Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Niemal 900 mln euro – to kwota, którą gigant technologiczny musi zapłacić za nieuczciwe praktyki.
Amerykańska korporacja technologiczna zapłaci potężne kary w związku z naruszeniem unijnego Aktu o rynkach cyfrowych. Łączna suma opłat to 890 mln dolarów, a głównym zarzutem jest faworyzowanie własnych usług w wynikach wyszukiwania Google'a.
„Zgodnie z aktem o rynkach cyfrowych strażnicy dostępu nie mogą traktować swoich usług w rankingu korzystniej niż usług stron trzecich. Muszą one stosować przejrzyste, sprawiedliwe i niedyskryminujące warunki w odniesieniu do takiego plasowania. Komisja stwierdziła, że Google traktuje swoje własne usługi, w tym zakupy, hotele, transport i wyniki sportowe, w sposób uprzywilejowany w stosunku do usług osób trzecich w wyszukiwarce Google, naruszając tym samym swoje obowiązki wynikające z aktu o rynkach cyfrowych” – podkreśla Komisja Europejska w komunikacie o karze nałożonej na amerykańskie przedsiębiorstwo.
Zgodnie z unijnym prawem użytkownicy powinni mieć prawo do informacji o alternatywach wobec usług Google'a, w tym opcji konkurencyjnych wobec zakupów w aplikacji Google Play. Amerykanie powinni dyskryminować innych dostawców, szczególnie w związku ze swoim statusem „strażnika dostępu”. Został on przyznany największym firmom technologicznym, które dla użytkowników są swego rodzaju „oknem na internet”, czyli pierwszym kanałem dotarcia do innych stron internetowych, aplikacji czy innych usług. Strażnikami dostępu są również Apple, Amazon, Microsoft oraz Meta. W związku ze swoim statusem muszą one przedstawiać na równych zasadach produkty oferowane przez konkurencyjne platformy, również te mniejsze.
Google zostanie ukarany grzywną 460 mln euro za promowanie własnych usług w wynikach wyszukiwania oraz 430 mln euro za blokowanie konkurencyjnych aplikacji w sklepie Google Play.
Przeczytaj także:
Sąd Okręgowy ostatecznie uniewinnił trójkę medyków i postanowił o umorzeniu i przedawnieniu sprawy czwartego z nich.
Po 20 latach zakończyły się wszystkie procesy medyków, którzy zajmowali się ojcem Zbigniewa Ziobro. Sąd po długiej batalii orzekł, że prof. Katarzyna Strzyczkiewicz, dr Andrzej Kmita oraz prof. Jacek Dubiel nie ponoszą odpowiedzialności za śmierć Jerzego Ziobry. Sprawa prof. Dariusza Dudka, również oskarżanego o winę przez rodzinę byłego ministra sprawiedliwości, zostało umorzone. Według sądu jego przypadek mógłby zostać jeszcze raz przeanalizowany, bo lekarz „nieumyślnie naraził pacjenta na bezpośrednie zagrożenie życia”, jednak wątek uległ przedawnieniu.
Rodzina zmarłego twierdziła, że ten mógłby żyć, gdyby zamiast użytych przez lekarzy stentów Jerzemu Ziobrze wszczepione zostały bypassy, które pomogłyby w podtrzymaniu krążenia pacjenta.
To ostateczne postanowienie w sprawie z 2006 roku, od którego nie ma już odwołania. Pierwsza sprawa przed sądem trwała do 2017 roku, gdy uniewinniono całą czwórkę lekarzy. Sprawa apelacyjna trwała niemal dziewięć lat i oparła się na 61 osobnych rozprawach. Przez znaczną część tego czasu Zbigniew Ziobro nadzorował prokuraturę, która podejmowała się śledztwa w tej sprawie. Pełnomocnik wdowy po Jerzym Ziobrze, Krystyny Kornickiej-Ziobro, wskazywał na brak bezstronności sądu pierwszej instancji i opierał się na argumencie o braku obiektywizmu wśród biegłych.
„Ze wszystkich przemówień, z oświadczenia pani Kornickiej-Ziobro, przebija się jedno: zmęczenie tą sprawą. Wszystkie strony procesu są nim bardzo zmęczone” – mówił uzasadniając postanowienie sędzia Sądu Okręgowego w Krakowie, Tomasz Kudla.
„Cierpię od 20 lat. Przesłuchania, wizyty w domu, szkalowanie i straszenie każdego, kogo się dało. Nawet gdybym otrzymał wyrok skazujący, nie będę czuł się winny. 20 lat temu zrobiłem wszystko tak, jak należy”- stwierdził z kolei prof. Jacek Dubiel, cytowany przez „Gazetę Wyborczą”.
Od czerwca 2006 roku Jerzy Ziobro przebywał na leczeniu w krakowskim Szpitalu Uniwersyteckim, gdzie zmarł 2 lipca tego samego roku. Postępowanie w sprawie jego śmierci było dwukrotnie umarzane przez prokuraturę. W 2011 roku rodzina złożyła do sądu akt oskarżenia prywatnego. Oskarżonymi zostali: ówczesny szef II Oddziału Kliniki Kardiologii oraz oddziału klinicznego placówki – prof. Jacek Dubiel, lekarz z tego oddziału i zastępca kierownika Pracowni Hemodynamiki UJ – dr Dariusz Dudek, dyżurująca lekarka Katarzyna Strzyczkiewicz oraz ordynator sali monitorowanej Andrzej Kmita.
Sąd umorzył postępowanie w 2012 roku, które w 2016 roku zostało ponownie podjęte za sprawą prokuratury. Prokuratorem Generalnym był w tamtym okresie Zbigniew Ziobro. Po uniewinnieniu lekarzy między innymi śledczy wnieśli apelację, a proces odwoławczy od wyroku sądu trwał do dziś. W ostatecznych ustaleniach pomogła opinia uzupełniająca Uniwersyteckiego Centrum Medycyny Sądowej w Lozannie, na której sporządzenie krakowski sąd czekał cztery lata. Specjaliści uznali, że decyzja o wyborze metody leczenia była dopuszczalna.
Przeczytaj także:
W śledztwie dotyczącego Szpitala Południowego najprawdopodobniej przesłuchanych zostanie około 200 osób. Dawid Kacprzyk według przedstawiciela prokuratury powinien wypowiadać się jako oskarżony.
Śledczy sprawdzają sprawę Szpitala Południowego w Warszawie pod dwoma kątami. Pierwsze śledztwo dotyczy oszustwa na ponad pół miliona złotych. W drugim Prokuratura Okręgowa w Warszawie rozstrzygnie sprawę nadużycia uprawnień przez funkcjonariusza publicznego. Informację tę potwierdza Polska Agencja Prasowa. Śledztwo może być wyjątkowo wymagające, a planowane jest przesłuchanie około dwustu osób – stwierdził w rozmowie z PAP prokurator Antoni Skiba.
„Lekarze, pielęgniarki, recepcjonistki, każda z tych osób może posiadać inny zakres wiedzy dotyczącej działalności SOR, szpitala, działań podejmowanych w konkretnych przypadkach przez konkretne osoby” – mówił Skiba.
Śledczy został też zapytany o to, dlaczego do tej pory przesłuchany nie został Dawid Kacprzyk, główny bohater afery, lekarz pełniący jednocześnie funkcję dzielnicowego radnego Koalicji Obywatelskiej w Warszawie. To on miał stać za tak zwanymi „salonikami VIP” i przyjmowaniem znanych osobistości poza kolejką.
„Narracja medialna wskazuje, a społeczeństwo oczekuje, że prokuratura powinna przesłuchać Dawida Kacprzyka w charakterze podejrzanego. Aby przesłuchać kogoś w tym charakterze, materiał dowodowy powinien być już tak zgromadzony i przeanalizowany, by mówić o możliwości wydania postanowienia o przedstawieniu zarzutów. W każdej skomplikowanej sprawie, gdzie jest wiele osób do przesłuchania i wiele dokumentów do przeanalizowania, konkluzje pojawiają się po uzyskaniu większości wartościowych dowodów, zeznań czy opinii. A to wymaga czasu. Na tym etapie weryfikacja materiału dowodowego nie pozwala na postawienie komukolwiek zarzutów. Zarzuty muszą być skrojone jak dobry garnitur – nigdy bez odpowiedniej miary i nie na wyrost” – przekazał Skiba. Prokurator dodał, że w sprawie trzeba przesłuchać ok. 200 osób.
Prokuratura rozpoczęła śledztwo po publikacji artykułu portalu Zero.pl, z którego opinia publiczna dowiedziała się o niebotycznych zarobkach Kacprzyka i organizowanych przez niego wizytach lekarskich dla VIP-ów na specjalnych warunkach. Szef Szpitalnego Oddziału Ratunkowego w Szpitalu Południowym pracował jeszcze w innym szpitalu, był radnym w jednej z warszawskich dzielnic oraz chętnie udzielał się medialnie. W zeszłym roku jedynie w Szpitalu Południowym miał pracować 11 godzin dziennie przez cały rok bez przerwy, za co otrzymał 1,6 mln zł.
Śledczy przyglądają się również sprawie prosektorium placówki, gdzie miało dochodzić do nielegalnych praktyk – podrobienia trzech aktów zgonu oraz promocji firmy pogrzebowej wspólniczki koordynatora jednostki. Prosektorium miało też być użyczane twórcom jako plan filmowy. W sprawie pojawił się też głos dr Emila Jędrzejewskiego, ordynatora w Szpitalu Południowym. Lekarz w Kanale Zero mówił o zaniedbaniach na SOR-ze. I on znalazł się pod lupą prokuratury w związku z możliwością nieuprawnionych rozliczeń świadczeń dla NFZ. Jędrzejewski mógł na nich zyskać ponad milion złotych.
Przeczytaj także:
Minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow i sekretarz stanu USA Marco Rubio spotkali się pierwszy raz od września 2025 r. na marginesie szczytu ASEAN w Manili.
Pierwszy od miesięcy osobisty kontakt wysokiego przedstawiciela Kremla z członkiem administracji Trumpa trwał ledwie 35 minut.
„Rozmawiali o stosunkach USA-Rosja i potrzebie zakończenia wojny rosyjsko-ukraińskiej” – powiedział rzecznik Departamentu Stanu.
Według rosyjskiego MSZ Ławrow miał poinformować Rubio o „rzeczywistej sytuacji na linii frontu” oraz potwierdził gotowość kraju do rozwiązania konfliktu w Ukrainie i zaangażowanie w realizację porozumień osiągniętych w Anchorage w 2025 r. „Ponadto Ławrow i Rubio rozmawiali o normalizacji warunków funkcjonowania placówek dyplomatycznych Rosji i Stanów Zjednoczonych”.
Krotki czas rozmowy świadczy o tym, że strony najprawdopodobniej poprzestały na przekazaniu sobie stanowisk.
W maju USA wstrzymały swoje usługi mediacji w konflikcie rosyjsko-ukraińskim. Od tego czasu Kreml robi wszystko, by sprowadzić Amerykanów z powrotem do stołu rozmów. Putin dwukrotnie w rozmowach telefonicznych z Trumpem prosił go o przysłanie do Moskwy amerykańskich wysłanników, Witkoffa i Kushnera. Nie doszło do tego.
Dla Putina nie do pomyślenia jest negocjowanie warunków zakończenia konfliktu z samą Ukrainą czy też z jej europejskimi sojusznikami. Nie tylko dlatego, że byłoby to upokarzające, a więc podważające podstawy władzy Putina. Przez negocjacje Kreml rozumie narzucenie warunków Rosji drugiej stronie.
W ostatnim czasie, mimo że wojna w Ukrainie i w Rosji przyjmuje niekorzystny dla Putina obrót, ten upiera się na swoich warunkach. Najpierw Reuters, a następnie Bloomberg przekazały przecieki z Kremla, że Putin jest zdeterminowany, by zająć cały ukraiński Donbas. Wojskowi mieli go zapewnić, że jest to możliwe do końca roku. W ramach „kary” dla Ukrainy za ostrzeliwanie Rosji Putin zamierza też zająć inne ziemie ukraińskie i wyklucza jakiekolwiek negocjacje o ich zwrocie.
W ostatnich dniach przedstawiciele Kremla kilka razy powtórzyli, że cele Rosji w Ukrainie się nie zmieniają. Putin 22 lipca na spotkaniu z rządem opowiadał, że sytuacja gospodarcza Rosji jest dobra, a PKB rośnie (o 0,2 proc. od początku roku wedle oficjalnych statystyk). Zaś problemy z benzyną są przejściowe. Władzom udało się zdusić zalążki punktów obywatelskiego oporu, kasując kolejki przed stacjami benzynowymi. Po prostu benzyny się tam już nie sprzedaje — jest ona dystrybuowana metodami administracyjnymi.
Putin zakłada najwyraźniej, że jeśli dotrwa do zimy, jego sytuacja się poprawi — bo instalacje energetyczne w Ukrainie zniszczone są bardziej niż w Rosji. Liczy też na to, że w Europie najbliższe wybory wygrają siły prorosyjskie, rosnące na wspieranej z Kremla antyukraińskiej kampanii.
Jednocześnie powtarzanie twardych warunków wobec Ukrainy ma uspokajać rosyjskie społeczeństwo, że sprawy „operacji specjalnej” idą w dobrym kierunku.
USA Trumpa skłaniają się jednak obecnie do poglądu, że to Putin, a nie prezydent Zełenski, nie ma „mocnych kart” – na Trumpie robi wrażenie skuteczność ukraińskiej kampanii dronowej w Rosji. Amerykanie i Ukraińcy podpisują kontrakty na wspólną produkcję dronów.
Dziś Ukraińcy trafili kolejną rafinerię — w Nowospaskoje, kolejną przepompownię ropy — w Baszkorotostanie i kolejny magazyn — w Woroneżu.
W tej sytuacji Rosjanie próbują Waszyngton postraszyć, że Kreml przestanie być partnerem Trumpa: „Jednak ze wszystkich to właśnie Amerykanie, poprzez dostawy broni finansowane przez Unię Europejską, wymianę informacji wywiadowczych, system Starlink i wiele innych działań, nie tylko pomagają, ale wręcz bezpośrednio uczestniczą w atakowaniu celów cywilnych, na terytorium Rosji” – powiedział Ławrow jeszcze przed spotkaniem z Rubio.
Na co Rubio powiedział już po spotkaniu dziennikarzom: „to [sprzedaż broni] nasza inicjatywa w ramach NATO i w tym właśnie uczestniczymy. Nasza polityka w tej kwestii się nie zmieniła”. Zaś do zakończenia wojny w Ukrainie „potrzebne są nowe pomysły”.
Przeczytaj także:
Senat wyraził w środę zgodę na powołanie adw. Sylwii Gregorczyk-Abram na Rzecznika Praw Obywatelskich. To oznacza, że obejmuje ona funkcję RPO po prof. Marcinie Wiącku, którego kadencja kończy się dziś.
Za powołaniem Sylwii Gregorczyk-Abram na stanowisko Rzecznika Praw Obywatelskich było 59 senatorów, przeciwko – 25. Nikt nie wstrzymał się od głosu. W piątek Sejm wybrał Gregorczyk Abram głosami koalicji rządzącej. Kontrkandydatem był zgłoszony przez PiS Adam Borowski — działacz antykomunistyczny a obecnie — szef klubu Gazety Polskiej w Warszawie.
Przeczytaj także:
Sylwia Gregorczyk-Abram jest adwokatką zaangażowana w czasach PiS w obronę praworządności. Działała w Wolnych Sądach, prowadziła sprawy przed ETPCz. Stawała przed Wielka Izbą Trybunału Sprawiedliwości UE, co dla prawnika jest dowodem najwyższych kompetencji.
Była przewodniczącą Komisji do spraw wyjaśnienia mechanizmów represji wobec organizacji społeczeństwa obywatelskiego oraz działaczy społecznych w latach 2015–2023. Komisja zakończyła prace 30 czerwca 2026. Opublikowała raporty cząstkowe — jej raport końcowy czeka na publikację. Decyzję musi podjąć premier.
„Urząd RPO powinien być miejscem dialogu. Konstytucja RP jest jak karta praw człowieka i z niej wynika rola Rzecznika” — powiedziała w Senacie Gregorczyk-Abram. Zapewniła, że jako rzeczniczka będzie stawała w obronie wszystkich obywateli, niezależnie od ich przekonań czy barw politycznych.
- Od ponad 20 lat zajmuję się ochroną praw człowieka. Nie poznałam jej na konferencjach ani z podręczników. Poznawałam ją na salach sądowych i podczas codziennych spotkań z osobami, których państwo zawiodło — wskazała Gregorczyk-Abram.
Tak jak jej poprzednicy zauważyła, że Biuro RPO powinno mieć więcej biur lokalnych. Obecnie stałe pełnomocnictwa są tylko w Gdańsku, Wrocławiu i Katowicach. Nie ma żadnego we wschodniej Polsce. Możliwość kontaktu z przedstawicielami BRPO dają jednak organizowane od czasu do czasu dyżury w różnych miejscowościach. Na przeszkodzie rozbudowy sieci kontaktów z RPO stoi budżet Rzecznika.
W czasie wysłuchania obywatelskiego nowa rzeczniczka zapowiedziała powrót do idei spotkań regionalnych organizowanych przez RPO Adama Bodnara, poprzednika Marcina Wiącka. Polegały one na regularnych wyjazdach rzecznika i jego ekipy do mniejszych miejscowości i spotykania się tam z obywatelami i przedstawicielami organizacji pozarządowych. Z takiego wyjazdu rzecznik przywoził zawsze całe pudła dokumentów z problemami od obywateli.
Przeczytaj także:
Do RPO może się zgłosić każdy, kto uważa, że instytucje państwa naruszyły jego prawa. W ten sposób dzięki RPO można sprawdzić, jak przyjęte prawo działa w praktyce — czy jest dobrze stosowane, rozumiane i czy nie zawiera błędów.
Co roku ze skarg i wniosków kierowanych do RPO aż 25-30 tys. zamienia się w sprawy do rozwiązania. W 2025 r. takich nowych spraw było 25 tys. Rozpatruje je ok. 250 prawników Biura, którzy specjalizują się w różnych dziedzinach prawa.
RPO ma prawo do: