Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Referendum miałoby dotyczyć polityki klimatycznej. Pytanie zaproponowane przez prezydenta zawiera manipulacje i jest tendencyjne
7 maja 2026 prezydent Karol Nawrocki poinformował, że złożył do Senatu wniosek o przeprowadzenie referendum w sprawie unijnej polityki klimatycznej. Pytanie refrendalne, jakie zaproponował prezydent, brzmi:
„Czy jest Pan, Pani za realizacją unijnej polityki klimatycznej, która doprowadziła do wzrostu kosztów życia obywateli, cen energii i prowadzenia działalności gospodarczej i rolniczej?”
Prezydent twierdzi, że „to referendum nie jest przeciwko ochronie środowiska czy naszemu członkostwu w Zjednoczonej Europie”. Ma natomiast realizować prawo Polaków „do decydowania o tempie zmian, ich zakresie i kosztach, jakie ponoszą. Jest decyzją za przyszłością, za normalnością, ale przede wszystkim jest wyrazem prawa dowolnego i suwerennego decydowania o własnym losie”.
Jak twierdzi Nawrocki, „Zielony Ład i ETS to wyższe ceny energii, spadek konkurencyjności gospodarki czy upadek produkcji rolnej”.
Zgodnie z art. 125 Konstytucji prezydent może ogłosić referendum ogólnokrajowe, za zgodą Senatu wyrażoną bezwzględną większością głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby senatorów.
Do wniosku prezydenta już odniosła się wicemarszałkini Senatu Magdalena Biejat z klubu Nowej Lewicy: „Oto moment upadku intelektualnego prawicy, kiedy paskowy Republiki wymyśla Prezydentowi pytania do referendum. To susza i uzależnienie od węgla i ropy podnoszą ceny żywności i prądu. Nie UE. Ten wniosek wyląduje tam, gdzie jego miejsce – w koszu”.
Koalicja Obywatelska i Lewica, które z pewnością będą przeciwko wnioskowi, mają większość w Senacie (51 senatorów). Zatem już na starcie wniosek nie ma szans na akceptację, a tym samym referendum – na realizację.
Całe uzasadnienie prezydenta Nawrockiego:
Po kilku tygodniach „uśpienia” Karol Nawrocki wrócił do politycznej ofensywy. 3 maja 2026 powołał Radę, która ma przygotować nową Konstytucję Rzeczypospolitej. Teraz – proponuje referendum.
Biorąc pod uwagę, że odrzucenie wniosku referendalnego przez Senat jest niemal pewne, intencją prezydenta wydaje się raczej wywołanie debaty wokół tematu z agendy PiS-u. A także pokazanie, że rząd nie pozwala, by Polacy sami decydowali o sprawach ważnych dla nich i państwa. Ogłaszając referendum, mówił bowiem: „Niech Polska będzie państwem, w którym decyzje zapadają z udziałem narodu, a nie ponad nim”.
Pytanie zaproponowane przez Karola Nawrockiego nawet nie stwarza pozorów neutralności, której należałoby wymagać w sytuacji, gdy miałby faktycznie wybrzemieć głos obywateli. Nie jest też precyzyjne, co dałoby jasną wskazówkę, jakiej polityki oczekują obywatelki i obywatele.
Przedstawione pytanie zakłada, że polityka klimatyczna UE to jedynie koszty, a jej efektem jest wzrost cen, w tym cen energii.
I chociaż podejście Unii do klimatu, przekładające się na unijne regulacje, jest coraz głośniej krytykowane nie tylko po stronie skrajnej prawicy, ale również biznesu, regulacje te nie stanowią jedynie kosztów.
Już dziś w sektorze zielonej energii pracuje w Polsce ponad 200 tysięcy osób – dwa razy więcej niż w górnictwie. Do 2030 roku liczba etatów związanych z produkcją energii z odnawialnych źródeł, ma wzrosnąć do 300 tysięcy.
Przykładów na to, jakie korzyści przynoszą Polsce unijne polityki klimatyczne, jest wiele i regularnie piszemy o nich w OKO.press. Jeden tylko z przykładów z niedawnego tekstu Marcela Wandasa i Szymona Bujalskiego:
„Polska ma być najważniejszym beneficjentem Społecznego Funduszu Klimatycznego, zbierając niemal jedną piątą całej puli. Dla naszego kraju przewidziano ponad 11 mld euro unijnego dofinansowania, czyli ok. 50 mld zł. Pieniądze te powinny zostać wydane m.in. na wsparcie gospodarstw domowych w transformacji i wprowadzenie bardziej zrównoważonego transportu.
Dzięki temu wiele domów może zostać ocieplonych i przejść na ogrzewanie bez stosowania paliw kopalnych”.
„Według szacunków Instytutu Reform tylko z systemu ETS2 Polska może uzyskać ok. 124 mld zł do 2032 roku”.
Przeczytaj także:
A że Polska czasem sama pozbawia siebie korzyści, o tym też piszemy
Przeczytaj także:
Tendencyjna jest sama forma pytania prezydenta: nie pozwala obywatelom na samodzielną ocenę polityki klimatycznej UE, lecz z góry zakłada, jaka ta ocena powinna być.
Odpowiedź na tak zadane pytanie nie pozwoliłoby ocenić, czy ktoś, kto zaznaczył „Nie”, uważa, że polityka unijna UE to nie są wyłącznie koszty, czy nie chce jej realizacji.
Pytanie jest też manipulacyjne w tym sensie, że nie wiadomo, co miałoby wynikać z wyrażonej przez obywateli opinii. Referendalne pytanie powinno dawać rządzącym jasną przesłankę do podjęcia kroków np. zobowiązywać do wprowadzenia konkretnej legislacji. Tymczasem gdyby ewentualną odpowiedź negatywną na zadane przez prezydenta pytanie potraktować serio, jej konsekwencją powinno być wyjście z UE. Kraje UE nie mogą bowiem (przynajmniej formalnie) nie realizować polityk Unii, do której należą. Formalnie, bo z praktyką bywa różnie w różnych krajach i za różnych rządów.
Polityka klimatyczna Unii jest symbolicznym wrogiem Prawa i Sprawiedliwości oraz Konfederacji. Pod tym parasolem politycy tych formacji umieszczają różne rzeczy: zagospodarowywania tendencji antysystemowych (sprzeciw wobec „unijnych elit”) po krytykę konkretnych unijnych programów.
Ostatnie referendum w Polsce odbyło się jesienią 2023 roku wraz z wyborami parlamanetarlnymi. Dotyczyło „wyprzedaży majątku państwowego”, podniesienia wieku emerytalnego, bariery na granicy z Białorusią oraz przyjęcia „nielegalnych migrantów”. Ówczesna opozycja (dziś koalicja rządząca) wzywała do jego bojkotu, uzsadaniając to przede wszystkim manipulacyjnym i tendencyjnym charakterem pytań.
Frekwencja wyniosła zaledwie 40,91 proc. i w związku z tym referendum nie było wiążące.
To pierwszy atak od zawieszenia broni 16 kwietnia 2026. Celem Izraela był dowódca elitarnej jednostki Hezbollahu
Po raz pierwszy od zawarcia w ubiegłym miesiącu rozejmu z Hezbollahem Izrael przeprowadził w środę 6 maja 2026 nalot na Bejrut. Według władz izraelskich celem ataku był dowódca elitarnej jednostki Radwan działającej w Haret Hreik, południowych przedmieściach miasta, Malek Balut. Radwan skupia się na operacjach przygranicznych i infiltracji terytorium Izraela
Agencja AFP podała w czwartek, na podstawie informacji, ze źródeł bliskich Hezbollahowi, że Balut nie żyje.
Rozejm w Libanie stanowił jeden z filarów szerszego zawieszenia napięć między USA a Iranem, przy czym wstrzymanie izraelskich nalotów w Libanie było jednym z kluczowych żądań Teheranu.
Ogłaszając 23 kwietnia trzytygodniowe przedłużenie rozejmu, prezydent USA Donald Trump powiedział, że oczekuje rychłego goszczenia Netanjahu i Aouna oraz widzi „dużą szansę” na zawarcie przez oba państwa porozumienia pokojowego jeszcze w tym roku.
Według libańskiego Ministerstwa Zdrowia od 2 marca w wojnie w Libanie zginęło ponad 2700 osób. A tylko w czasie obowiązywania zawieszenia broni w izraelskich atakach w Libanie zginęło według ONZ co najmniej 380 osób.
Izraelska armia twierdzi, że Hezbollah od 2 marca wystrzelił w kierunku Izraela setki rakiet i dronów. Izrael podał, że w południowym Libanie zginęło 17 izraelskich żołnierzy oraz dwóch cywilów na północy kraju.
Przeczytaj także:
Dwa obce drony wleciały na Łotwę z Rosji i rozbiły się – podała w czwartek rano agencja Reutera, powołując się na siły zbrojne. Według publicznego nadawcy LSM jeden z dronów uderzył w skład ropy naftowej w mieście położonym 40 kilometrów granicy z Rosją.
W łotewską przestrzeń powietrzną wleciało znad Rosji kilka dronów, z czego dwa się rozbiły.
Straż pożarna przekazała agencji LETA, że około godz. 3.30 rano czasu miejscowego (godz. 2.30 w Polsce) pojawiły się zgłoszenia o możliwym pożarze na terenie składu ropy w Rzeżycy. Gdy strażacy przybyli na miejsce, nie znaleźli płomieni, ale podjęto czynności w celu schłodzenia jednego ze zbiorników.
Służby ostrzegły mieszkańców kilku miejscowości o możliwym zagrożeniu w przestrzeni powietrznej, zalecając im pozostanie w domach i zamknięcie okien.
Według LETA mieszkańcy wschodniej części kraju otrzymywali już w ostatnich miesiącach podobne ostrzeżenia, prawdopodobnie związane z dronami biorącymi udział w wojnie rosyjsko-ukraińskiej, zbliżającymi się do łotewskiej przestrzeni powietrznej.
Łotewskie media podkreślają, że nie wiadomo jeszcze, do kogo należały maszyny.
W nocy z 9 na 10 września 2025 r., podczas kolejnego ataku Rosji wymierzonego w Ukrainę, na Polskę leciały 92 drony. Większość z nich została zestrzelona przez Ukrainę, jednak 19 dotarło za naszą granicę. Wtedy operacja ta miała prawdopodobnie przetestować obronę NATO. Do tego Moskwa liczyła, że nowy i antyunijny polski prezydent Karol Nawrocki złamie dyplomatyczną blokadę Rosji i zwróci się do Kremla o „wyjaśnienia”, co to były za drony. To się jednak nie stało.
Przeczytaj także:
Obecnie Rosja jest dużo słabsza i być może nie chodzi tu o testowanie obrony NATO w Łotwie, ale o desperackie próby powstrzymania ukraińskich ataków na rosyjskie obwody. Ponieważ Putinowi nie udało się załatwić rozejmu na defiladę 9 maja z pomocą Donalda Trumpa, może chodzić o skłonienie Europejczyków o powstrzymanie Ukraińców przed atakami.
7 maja Ukraina wznowiła ataki na Rosję po tym, jak Rosja nie uznała rozejmu zaproponowanego od 6 maja. Z oficjalnych rosyjskich komunikatów wynika, że alarmy dronowe i rakietowe władze ogłosiły także w północno-zachodnich krańcach imperium.
Ukraińskie ataki trwają od miesięcy i rosyjska obrona stara się nadlatujące drony zestrzeliwać albo zmieniać im kurs. W kwietniu drony, zidentyfikowane potem jako ukraińskie, spadły na terytorium Finlandii i Estonii. Rosja następnie domagała się do NATO użycia artykułu 5 i wspólnego ataku na Ukrainę – w odwecie za „atak na państwa NATO”. Europejska odpowiedź na te ataki brzmiała jednak: „winna jest Rosja. Gdyby nie jej atak na Ukrainę, do incydentów z dronami by nie doszło”.
Przeczytaj także:
AKTUALIZACJA: Minister obrony Łotwy Andris Spruds powiedział w wywiadzie dla telewizji LSM, że drony zostały najprawdopodobniej wystrzelone przez Ukrainę w kierunku celów w Rosji.
Ministerstwo Spraw Zagranicznych Rosji zwróciło się z apelem do wszystkich akredytowanych misji dyplomatycznych i przedstawicielstw organizacji międzynarodowych o ewakuację dyplomatów z Kijowa,
Rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa zwróciła się do dyplomatów o wyjaz z Kijowa. Przypomniała, że 4 maja rosyjskie Ministerstwo Obrony zagroziło atakiem na Ukrainę „w związku z groźbami reżimu kijowskiego o ataku na Moskwę w święto święte dla wszystkich Rosjan – Dzień Zwycięstwa”. MSZ Rosji twierdzi, że oświadczenie rosyjskiego resortu wojskowego należy traktować „z najwyższą odpowiedzialnością”. Zaapelowało o „terminową ewakuację” zagranicznych dyplomatów ze stolicy Ukrainy „w obliczu nieuchronności odwetowego ataku [rosyjskiego]” na Kijów i „ośrodki decyzyjne” w przypadku ukraińskiego ataku 9 maja.
Ponieważ Ukraina jest obecnie w stanie atakować całą eurpejską część Rosji, Putin nie mógł być pewien, czy drony z Ukrainy nie zagrożą mu osobiście, gdy 9 maja będzie odbierał defiladę na Palcu Czerwonym. Próbował załatwić sobie krótkie zawieszenie broni w rozmowie z Donaldem Trumpem 29 kwietnia. Trumpowi pomysł rozejmu się spodobał, ale ani Amerykanie ani Rosjanie nie zwrócili się o to oficjalnie do Ukrainy.
4 maja na szczycie Europejskiej Wspólnoty Politycznej (EWP) w Erywaniu prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski zwrócił uwagę na zmieniający się charakter wojny: front utknął i dominują na nim drony, zaś Rosja jest w zasięgu nowoczesnej ukraińskiej broni i nie może być pewna, że drony z Ukrainy nie sięgną 9 maja Moskwy. Wtedy rosyjski MON zagroził, że w taki wypadku dokona „zmasowanego ataku rakietowego” na centrum Kijowa. Wezwało cywili i dyplomatów do wyjazdu z miasta.
Ku zdumieniu rosyjskich propagandystów (telewizyjny program „publicystyczny” „60 minut” 6 maja) groźba została zignorowana i nikt nie wyjechał.
Jednocześnie Ukraina zaproponowała Rosji rozejm od 6 maja, na stałe, „a nie na defiladę”. Ukraina powstrzymała się w tym dniu od ataków na Rosję, ale Rosja inicjatywę zignorowała. Z ataków na Ukrainę 6 maja propaganda uczyniła nawet główny temat dzienników telewizyjnych. Wobec tego prezydent Zełenski powiedział, że „Rosja zrezygnowała z »ciszy i ochrony życia«”, a Ukraina zareaguje ”odpowiednio".
Dziennik „Kyiv Independent”, powołując się na wysokiego rangą ukraińskiego urzędnika, donosi, że Ukraina „nie widzi sensu” w przestrzeganiu zawieszenia broni w „Dniu Zwycięstwa”. Źródło BBC w ukraińskim rządzie twierdzi jednak, że Zełenski „jeszcze nie podjął decyzji w sprawie 9 maja”
Wynika z tego, że na 9 maja Putin nie dostał gwarancji bezpieczeństwa dla siebie. To, że Rosja atakowana jest od wielu miesięcy, nigdy nie wywoływało takich gróźb Kremla.
7 maja ukraińskie drony po dniu przerwy znowu poleciały na Moskwę. Alarmy rakietowe i dronowe ogłaszane były od nocy nad wieloma regionami Rosji.
Przeczytaj także:
Irańczycy rozważają, czy przyjąć 14-punktowe memorandum. Według przecieków to bardzo ogólna propozycja, a szczegóły wymagają dalszych negocjacji
„Zakładając, że Iran zgodzi się na to, co ustaliliśmy, co być może jest dużym założeniem, to legendarna już Epicka Furia się zakończy, a bardzo efektywna Blokada pozwoli, by Cieśnina Ormuz była OTWARTA DLA WSZYSTKICH, włączając w to Iran. Jeśli się nie zgodzą, rozpoczną się bombardowania, i niestety będą silniejsze niż kiedykolwiek wcześniej” – napisał dziś na swojej platformie społecznościowej Donald Trump.
Ta chaotyczna wypowiedź sprowadza się do tego, co słyszeliśmy w ostatnich tygodniach wielokrotnie. Trump próbuje nam powiedzieć, że porozumienie z Iranem jest już blisko. A jeśli nie uda się go osiągnąć, to nastąpią intensywne bombardowania Iranu. Amerykański serwis Axios pisze, że Biały Dom sądzi, że porozumienie z Iranem faktycznie jest blisko. Problem w tym, że także Axios wielokrotnie przekazywał nam głosy z Waszyngtonu, które były przekonane, że porozumienie jest na wyciągnięcie ręki. A nigdy tak nie było.
Spójrzmy w szczegóły: chodzi o jednostronnicowe, 14-punktowe memorandum. Nawet jeśli udałoby się je uzgodnić, większośc kluczowych problemów podlegałoby dalszym negocjacjom. Irańczycy potrwierdzają, że szykują odpowiedź na 14-punktowy plan. Nie przesłali jednak jeszcze odpowiedzi do pośredniczącego Pakistanu.
Zgoda na 14 punktów oznaczałaby początek 30 dni na szczegółowe negocjacje, dotyczące m.in. irańskiego programu atomowego, statusu cieśniny Ormuz czy zniesienia sankcji na Iran. Każdy z tych punktów będzie ekstremalnie trudny do rozwiązania, bo tutaj wszystko pozostaje bez zmian: obie strony mają tutaj bardzo odległe stanowiska.
Czyli: niewykluczone, że niedługo faktycznie usłyszymy, że wojna została zakończona, bo obie strony zgodziły się na 14 ogólnych zasad co do dalszych negocjacji. Jeśli tak, negocjacje te będą bardzo trudne. A Amerykanie będą mieli poważny kłopot, by sprzedać to porozumienie jako swój sukces.
Przeczytaj także: