Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
"Najbliższe miesiące, ta jesień, ta zima, które są przed nami, mogą być kluczowe nie tylko dla niepodległości Ukrainy, ale także dla bezpieczeństwa Polski i całego wolnego świata” – mówił premier Donald Tusk podczas obchodów wybuchu II wojny światowej.
„To tu rozpętało się piekło II wojny światowej. To w tym miejscu przywracamy co roku pamięć wszystkim, nie tylko w Polsce, nie tylko w Europie, pamięć o kataklizmie II wojny światowej. Pamięć o tym, kto za tę potworną, koszmarną wojnę odpowiadał. Tu, z Westerplatte popłynęły tysiące słów. Przez te dziesięciolecia zawsze mówiliśmy my Polacy dokładnie to samo. Nigdy więcej wojny. Nigdy więcej faszyzmu.
Mówiliśmy o tym, że odpowiedzialność za koszmar II wojny światowej spada na hitlerowskie Niemcy, a także na sowiecką Rosję. Tu już nie ma żadnych dwuznaczności. To było, jest i będzie oczywiste dla każdego przyzwoitego człowieka” – mówił premier Donald Tusk na Westerplatte podczas obchodów 87 rocznicy wybuchu II wojny światowej.
„Nie trzeba być historykiem, obaj z panem prezydentem jesteśmy historykami, żeby wiedzieć dokładnie, kto ponosi również odpowiedzialność za katastrofę września 1939 roku. Nawet gdyby żołnierzy Westerplatte było 10, 100, 1000 razy więcej, nie dałoby to nam szansy na zwycięstwo, bo świat, wolny świat pozwolił Hitlerowi, faszystom Niemcom na rozpętanie wojny, na bezkarną agresję. Pamiętajmy, to właśnie wtedy mówiono: a, to tylko Czechy. To właśnie wtedy mówiono: nie będziemy umierać za Gdańsk. To właśnie wtedy mówiono: to Polska, to korytarz, może uda się uniknąć wielkiej wojny, nie prowokujmy agresora” – mówił Tusk.
Premier odniósł okoliczności II wojny światowej do aktualnej sytuacji politycznej.
„Równie ogłuszająca jak salwy ze Schleswiga-Holsteina była samotność polskich żołnierzy. Nigdy więcej nie możemy dopuścić do takiej sytuacji. Dzisiaj czujemy własną siłę, także solidarność wolnego świata, chociaż jakże wielu w tym wolnym świecie, w tym przywódcy niektórych państw wolnego świata, wciąż wypiera tę ponurą prawdę, że 87 lat po wybuchu II wojny światowej znowu zło czai się za naszymi granicami, znowu giną ludzie, tysiącami i setkami tysięcy. Znowu giną dzieci pod bombami i to tuż za miedzą, na Ukrainie. Ta lekcja II wojny światowej dzisiaj musi wpłynąć na decyzje i postawy wszystkich przywódców wolnego świata.
My z tej ponurej lekcji II wojny światowej musimy wyciągnąć wniosek o solidarności, jedności zarówno narodu polskiego, jak i całego wolnego świata, Europy i Ameryki, NATO. To nie może być sojusz na papierze. Nie możemy pozwolić też nikomu, ani tu, w naszym domu, w Polsce, ani w Europie, ani w USA, na dopuszczenie do recydywy brunatnej fali agresji i pogardy” – powiedział.
„Agresor, który rozpoczął kolejną okrutną wojnę, to Rosja. I że odpowiedzialnością całego Zachodu jest twarda postawa. Odpowiedzialnością całego Zachodu jest powiedzieć – los Ukrainy to także nasz los w najbliższej przyszłości. Tu, na Westerplatte musimy to głośno powiedzieć. Najbliższe miesiące, ta jesień, ta zima, które są przed nami, mogą być kluczowe nie tylko dla niepodległości Ukrainy, ale także dla bezpieczeństwa Polski i całego wolnego świata” – mówił Donald Tusk. „Niech stąd właśnie, z Westerplatte, mając w pamięci 80 milionów ofiar II wojny światowej, 6 milionów ofiar obywateli polskich, mając w pamięci wymordowanie prawie wszystkich Żydów w Europie przez ogarniętych obłędem nazistów, niemieckich hitlerowców, mając to wszystko w pamięci, dzisiaj głośno z Westerplatte krzyczymy do całego wolnego świata.
Bądźcie solidarni. Musimy dzisiaj pomóc przetrwać Ukrainie. Nie możemy powtórzyć tamtych błędów.
Nie może się powtórzyć Monachium. Nie może powtórzyć się ta upiorna, bezradna, bezsilna polityka ustępowania złu. Żołnierze na Westerplatte i Polska w czasie całej swojej dramatycznej historii zawsze świadczyliśmy o tym, że jak zło zagraża nam, naszym dzieciom, to stajemy w obronie wolności, prawdy, uczciwości. Tak musi być też teraz. Jeśli my dzisiaj powiemy »to tylko Ukraina«, to ktoś za kilka miesięcy, za rok, za dwa powie znowu »to tylko Polska«. Niech słowa Westerplatte, Westerplatte dotrą do wszystkich stolic europejskich, do Waszyngtonu, do Ottawy, do Tokio. Wszędzie tam, gdzie są ludzie, którzy rozumieją powagę sytuacji. Że tak naprawdę najważniejszą lekcją z Westerplatte jest to, aby już nigdy ten, który został napadnięty przez agresora, nie był sam”.
Premier odniósł się także wprost do rosyjskich prowokacji skierowanych przeciwko krajom NATO.
„Polska jest ofiarą wielu prowokacji. Mieliśmy najprawdopodobniej znowu akty sabotażu kilkadziesiąt godzin temu. Podpalenia, akcje sabotażu, dywersji, prowokacje spotkały Finlandię, Litwę, Łotwę i Estonię. Wielokrotnie Polskę, Rumunię, Danię, a ostatnio Niemcy. Tak, za chwilę się dowiemy, że to rosyjskie służby zorganizowały prowokację dronową w Lipsku. To może także i Niemcy, i Francuzi, i Włosi, i Hiszpanie, wszyscy bez wyjątku, wszystkie narody i wszyscy przywódcy wolnego świata zrozumieją, że w obliczu zła nikt nie może zostać sam”.
W uroczystości na Westerplatte udział brał także prezydent Karol Nawrocki.
„Istnieje prawda o II wojnie światowej, która jest tak słabo słyszalna u naszych zachodnich sąsiadów, u naszych sojuszników w Berlinie, w Niemczech. Prawda, której nie zna albo nie chce poznać Europa (...) Niemcy nie potrzebowały Adolfa Hitlera, żeby gardzić Polską, Polkami, Polakami i polskością. Przykładów na to jest za wiele" – mówił prezydent.
Karol Nawrocki szeroko opowiadał o niemieckim antypolonizmie, współpracy Republiki Weimarskiej oraz III Rzeszy ze Związkiem Radzieckim, porównując je do XXI-wiecznej współpracy Niemiec i Federacji Rosyjskiej. Sugerował też, że w Polsce działają „niemieckie stronnictwa” oraz „politycy wychowani przez niemieckie fundacje”.
„To nie jest realny sojusz i realna przyjaźń, jeśli nie możemy postawić pomnika polskich ofiar II wojny światowej w Berlinie. Jeśli polska mniejszość w Niemczech nie ma takich samych praw, jak mniejszość niemiecka w Polsce" – mówił prezydent. I deklarował, że będzie domagał się od rządu współpracy w zakresie uzyskania od Niemiec reparacji.
Przeczytaj także:
Przeczytaj także:
Prezydent Karol Nawrocki podczas obchodów rocznicy wybuchu II wojny światowej mówił o tym, jak Niemcy pogardzali Polakami, o niemieckich stronnictwach w Polsce, o politykach wychowanych przez niemieckie fundacje, reparacjach i SAFE.
„Istnieje prawda o II wojnie światowej, która jest tak słabo słyszalna u naszych zachodnich sąsiadów, u naszych sojuszników w Berlinie, w Niemczech. Prawda, której nie zna albo nie chce poznać Europa. Prawda, która nie dociera za Atlantyk. Prawda, z którą wielki problem, niestety, wielki problem mają także dzisiaj rządzący.
A musimy wszyscy powtarzać i uzmysłowić sobie, choć to boli, ale jest potrzebne, że Niemcy nie potrzebowały Adolfa Hitlera, żeby gardzić Polską, Polkami, Polakami i polskością. Przykładów na to jest za wiele. Już w XIX wieku liberalni literaci, politycy wielkie marki liberalnej pruskiej literatury z pogardą pisali o Polsce, Polakach, Polkach, o polskości mówiąc o nas nic więcej tylko, że jesteśmy Irokezami ze wschodu (...)
Kontynuatorką tej antypolskiej histerii i antypolonizmu była demokratyczna już Republika Weimarska. Republika Weimarska, w której antypolonizm był centrum kultury politycznej. Antypolonizm był tym, co łączył lewicę z prawicą przez niemieckich liberałów w demokratycznej Republice Weimarskiej" – mówił Karol Nawrocki podczas obchodów 87 rocznicy wybuchu II wojny światowej na Westerplatte.
W dalszej części przemówienia prezydent opowiadał o tym, jak Republika Weimarska współpracowała w dwudziestoleciu międzywojennym z ZSRR, o pakcie Ribbentrop-Mołotow. Porównał tę sytuację z XXI wiekiem i współpracą gospodarczą Niemiec i Europy z Federacją Rosyjską aż do momentu wybuchu wojny w Ukrainie. Nie wspominał o Stanach Zjednoczonych.
„Dziś, drodzy Państwo, w XXI wieku, w 2026 roku, kiedy jak wierzę z naszymi zachodnimi sąsiadami mamy tego samego wroga, czyli Federację Rosyjską, która destabilizuje całą sytuację w naszym regionie i morduje znów tak jak przed wiekami i przed dekadami. Dziś, kiedy wspólnie z naszymi zachodnimi sąsiadami jesteśmy w Unii Europejskiej i w Sojuszu Północnoatlantyckim, potrzebujemy odwagi cywilnej, potrzebujemy odpowiedzialności, potrzebujemy zdecydowania polskich polityków i niemieckich polityków.
I powiem więcej, potrzebujemy też odwagi cywilnej i służenia Rzeczpospolitej Polskiej ze strony niemieckich stronnictw w Polsce. Potrzebujemy też zrozumienia tej sytuacji przez wszystkich historyków i polityków wychowanych przez niemieckie fundacje. Moja odpowiedzialność jest zbyt wielka. My wszyscy musimy być, drodzy Państwo, razem i rozumieć pełnię historii II wojny światowej i drogi do 1 września 1939 roku" – mówił Nawrocki.
Prezydent dużo miejsca poświęcił kwestii pomnika polskich ofiar II wojny światowej w Berlinie. Pomnik ten wciąż czeka na realizację, na razie w tym miejscu stoi kamień pamiątkowy.
„To nie jest realny sojusz i realna przyjaźń, jeśli nie możemy postawić pomnika polskich ofiar II wojny światowej w Berlinie. Jeśli polska mniejszość w Niemczech nie ma takich samych praw, jak mniejszość niemiecka w Polsce. Jeśli Dom Polski w Bochum nie może powstać, to mamy prawo wierzyć, czy dzisiaj nasi zachodni sąsiedzi poza okrągłymi słowami, pięknymi gestami i wspaniałymi deklaracjami nie traktują nas tak, jak Republika Weimarska. Czy za moment poza tymi deklaracjami nie zaczną robić biznesu z Federacją Rosyjską tak, jak w XXI wieku” – mówił Nawrocki.
W tym miejscu prezydent nawiązał także do kwestii reparacji.
„Świat, panie premierze, postawił nas w takiej sytuacji, że prawdziwa, twarda, sojusznicza deklaracja wobec Polski wymaga tego, aby nasi sojusznicy z Berlina i nasi sąsiedzi wypłacili nam zadośćuczynienie, które Polska przekaże na polskie siły zbrojne, na polski przemysł zbrojeniowy, żebyśmy nie musieli brać zachodnich kredytów, abyśmy dostali to, co nam się należy. Dlatego, aby przyjaźń i sojusz stał się realny. Apeluję stąd z Westerplatte do kanclerza Niemiec, do narodu niemieckiego.
Załatwmy sprawę reparacji i zadośćuczynienia z myślą o sprawiedliwości historycznej, ale z myślą o przyszłości” – powiedział.
Podczas obchodów 87 rocznicy wybuchu II wojny światowej przemawiał także premier Donald Tusk.
Mówiliśmy o tym, że odpowiedzialność za koszmar II wojny światowej spada na hitlerowskie Niemcy, a także na sowiecką Rosję. Tu już nie ma żadnych dwuznaczności. To było, jest i będzie oczywiste dla każdego przyzwoitego człowieka” – mówił premier Donald Tusk
„Nie trzeba być historykiem, obaj z panem prezydentem jesteśmy historykami, żeby wiedzieć dokładnie, kto ponosi również odpowiedzialność za katastrofę września 1939 roku. Nawet gdyby żołnierzy Westerplatte było 10, 100, 1000 razy więcej, nie dałoby to nam szansy na zwycięstwo, bo świat, wolny świat pozwolił Hitlerowi, faszystom Niemcom na rozpętanie wojny, na bezkarną agresję" – dodawał.
W swoim wystąpieniu Donald Tusk porównywał okoliczności wybuchu II wojny światowej z aktualną sytuacją i zaznaczał, że obecnie zagrożenie ze strony Federacji Rosyjskiej wymaga wzywania do solidarności z walczącą Ukrainą.
My z tej ponurej lekcji II wojny światowej musimy wyciągnąć wniosek o solidarności, jedności zarówno narodu polskiego, jak i całego wolnego świata, Europy i Ameryki, NATO. To nie może być sojusz na papierze. Nie możemy pozwolić też nikomu, ani tu, w naszym domu, w Polsce, ani w Europie, ani w USA, na dopuszczenie do recydywy brunatnej fali agresji i pogardy (...) Najbliższe miesiące, ta jesień, ta zima, które są przed nami, mogą być kluczowe nie tylko dla niepodległości Ukrainy, ale także dla bezpieczeństwa Polski i całego wolnego świata” – mówił Donald Tusk.
Przeczytaj także:
Przeczytaj także:
W kolejnym przypływie frustracji Trump twierdzi, że Iran już nie istnieje. Jednocześnie USA nie jest z tym nieistniejącym krajem wygrać wojny
Jak pisaliśmy wcześniej, w nocy doszło do pierwszej od miesiąca poważnej wymiany ognia między USA a Iranem. Rano czasu waszyngtońskiego amerykański prezydent postanowił wyartykułować nowe groźby wobec Iranu. Przytoczmy jego wpis w całości:
"Iran oficjalnie jest Upadłym Narodem. JEST MARTWY. Nie mają Marynarki Wodnej, nie mają Lotnictwa, nie mają waluty, nie płacą żołnierzom i policjantom, inflacja wynosi 300 proc., ich liderzy są w rozsypce, nie są w stanie sensownie reprezentować swojego kraju. Jedyne co mają to FAKE NEWSY z USA, chęć zabijania protestujących (już ponad 100 tys. zabitych. Powinni być sądzeni za zbrodnie przeciwko ludzkości!) i pełną garść BZDUR”.
Rano Trump powiedział też dziennikarzowi Fox News Treyowi Yingstowi, że Amerykanie zamierzają ostro odpowiedzieć na nocne ataki Iranu.
Kolejna eskalacja po miesiącu spokoju nie jest zaskakująca. Iran i USA nie zmieniły swojego wzajemnego podejścia do siebie. Oba kraje dalej uważają, że mogą dłużej prowadzić maksymalistyczną politykę. Amerykanie kontynuują blokadę morską Iranu, a Iran dalej próbuje narzucić swój porządek w cieśninie Ormuz.
We wpisie Trumpa widać jednak sporo frustracji. Amerykański prezydent nie potrafi od pół roku narzucić Iranowi swojej woli. Iran, choć ma poważne problemy gospodarcze, trudno nazwać upadłym państwem, a tym bardziej upadłym narodem. Trump bagatelizuje też tragedię zabitych w styczniu protestujących, rzucając niesprawdzoną liczbę 100 tys. zabitych. Liczba, o której mówi Trump, najpewniej nie ma żadnego źródła. Trump wielokrotnie, gdy był sfrustrowany konfrontacją z Iranem, uciekał się do tego argumentu i za każdym razem podawał inne rzekome liczby zabitych.
Słowa amerykańskiego prezydenta sugerują, że trudno w najbliższym czasie spodziewać się konstruktywnej dyplomacji między krajami.
Przeczytaj także:
Pięć dni po katastrofie ratownicy skupiają się na niemal tysiącu robotników, którzy pracowali przy budowie lokalnych elektrowni wodnych
W Nepalu wciąż trwają poszukiwania osób zaginionych po tragicznej, nagłej powodzi spowodowanej załamaniem się lodowca. Do tragedii doszło w środę 26 sierpnia, a zjawisko wywołało ogromną falę, która pociągnęła za sobą spore ilości błota i gruzu. Do dziś potwierdzono już śmierć ponad 903 osób. Ponad 4 tys. lokalnych mieszkańców uznaje się za zaginionych. Dodatkowo zaginęło 590 obywateli 39 innych krajów.
Setki ofiar zostało już pochowanych w zbiorowych grobach w okolicy miejsca tragedii. Niektóre z nich bez wcześniejszej identyfikacji. Klimat sprawiał, że ciała zaczynały się już rozkładać, a przewiezienie tylu ciał do oddalonych chłodni było technicznie niemożliwe.
Poszukiwania skupiają się na 933 robotnikach, którzy pracowali przy budowie okolicznych elektrowni wodnych i mogą być uwięzieni w jednym z 11 pobliskich tuneli. Ratownicy przy pomocy ciężkiego sprzętu starają się odblokować wejścia do tuneli, zablokowane przez naniesiony gruz. Operacje ratownicze są utrudniane przez niekorzystną, deszczową pogodę.
Przyczyn tak dużej skali katastrofy jest kilka.
Problemem jest topografia tego obszaru. Szczyt Langtang Lirung leży na grzbiecie wysokich Himalajów, a po obu stronach góry znajdują się strome doliny. Takie warunki mogły powodować szybsze spływanie wody.
Mike Searle, profesor nauk o Ziemi na Uniwersytecie Oksfordzkim, wskazywał w BBC, że Langtang Lirung, podobnie jak reszta Himalajów, powoli się podnosi w wyniku długotrwałych ruchów tektonicznych. Góra się podnosi, a lodowiec staje się coraz bardziej stromy, przez co jest narażony na to, że jego części odpadną. Zazwyczaj jednak – dodał – odpadają mniejsze bryły, które nie powodują takich katastrof.
Nepal jest też narażony na podobne wylewy jezior lodowcowych w przyszłości. Topnienie lodowców wiąże się bezpośrednio ze zmianą klimatu.
Przeczytaj także:
Miało być „bez zbędnej zwłoki”, a czekamy 1747 dni – mówili dziś nauczyciele pod Kancelarią Premiera, upominając się o projekt ustawy wiążący ich płace ze średnią krajową
„Politykom łatwo zamknąć oczy i mówić, że nie ma kryzysu kadrowego w szkołach. Najlepiej widać go od kuchni. Bez emerytów, bez nadgodzin, bez pracy w kilku placówkach, bez planów lekcji od świtu do wieczora system zupełnie by się załamał” – mówi nam Marta, nauczycielka SP w Szczecinie. „Młodsi koledzy i koleżanki przychodzą na rok, dwa i szybko zmieniają zawód. Opowieści o misji można dziś włożyć między bajki. Chcesz żyć samodzielnie, założyć rodzinę, rozwijać karierę? Albo mieć taki luksus jak szacunek od innych? Najlepiej trzymaj się z dala od szkoły” – dodaje.
Marta to jedna z tysięcy osób, które z rozgoryczenia przyszły dziś, 31 sierpnia, pod Kancelarię Prezesa Rady Ministrów na manifestację zorganizowaną przez Związek Nauczycielstwa Polskiego.
Związkowcy zarzucają rządowi, że wstrzymał pracę nad obywatelskim projektem ustawy wiążącym wynagrodzenie nauczycieli ze średnimi zarobkami w kraju. Zgodnie z założeniami ustawy budżetowej w 2027 mogą oni liczyć tylko na 3 proc. wzrost płac. A, jak przypominali podczas protestu działacze ZNP, w 2024 roku premier Donald Tusk obiecał, że projekt, który wprowadzi automatyzm do waloryzacji wynagrodzeń, będzie procedowany „bez zbędnej zwłoki”.
Nauczyciele policzyli, że od kiedy ich projekt przeszedł pierwsze czytanie w Sejmie i trafił do komisji, minęło 1747 dni.
„Dla nas nie jest ważne, kto rządzi. Jesteśmy tu, bo mamy dość szkoły, która opiera się na naszym entuzjazmie i pasji” – mówił prezes ZNP, Sławomir Broniarz. „Żadna koalicja nie może ignorować głosu 250 tys. obywateli. Nasze płace nie mogą być oparte na dobrej woli tego lub innego ministra. A pasją naszych rachunków nie zapłacimy” – dodał.
Urszula Woźniak, wiceprezeska ZNP, mówiła, że nauczyciele są rozczarowani i wkurzeni. „Od trzech lat słyszymy, że dostaliśmy 30-procentowe podwyżki. To było konieczne, żeby zasypać dziurę po rządach PiS. A po tych rządach kto będzie zasypywał dziury?” – pytała Woźniak.
Protestujący przynieśli transparenty z hasłami: „Politycy do tablicy”, „Grzeczni już byliśmy” czy „Premierze, obiecałeś!”. Pojawiły się też czerwone kartki, które nauczyciele pokazali rządowi.
W 2024 roku rząd spełnił jedną z obietnic złożoną nauczycielom. Chodziło o skokowy wzrost wynagrodzenia o 30 proc., który miał zamortyzować prawie 12 lat konsekwentnego mrożenia płac. Jednak w latach 2025 i 2026 nauczyciele dostali już tylko tyle, co cała budżetówka, a średnia krajowa znów zaczęła im się oddalać.
Związkowcy chcieli skończyć z uznaniowymi podwyżkami. Złożyli w Sejmie obywatelski projekt ustawy, który zakłada, że nauczyciel dyplomowany, na najwyższym stopniu awansu zawodowego, zarabiałby 155 proc. średniej w gospodarce narodowej w III kwartale poprzedniego roku. Chodzi tu nie o pensję zasadniczą, ale średnią (z dodatkami i pracą ponadwymiarową). To byłaby wyjątkowo kosztowna reforma. Gdyby opierać się na wskaźnikach z 2025 roku, nauczyciel dyplomowany zarabiałby 13 596 zł brutto, ponad 3,2 tys. więcej niż dziś.
Wiceminister edukacji Henryk Kiepura w listopadzie 2025 powiedział, że ze wstępnych wyliczeń wynika, że powiązanie wynagrodzeń nauczycieli ze średnią w gospodarce, to koszt dla budżetu państwa rzędu 38 mld zł. Dla porównania – cały budżet na oświatę w 2026 roku wynosi ponad 111 mld zł, a na program 800 plus rząd planował w tym roku wydać 61,7 mld zł.
Rząd ustami ministry Barbary Nowackiej, a potem premiera Donalda Tuska najpierw pomysł poparł, a po pierwszym czytaniu w Sejmie, odłożył na wieczne nigdy. Teraz gdy zbliżają się kolejne wybory parlamentarne, nauczyciele postanowili zawalczyć o maksimum. Jak mówił nam prezes ZNP, Sławomir Broniarz, jeśli rząd nie jest w stanie sfinansować kompleksowej reformy płac nauczycieli, to powinien wystąpić z propozycją kolejnej dużej podwyżki.
Związkowcy domagają się 15 proc. wzrostu wynagrodzenia od teraz.
Przeczytaj także: