dla całej koalicji i na tym pracuje minister (finansów Andrzej – przyp. aut.) Domański” – stwierdził Kosiniak-Kamysz w TVN24. My jako rzetelny koalicjant czekamy na jego przemyślaną, dobrą ofertę – „Myślę, że poniesiemy wszyscy, na czele z największą partią koalicyjną, bardzo duży koszt, jeżeli ta propozycja nie zostanie uchwalona, bo ona konsumuje kilka punktów programowych z naszej umowy.”
„Tak, wejdziemy w ten korytarz podejmowania decyzji i rzeczywiście przed końcem tej kadencji zrealizujemy to zobowiązanie” – mówił z kolei w Radiu Zet senator Koalicji Obywatelskiej i były szef PO, Grzegorz Schetyna. – „Nie wiem, czy od razu zdarzy się tak, że będziemy mogli całość zrealizować, ale rozpisać to na następne kroki na pewno tak.”
Według szacunków resortu finansów zrealizowanie obietnicy obecnej w umowie koalicyjnej będzie kosztować budżet 55,6 mld złotych rocznie. To duży ubytek dla finansów publicznych, szczególnie biorąc pod uwagę procedurę nadmiernego deficytu, w której znajduje się nasz kraj od zeszłego roku. Rząd co pół roku musi raportować do Komisji Europejskiej działania zmierzające do zmniejszenia dziury budżetowej.
„Moim zdaniem opowieść o tym, że możemy się w niekończący sposób zadłużać i to nie będzie miało żadnych konsekwencji dla gospodarki, trzeba wsadzić między bajki. Mamy po pierwsze ograniczenia narzucone zarówno przez polską konstytucję, jak i Unię Europejską. Jednak nie tylko tu leży problem. Prędzej czy później będziemy musieli zmierzyć się z rosnącymi kosztami obsługi długu, który już dziś coraz silniej obciąża budżet i w pewnym momencie może istotnie ograniczyć swobodę działania Ministerstwa Finansów” – oceniał w wywiadzie dla OKO.press dr hab. Michał Myck, specjalista od finansów publicznych.
„Niestety przy deklaracjach wyborczych wciąż bardziej liczy się chwytliwe hasło, a nie szczegółowa analiza ekonomicznych i społecznych konsekwencji proponowanych rozwiązań. I później okazuje się, że wyborcza propozycja jest wyjątkowo kosztowna i przy szeregu innych zobowiązań trudna do realizacji. To prowadzi nie tylko do rozczarowania wyborców, ale również do podważenia wiarygodności przedwyborczych programów” – mówił nam ekspert.
Przeczytaj także:
Niemal 900 mln euro – to kwota, którą gigant technologiczny musi zapłacić za nieuczciwe praktyki.
Amerykańska korporacja technologiczna zapłaci potężne kary w związku z naruszeniem unijnego Aktu o rynkach cyfrowych. Łączna suma opłat to 890 mln dolarów, a głównym zarzutem jest faworyzowanie własnych usług w wynikach wyszukiwania Google'a.
„Zgodnie z aktem o rynkach cyfrowych strażnicy dostępu nie mogą traktować swoich usług w rankingu korzystniej niż usług stron trzecich. Muszą one stosować przejrzyste, sprawiedliwe i niedyskryminujące warunki w odniesieniu do takiego plasowania. Komisja stwierdziła, że Google traktuje swoje własne usługi, w tym zakupy, hotele, transport i wyniki sportowe, w sposób uprzywilejowany w stosunku do usług osób trzecich w wyszukiwarce Google, naruszając tym samym swoje obowiązki wynikające z aktu o rynkach cyfrowych” – podkreśla Komisja Europejska w komunikacie o karze nałożonej na amerykańskie przedsiębiorstwo.
Zgodnie z unijnym prawem użytkownicy powinni mieć prawo do informacji o alternatywach wobec usług Google'a, w tym opcji konkurencyjnych wobec zakupów w aplikacji Google Play. Amerykanie powinni dyskryminować innych dostawców, szczególnie w związku ze swoim statusem „strażnika dostępu”. Został on przyznany największym firmom technologicznym, które dla użytkowników są swego rodzaju „oknem na internet”, czyli pierwszym kanałem dotarcia do innych stron internetowych, aplikacji czy innych usług. Strażnikami dostępu są również Apple, Amazon, Microsoft oraz Meta. W związku ze swoim statusem muszą one przedstawiać na równych zasadach produkty oferowane przez konkurencyjne platformy, również te mniejsze.
Google zostanie ukarany grzywną 460 mln euro za promowanie własnych usług w wynikach wyszukiwania oraz 430 mln euro za blokowanie konkurencyjnych aplikacji w sklepie Google Play.
Przeczytaj także:
Sąd Okręgowy ostatecznie uniewinnił trójkę medyków i postanowił o umorzeniu i przedawnieniu sprawy czwartego z nich.
Po 20 latach zakończyły się wszystkie procesy medyków, którzy zajmowali się ojcem Zbigniewa Ziobro. Sąd po długiej batalii orzekł, że prof. Katarzyna Strzyczkiewicz, dr Andrzej Kmita oraz prof. Jacek Dubiel nie ponoszą odpowiedzialności za śmierć Jerzego Ziobry. Sprawa prof. Dariusza Dudka, również oskarżanego o winę przez rodzinę byłego ministra sprawiedliwości, zostało umorzone. Według sądu jego przypadek mógłby zostać jeszcze raz przeanalizowany, bo lekarz „nieumyślnie naraził pacjenta na bezpośrednie zagrożenie życia”, jednak wątek uległ przedawnieniu.
Rodzina zmarłego twierdziła, że ten mógłby żyć, gdyby zamiast użytych przez lekarzy stentów Jerzemu Ziobrze wszczepione zostały bypassy, które pomogłyby w podtrzymaniu krążenia pacjenta.
To ostateczne postanowienie w sprawie z 2006 roku, od którego nie ma już odwołania. Pierwsza sprawa przed sądem trwała do 2017 roku, gdy uniewinniono całą czwórkę lekarzy. Sprawa apelacyjna trwała niemal dziewięć lat i oparła się na 61 osobnych rozprawach. Przez znaczną część tego czasu Zbigniew Ziobro nadzorował prokuraturę, która podejmowała się śledztwa w tej sprawie. Pełnomocnik wdowy po Jerzym Ziobrze, Krystyny Kornickiej-Ziobro, wskazywał na brak bezstronności sądu pierwszej instancji i opierał się na argumencie o braku obiektywizmu wśród biegłych.
„Ze wszystkich przemówień, z oświadczenia pani Kornickiej-Ziobro, przebija się jedno: zmęczenie tą sprawą. Wszystkie strony procesu są nim bardzo zmęczone” – mówił uzasadniając postanowienie sędzia Sądu Okręgowego w Krakowie, Tomasz Kudla.
„Cierpię od 20 lat. Przesłuchania, wizyty w domu, szkalowanie i straszenie każdego, kogo się dało. Nawet gdybym otrzymał wyrok skazujący, nie będę czuł się winny. 20 lat temu zrobiłem wszystko tak, jak należy”- stwierdził z kolei prof. Jacek Dubiel, cytowany przez „Gazetę Wyborczą”.
Od czerwca 2006 roku Jerzy Ziobro przebywał na leczeniu w krakowskim Szpitalu Uniwersyteckim, gdzie zmarł 2 lipca tego samego roku. Postępowanie w sprawie jego śmierci było dwukrotnie umarzane przez prokuraturę. W 2011 roku rodzina złożyła do sądu akt oskarżenia prywatnego. Oskarżonymi zostali: ówczesny szef II Oddziału Kliniki Kardiologii oraz oddziału klinicznego placówki – prof. Jacek Dubiel, lekarz z tego oddziału i zastępca kierownika Pracowni Hemodynamiki UJ – dr Dariusz Dudek, dyżurująca lekarka Katarzyna Strzyczkiewicz oraz ordynator sali monitorowanej Andrzej Kmita.
Sąd umorzył postępowanie w 2012 roku, które w 2016 roku zostało ponownie podjęte za sprawą prokuratury. Prokuratorem Generalnym był w tamtym okresie Zbigniew Ziobro. Po uniewinnieniu lekarzy między innymi śledczy wnieśli apelację, a proces odwoławczy od wyroku sądu trwał do dziś. W ostatecznych ustaleniach pomogła opinia uzupełniająca Uniwersyteckiego Centrum Medycyny Sądowej w Lozannie, na której sporządzenie krakowski sąd czekał cztery lata. Specjaliści uznali, że decyzja o wyborze metody leczenia była dopuszczalna.
Przeczytaj także: