Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Przedstawiciele państw członkowskich UE dyskutują na temat wstrzymania wydawania wiz dla Rosjan. Apeluje o to 11 krajów, w tym Polska.
„Nie może być tak, że z jednej strony są wprowadzane sankcje, a z drugiej strony wydaje się kilkaset tysięcy wiz turystycznych dla obywateli Rosji, którzy wypoczywają na plażach europejskich. Spodziewamy się takiej dyskusji, żeby wreszcie skończyć z takim trochę dualizmem. Z jednej strony jesteśmy bardzo pryncypialni, jeśli chodzi o relacje z Rosją, a z drugiej strony wydajemy wizy turystyczne, które nie powinny być wydawane” – mówił wiceszef MSWiA Maciej Duszczyk przy okazji szczytu przedstawicieli resortów spraw wewnętrznych Unii Europejskiej. – „Kiedy wojna się skończy, możemy mieć problem z tym. Będzie bardzo dużo osób, które będą do Unii Europejskiej chciały przyjechać, a po prostu mają krew na rękach. W związku z tym te osoby nigdy do Unii Europejskiej nie powinny wjechać” – stwierdził Duszczyk.
W ten sposób przedstawiciel polskiego rządu zareagował na doniesienia o dużej liczbie Rosjan przebywających w Europie dzięki wizom turystycznym. W ubiegłym roku dokumenty pozwalające na przebywanie w Unii Europejskiej otrzymało ponad 600 tysięcy Rosjan. Niemal pół miliona z nich dostało się do UE dzięki wizom turystycznym, niektóre z nich upoważniały do wielokrotnego wjazdu.
Polska, razem z 11 innymi krajami Wspólnoty, chce wstrzymania procesu wydawania wiz rosyjskim obywatelom. List w tej sprawie, zaadresowany do Komisji Europejskiej, wsparli członkowie polskiego rządu.
„Dokument, pod którym podpisali się między innymi szef polskiego MSZ Radosław Sikorski oraz szef MSWiA Marcin Kierwiński, powstał z inicjatywy Szwecji, a strona polska chętnie ją poparła”- mówił Duszczyk.
„Głęboko niepokojący jest wzrost liczby rosyjskich turystów spędzających urlop na europejskich plażach i w europejskich kurortach, podczas gdy pociski i drony nadal uderzają w ludność cywilną i infrastrukturę cywilną w Ukrainie” – czytamy w liście do KE.- „W obliczu zbliżającego się kolejnego lata my, niżej podpisani ministrowie, uważamy za pilne ponowne podkreślenie potrzeby utrzymania restrykcyjnej polityki wizowej wobec rosyjskich wnioskodawców."
„Stoi to w rażącej sprzeczności z wytycznymi Komisji wzywającymi do rygorystycznego podejścia do rosyjskich wnioskodawców podróżujących w celach innych niż niezbędne i stanowi poważne niedociągnięcie w naszej zbiorowej polityce wobec państwa-agresora. Uważamy to za niezwykle niepokojące” – zaznaczali przedstawiciele 11 apelujących o zmiany państw.
List do Komisji Europejskiej podpisali przedstawiciele Polski, Szwecji, Czech, Danii, Estonii, Finlandii, Łotwy, Litwy, Holandii oraz należącym do strefy Schengen, choć nie do samej UE, Norwegii i Islandii.
Przeczytaj także:
Węgierska mniejszość w Ukrainie otrzyma nowe prawa, dzięki czemu do przodu mogą pójść negocjacje Kijowa z UE – zapowiedział premier Węgier, Peter Magyar.
W środę wieczorem węgierski premier Péter Magyar ogłosił, że rząd w Budapeszcie zawarł porozumienie z Kijowem, które może doprowadzić do rozpoczęcia negocjacji akcesyjnych UE z Ukrainą.
Zgodnie z oświadczeniem Magyara, umowa ma poszerzyć prawa do używania języka ukraińskiego, a także wzmocnić autonomię edukacyjną, kulturalną i polityczną dla około 100 tysięcy Węgrów zamieszkujących ukraiński region Zakarpacia. Kwestia praw mniejszości węgierskiej w Ukrainie od dawna stanowiła punkt zapalny w stosunkach między Kijowem a Budapesztem. Ukraina wobec rosyjskiej presji przyjęła ustawodawstwo wzmacniające rolę języka ukraińskiego, między innymi jako głównego języka nauczania w szkołach.
„W ciągu trzech tygodni udało nam się osiągnąć to, czego Viktor Orbán nie zdołał zrobić przez 10 lat” – stwierdził Magyar. Rząd Orbána stanowczo sprzeciwiał się przystąpieniu Ukrainy do UE, oficjalnie powołując się na ochronę praw Węgrów mieszkających na Ukrainie.
Magyar poinformował, że Kijów zgodził się na wcielenie uzgodnionych rozwiązań w „w najbliższej przyszłości”.
„Jeśli do tego dojdzie, Węgry poprą otwarcie pierwszego pakietu negocjacyjnego w ramach rozmów akcesyjnych Ukrainy z UE, co stanowi kluczowy krok w drodze kraju do członkostwa" – przyznał Magyar.
To wyraźna zmiana nastawienia w porównaniu z działaniami poprzedniego węgierskiego rządu. Gabinet Viktora Orbána dążył do zbliżenia z Rosją, blokował fundusze z unijnej pożyczki dla Ukrainy, a według doniesień dziennikarzy pozostawał w kontakcie z Kremlem, przekazując Moskwie zakulisowe informacje z unijnych szczytów.
Węgry nie zgodzą się jednak na otwarcie ekspresowej ścieżki akcesyjnej dla Kijowa – dał do zrozumienia Magyar. „Jeśli Ukrainie uda się zamknąć wszystkie 33 rozdziały negocjacyjne w ciągu 10 lub 15 lat, w naszym kraju przeprowadzimy referendum w tej sprawie” – zapowiedział węgierski premier.
Przeczytaj także:
Izrael i Liban uzgodniły warunki porozumienia o wstrzymaniu ognia. Od losów konfliktu w Libanie uzależnione są dalsze losy rozmów pokojowych pomiędzy Izraelem, USA i Iranem.
Całkowite zaprzestanie walk przez Hezbollah i wycofanie bojowników organizacji z południowego Libanu – to warunki, od których Izrael uzależnił porozumienie o zawieszeniu broni. Po dwudniowych rozmowach w Waszyngtonie delegacje USA, Libanu i Izraela ogłosiły, że uzgodniły szczegóły rozejmu. Na terenach, z których wycofa się Hezbollah, mają zostać wyznaczone tak zwane „strefy pilotażowe”, nad którymi kontrole przejmie armia libańska. Izrael zaznaczył, że prawdziwy pokój jest możliwy jedynie po „całkowitym rozbrojeniu Hezbollahu oraz zlikwidowaniu jego struktur na terenie Libanu”. Liban z kolei zapowiedział, że przy wsparciu Stanów Zjednoczonych wzmocni swoją armię, aby „sprawować pełną kontrolę nad całym terytorium państwa”.
Umowę podpisały władze Libanu i Izraela, jednak trzeba pamiętać, że dotyczy konfrontacji pomiędzy Hezbollahem a Izraelem, przy czym libańska armia nie bierze w niej udziału. Rząd Libanu prowadzi jednak rozmowy z Izraelem bez udziału Hezbollahu, próbując jednocześnie odzyskać pełną kontrolę państwową nad opanowanymi przez organizację terytoriami oraz. Mimo porozumienia w sprawie zawieszenia broni, w czwartek rano Izrael przeprowadził serię ataków dronów w okolicach Nabatieh na południu Libanu.
Porozumienie o zawieszenie broni jest jedną z części większej układanki geopolitycznej. Od losów konfliktu w Libanie zależą szanse na pokój pomiędzy USA, Izraelem a Iranem. Irańskie władze wielokrotnie podkreślały, że zarówno wstrzymanie walk, jak i trwały pokój uzależniony jest od zaprzestania ataków izraelską armię.
Prezydent Stanów Zjednoczonych zapowiedział w środę, że będzie dążył do rozdzielenia negocjacji dotyczących konfliktu w Libanie od tych związanych z wojną z Iranem. Teheran zagroził jednak wstrzymaniem rozmów pokojowych ze Stanami Zjednoczonymi w proteście przeciwko izraelskiej ofensywie w Libanie. Stało się to po próbie ataku na przedmieścia Bejrutu, którą podjąć chciała izraelska armia.
Donald Trump w poniedziałek przyznał, że sam powstrzymał władze w Tel Awiwie przed bezpośrednim uderzeniem stolicę Libanu. „Do Bejrutu nie zostaną wysłane żadne oddziały, a te, które są już w drodze, zostały zawrócone. Ponadto odbyłem bardzo owocną rozmowę telefoniczną z przedstawicielami Hezbollahu na wysokim szczeblu, którzy zgodzili się na całkowite wstrzymanie ataków” – mówił amerykański przywódca.
Przeczytaj także:
Już nie równowartość niemal stu tysięcy złotych miesięcznie, lecz mniej niż połowę z tego zarobi premier Węgier, jeśli w życie wejdzie ustawa przygotowana przez posłów Tiszy. Zakłada ona także znaczne obniżki wynagrodzeń węgierskich parlamentarzystów, którzy za czasów Orbána zarabiali znacznie więcej niż polski premier.
Nowy węgierski rząd powoli wciela w życie zapowiedzi dotyczące cięć wynagrodzeń osób na najwyższych stanowiskach w państwie, o których premier Péter Magyar mówił niedługo po zaprzysiężeniu. Chodzi o wynagrodzenia prezydenta, premiera, członków rządu i sekretarzy stanu, a także parlamentarzystów, prezydentów miast, członków rad nadzorczych i zarządów państwowych spółek oraz innych zbudowanych przez reżim Viktora Orbána instytucji.
8 czerwca węgierski parlament ma głosować nad ustawą obniżającą wynagrodzenia parlamentarzystów, w tym samego premiera, bo jego uposażenie jest powiązane z uposażeniem przewodniczącego parlamentu.
Zaproponowana przez posłów Tiszy ustawa zakłada, że podstawa pensji posła spadnie o 40 proc.: zamiast 3-krotności średniej płacy brutto parlamentarzysta ma otrzymywać jej 1,8-krotność. Jak wyliczył portal Telex oznacza to, że podstawa wynagrodzenia posła spadnie z 2,18 mln forintów brutto miesięcznie (ok. 26 tys. zł) do 1,4 mln forintów brutto miesięcznie (ok. 16,7 tys. zł), czyli o ponad jedną trzecią.
Na tej samej zasadzie obniżone zostaną wynagrodzenia przewodniczącej i wiceprzewodniczących parlamentu, a także szefów i wiceszefów frakcji oraz przewodniczących komisji.
Spadnie też wynagrodzenie premiera, które jest powiązane z płacą przewodniczącej parlamentu. Wynagrodzenie Pétera Magyara ma wynosić 3,8 mln forintów miesięcznie, czyli aż 45 tysięcy złotych brutto (dla porównania polski premier zarabia miesięcznie ok. 25 tys. zł brutto). Jednak niemal o połowę mniej niż zarabiał premier Viktor Orbán, który co miesiąc inkasował 7,8 mln forintów brutto, a więc ponad 93 tys. zł.
To nie wszystko. Ustawa zaproponowana przez Tiszę zakłada też znaczne cięcia dodatków do pracy posłów. Nawet o połowę zmniejszyć się mają dodatki na zakwaterowanie (o 31 proc.), wynajem biur poselskich (spadek o 52 proc.), czy wynagrodzenia pracowników wspierających posła (spadek o 30 proc.). Pomysłodawcy projektu uzasadniają to tym, że dodatki te były nieproporcjonalnie wysokie.
Tisza proponuje także likwidację ryczałtu na telefon: sprzęt i usługę nadal ma zapewniać parlament, ale jej koszt ma być potrącany z pensji posła, oraz koniec możliwości rozliczania dojazdów samochodem dla posłów z Budapesztu. Do tej pory mogli oni otrzymywać zwroty za paliwo na 2,5 tysiąca kilometrów – informował Telex.
Projekt zmniejsza też środki budżetowe dla klubów poselskich i zamyka furtkę pozwalającą przekazywać niewykorzystane środki z parlamentu do partii. Niewykorzystane pieniądze mają wracać do budżetu państwa.
Jeśli ustawa zostanie przyjęta, obniżki mają objąć już lipcowe pensje i świadczenia. Pomysłodawcy projektu szacują, że wejście w życie ustawy zmniejszy koszty utrzymania parlamentu o 50 mld forintów, czyli jedną czwartą w trakcie czteroletniej kadencji.
Jeszcze nie wiadomo, jak dokładnie będą wyglądały proponowane obniżki wynagrodzeń burmistrzów miast oraz członków rad nadzorczych i zarządów spółek skarbu państwa oraz licznych instytucji rządowych, które stworzył reżim Orbána. Choć wiele z nich – jak np. Urząd ds. Ochrony Suwerenności Narodowej, czy fundacje pożytku publicznego zrządzające publicznymi uniwersytetami, czeka po prostu likwidacja.
Propozycje cięć – zwłaszcza wynagrodzeń samorządowców –- wywołują dość żywiołową debatę na Węgrzech. Krytycy tego rozwiązania podnoszą, że z wynagrodzeniami włodarzy miast i miasteczek związane są niemal wszystkie wynagrodzenia urzędników w magistratach, a więc cięcia dotkną także zwykłych urzędników. Oskarżają też premiera o działanie z pobudek czysto politycznych i chęć pozbycia się samorządowców związanych z Fideszem. Część z nich już zapowiedziała, że jeśli dojdzie do obniżenia wynagrodzeń, zrezygnuje z funkcji.
Potrzebę cięć Péter Magyar tłumaczy koniecznością ustabilizowania budżetu oraz potrzebą przywrócenia zaufania obywateli do państwa.
„Najważniejsze jest stworzenie stabilnego budżetu opartego na realnych podstawach. Jeśli ktoś będzie zarządzał finansami państwa równie nieodpowiedzialnie jak poprzedni rząd, skończy w tym samym miejscu, a Węgry pozostaną krajem biednym i skorumpowanym” – mówił Magyar pod koniec maja w rozmowie z telewizją RTL.
„Mandat, który dostaliśmy od obywateli, to mandat do służby publicznej. Wyraźnie powiedziałem moim kolegom, że nikt nie powinien przychodzić tutaj z myślą, że przez te cztery lata się wyraźnie wzbogaci albo będzie mógł odłożyć znaczące oszczędności – podkreślał.
Nowy rząd odziedziczył po poprzedniej władzy kraj z bardzo kiepską sytuacją finansów publicznych. Państwo zmaga się z wysokim zadłużeniem, słabym wzrostem gospodarczym (prognoza na ten rok to 2 proc.) i jednym z najwyższych kosztów obsługi długu w UE. Agencje ratingowe ostrzegają, że bez trwałego ograniczenia deficytu i stabilizacji budżetu rating kredytowy kraju może zostać obniżony, co podniosłoby koszty finansowania długu.
W piątek 29 maja Komisja Europejska ogłosiła, że odblokuje dla Węgier środki unijne, w tym z Funduszu Odbudowy (w sumie ponad 16 mld euro), bo nowy rząd przygotował solidny plan reform, który zakłada przywrócenie praworządności.
Przeczytaj także:
Obniżki VAT na żywność, darmowa komunikacja dla młodych, większe wydatki na obronność i twarde stanowisko wobec USA w sprawie Grenlandii. Nowy duński rząd przedstawia program, który ma odpowiedzieć na rosnące koszty życia i napięcia geopolityczne.
Nowy centrolewicowy rząd koalicyjny Danii zapowiedział pakiet działań mających obniżyć koszty życia, zwiększyć dostępność usług publicznych oraz wzmocnić bezpieczeństwo państwa. To odpowiedź na pogarszającą się sytuację części gospodarstw domowych oraz napięcia geopolityczne, w tym wokół Grenlandii — donosi „The Guardian”.
Premier Mette Frederiksen, która rozpoczyna trzecią kadencję na stanowisku szefowej rządu, zapowiedziała m.in. obniżenie podatku VAT na żywność o połowę oraz całkowite zniesienie go na owoce i warzywa, nowy dodatek dla mniej zamożnych emerytów oraz wsparcie dla osób najbardziej dotkniętych wzrostem cen benzyny i oleju napędowego.
Ze względu na to, że jej mniejszościowy rząd musi liczyć na wsparcie lewicowej Czerwono-Zielonej Koalicji w parlamencie, Frederiksen proponuje także wprowadzenie, w ciągu najbliższych 10 lat, bezpłatnej opieki stomatologicznej dla wszystkich Duńczyków oraz bezpłatny transport publiczny dla osób poniżej 22. roku życia.
Mette Frederiksen zapowiada także twarde stanowisko wobec USA ws. Grenlandii. Rząd deklaruje, że nie ustąpi pod amerykańską presją dotyczącą przyszłości wyspy i będzie bronił suwerenności Królestwa Danii oraz prawa Grenlandczyków do samostanowienia. To odpowiedź na powracające wypowiedzi Donalda Trumpa, który twierdzi, że Stany Zjednoczone powinny przejąć kontrolę nad Grenlandią ze względów bezpieczeństwa narodowego.
Jednocześnie Kopenhaga zamierza dalej zwiększać wydatki na obronność i rozbudowywać potencjał wojskowy.
W odpowiedzi na debatę, która wybuchła w kampanii wyborczej wokół przemysłowej hodowli świń, krytykowanej za szkody środowiskowe i okrutne traktowanie zwierząt, rząd zapowiedział także reformy dotyczące dobrostanu zwierząt. Chodzi o ograniczenie najbardziej kontrowersyjnych praktyk hodowlanych, m.in. zakończenie rutynowego przycinania ogonów prosiętom, przejście na większe kojce i boksy dla zwierząt, a także powołanie specjalnej komisji z udziałem rządu, samorządów, organizacji pozarządowych i rolników, która ma przygotować kompleksową reformę sektora hodowli trzody chlewnej.
Frederiksen zapowiada także utrzymanie restrykcyjnej polityki migracyjnej, w tym zwiększenie liczby deportacji cudzoziemców skazanych za przestępstwa oraz kontynuowanie prac nad tworzeniem ośrodków recepcyjnych dla osób ubiegających się o azyl poza granicami Unii Europejskiej.
Nowy rząd nie wpisał natomiast do programu koalicji podatku majątkowego, choć Frederiksen proponowała go w kampanii wyborczej. Pomysł został mocno skrytykowany przez duński biznes.
Nowy rząd powstał po dwóch miesiącach negocjacji, które były najdłuższymi rozmowami koalicyjnymi w historii Danii. Do porozumienia doszło dopiero po dwóch nieudanych próbach utworzenia większości – najpierw przez samą Frederiksen, a następnie przez Troelsa Lunda Poulsena, lidera partii liberalnej Venstre.
Nową koalicję rządzącą tworzą Socjaldemokraci (Socialdemokratiet), Partia Społeczno-Liberalna (Radikale Venstre), Zielona Lewica (Socialistisk Folkeparti) oraz centrowi Moderaci (Moderaterne). Łącznie mają 82 mandaty w 179-osobowym parlamencie (Folketingu), dlatego każdorazowo, do uzyskania większości dla swoich projektów, będą potrzebować wsparcia lewicowej Czerwono-Zielonej Koalicji (Enhedslisten) oraz innych ugrupowań z lewego skrzydła sceny politycznej.
Dla 48-letniej Frederiksen oznacza to szansę na powrót do bardziej lewicowej polityki, zwraca uwagę „The Guardian". Ostatnie cztery lata kierowała ona bowiem sojuszem ugrupowań lewicowych i prawicowych. Obecna koalicja jest znacznie bliższa tradycyjnemu blokowi centrolewicowemu.
Przeczytaj także: