Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Do Kijowa przyjechali dziś m.in. premier Wielkiej Brytanii i szef Rady Europejskiej. W tym czasie Rosjanie trzykrotnie zaatakowali odległy o niespełna 150 km Czernihów. Trafili w blok mieszkalny, raniąc 18 osób
24 sierpnia Ukraina świętuje Dzień Niepodległości. W tym roku po raz 35. Z tej okazji do Kijowa przyjechali premier Wielkiej Brytanii Andy Burnham, przewodniczący Rady Europejskiej Antonio Costa, prezydenci Mołdawii i Estonii Maia Sandu i Alar Karis oraz premier Luksemburga Luc Frieden.
Nowy premier Wielkiej Brytanii, tuż przed swoją pierwszą zagraniczną podróżą, ogłosił, że jego rząd zgodził się na przekazanie Ukrainie tajnych danych dotyczących produkcji brytyjskich komponentów do rakiety dalekiego zasięgu SCALP. Ma to umożliwić ich produkcję na terenie Ukrainy.
„Naród ukraiński nie powinien mieć wątpliwości: Wielka Brytania wspiera was dziś i będzie was wspierać tak długo, jak będzie to konieczne. Przyjaźń między naszymi krajami przetrwa znacznie dłużej niż nielegalna wojna Rosji” – zadeklarował Burnham.
Już będąc w Kijowie, tuż przed spotkaniem krajów należących do tzw. koalicji chętnych, wezwał też sojuszników Ukrainy do zwiększenia dostaw pocisków przechwytujących typu Patriot.
„Dziś naprawdę jest nam wszystkim bardzo, bardzo trudno, ale mocno trzyma nas za rękę pewna siła – wcale nie niewidzialna. Jest to siła wspólnego kręgu: wzajemnego wsparcia, braku wątpliwości co do tego, kto stoi obok oraz wiary we wszystkich Ukraińców” – mówił w orędziu z okazji rocznicy odzyskania niepodległości prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski. „I dopóki wróg nie przerwie tego naszego kręgu, dopóty Ukraina nie upadnie. Wywalczy swój pokój” – dodał.
„Chcieliście odebrać nam całą Ukrainę, całą naszą ziemię, a zamiast tego straciliście swoje rafinerie, flotę, dochody i całe pokolenie, które posłaliście do maszynki do mięsa” – zwrócił się do Rosjan. „Chcieliście, żeby nie było nas na mapie, a teraz to was nie ma w międzynarodowym programie przyszłej cywilizacji. Od dwudziestu siedmiu lat przywódca Rosji mówi o wielkości, a Rosja stoi w kolejkach po benzynę”.
Wspominając sojuszników, Zełenski podkreślił, że Ukraina nie prosi, żeby ktoś za nią walczył. „Dajcie Ukrainie wszystko, co pozwoli zatrzymać tę wojnę – zatrzymać ją szybciej, niż Putin zdoła rozpocząć następną. Aby do tego nie doszło, należy działać wspólnie. Europa musi być Europą – zjednoczoną, ambitną i odważną” – mówił Zełenski.
Podczas gdy europejscy przywódcy zebrali się w Kijowie, by uczcić Dzień Niepodległości Ukrainy, niecałe 150 kilometrów na północ rosyjskie siły zaatakowały miasto Czernihów. Jak podała rada miasta na Telegramie, rosyjski dron uderzył w budynek mieszkalny, raniąc 18 osób. Wśród poszkodowanych znalazło się dwoje dzieci.
Brutalne ataki balistyczne wymierzone w infrastrukturę cywilną to nic nowego. W ten sposób Władimir Putin odpowiada na ukraińską kontrofensywę, której celem jest rosyjska infrastruktura energetyczna i paliwowa oraz centra zaopatrzeniowe armii.
Z danych ONZ wynika, że w lipcu na terenie całej Ukrainy zginęło 437 cywilów, a 2 610 zostało rannych. To najwyższa odnotowana liczba ofiar śmiertelnych od maja 2022 roku.
„Wcześniej Rosjanie atakowali obwód kijowski w nocy. Teraz mijają trzy lub cztery godziny, a potem następuje atak; kolejne trzy lub cztery godziny, a potem kolejny atak. Nie ma już znaczenia, czy jest rano, czy w ciągu dnia” – opowiadała Viktoriia Ruban, rzeczniczka państwowych służb ratowniczych Ukrainy w obwodzie kijowskim.
Przeczytaj także:
Cudzoziemcy zebrali się w Warszawie, żeby zwrócić uwagę na problemy z legalizacją pobytu. „Spełniamy wszystkie swoje obowiązki. Płacimy podatki, przestrzegamy umowy społecznej. Jedyne, czego chcemy, to żeby Polska dała nam możliwość życia” – mówili podczas pikiety
24 sierpnia pod Urzędem Wojewódzkim w Warszawie cudzoziemcy, w większości z Ukrainy i Białorusi, zaprotestowali przeciwko utrudnianiu legalizacji pobytu w Polsce.
„W innych państwach kartę pobytu możesz dostać w dwa tygodnie, miesiąc. W Polsce czeka się trzy lata” – mówił podczas pikiety jeden z organizatorów wydarzenia. „Nie możemy nigdzie wyjechać, tracimy pracę, banki zamykają nam konta, nasze dzieci nie mogą pojechać na wycieczkę poza Polskę” – opowiadał. I pytał: „Dlaczego państwo nic z tym nie robi? Dlaczego państwo polskie jest bezradne albo tak beznadziejne w przestrzeganiu własnego prawa?”. Przypominał też, że „prawo jest dla wszystkich, nie tylko dla obywateli”.
„Jako ludzie spełniamy wszystkie swoje obowiązki. Płacimy podatki, przestrzegamy umowy społecznej, którą zawarliśmy z Polską. Jedyne, czego chcemy, to żeby Polska dała nam możliwość życia; nie przeszkadzała nam, w tym, co tu robimy, czyli po prostu mieszkamy” – mówił jeden z organizatorów.
A ponad 200 osób zebranych pod urzędem skandowało: „Gdzie moja karta”.
Pikietę zorganizowała inicjatywa obywatelska Głos Migranta. Według danych przedstawionych na ich stronie internetowej, a których źródłem są urzędy wojewódzkie, na legalizację pobytu czeka się w Polsce średnio od 242 dni (województwo małopolskie) do 658 dni (woj. śląskie). To nawet 11 razy dłużej niż wskazuje ustawa.
Na decyzję wojewody czeka dziś prawie pół miliona osób (463 tys.), a większość z nich już od dawna legalnie w Polsce pracuje.
Powód zamieszania? Jak pisał w OKO.press Krzysztof Boczek, w 2024 roku w specustawie o pomocy obywatelom Ukrainy, w artykule 100d, rząd zawiesił bieg terminów urzędowych. Oficjalnie z powodu afery wizowej i rosnącej liczby składanych wniosków.
Obecnie zawieszenie trwać będzie do 4 marca 2027 roku. Składający papiery cudzoziemiec nie wie, jak długo jego sprawa będzie rozpatrywana.
Tymczasem już w maju 2025 roku, Naczelny Sąd Administracyjny uznał, że dalsze stosowanie art. 100d jest sprzeczne z art. 45 Konstytucji RP.
Organizatorzy demonstracji podkreślali, że nie proszą o przywileje, a jedynie respektowanie norm Kodeksu Postępowania Administracyjnego. Przypominają, że składki pracujących w Polsce cudzoziemców do ZUS wynoszą 21,5 mld zł rocznie, a tylko obywateli Ukrainy płacących te składki jest ponad 857 tysięcy.
Przeczytaj także:
Senator i były dowódca Sił Zbrojnych RP miał 63 lata.
Generał Mirosław Różański chorował na szpiczaka mnogiego, zjadliwy rodzaj nowotworu krwi. Diagnozę usłyszał w 2021 roku, ale publicznie o chorobie opowiedział dopiero w czerwcu 2026.
„Uważałem, że jestem wręcz nieśmiertelny. Choroby mnie się nie imały, nigdy nie zwracałem na to uwagi. Gdy pojawiła się diagnoza, świat zadrżał, w mojej wyobraźni. Pamiętam to do dziś” – mówił senator w rozmowie z NewsMed.
„Szpiczak to choroba, która mocno angażuje najbliższe otoczenie, rodzinę. Pacjent musi się podporządkować szeregowi wymagań i ograniczeń, które dla mnie były trudne do wyobrażenia. Wiem, że spada moja odporność, że muszę uważać, w jakim miejscu przebywam” – tłumaczył.
„Uważam, że osoby aktywne zawodowo jak ja, parlamentarzysta, powinny mówić o tym wprost, że można być chorym i dalej być aktywnym; można starać się dzielić swoją wiedzą, pomocą. Staram się tak robić” – mówił.
Gen. Różański zmarł w wieku 63 lat.
W wojsku służył od 1986 roku. Dowodził m.in. 17. Wielkopolską Brygadą Zmechanizowaną i 11. Dywizją Kawalerii Pancernej. Służył także podczas misji w Afganistanie i Iraku. W latach 2012-2013 gen. Różański był szefem Departamentu Strategii i Planowania Obronnego MON, a także pełnomocnikiem MON ds. reformy systemu zarządzania, kierowania i dowodzenia Siłami Zbrojnymi.W 2015 roku został mianowany Dowódcą Generalnym Rodzajów Sił Zbrojnych.
Zrezygnował pod koniec 2016 roku w związku z konfliktem z ówczesnym szefem MON Antonim Macierewiczem. Jego dymisję prezydent Andrzej Duda podpisał w 2017 roku. Po zakończeniu zawodowej służby wojskowej założył Fundację Stratpoints.
„W trakcie służby wyróżniony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, Wojskowym Krzyżem Zasługi z Mieczami, Krzyżem Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej, Medalem za Zasługi dla Obronności Kraju, Medalem Siły Zbrojne w Służbie Ojczyźnie, Gwiazdą Iraku, Medalem Honorowym Międzynarodowej Dywizji Centrum Południe” – wyliczała jego fundacja.
W 2023 roku uzyskał mandat senatora z ramienia Trzeciej Drogi, jako przedstawiciel Polski 2050.
„Umarł Mirek Różański. Żołnierz. Dzielnie walczył z chorobą. Pracowaliśmy razem od 2019, gdy dołączył do mojej kampanii wyborczej jako główny ekspert od spraw bezpieczeństwa i Sił Zbrojnych. W 2023 ze wsparciem Polski 2050 został Senatorem i szefem senackiej Komisji Obrony Narodowej. Parę miesięcy temu nasze polityczne drogi się rozeszły, ale to bez znaczenia dla rzeczy dużo bardziej istotnych” – napisał na portalu X wicemarszałek Sejmu, były lider Polski 2050 Szymon Hołownia. „Mirek jako generał (a z tym bywa różnie) nie płynął z prądem. A co najważniejsze: był takim dowódcą, pod którym żołnierze chcieli służyć, wiedząc, że zawsze będzie wobec nich fair, że nie będzie rozkazywał im ryzykować niczego, czego nie zaryzykuje sam”.
„Odszedł odważny i uczciwy człowiek, który służył Polsce. Rodzinie i Bliskim składam wyrazy głębokiego współczucia” – napisała w serwisie X marszałkini Senatu Małgorzata Kidawa-Błońska.
W poniedziałek 24 sierpnia podczas ceremonii podpisania umowy ramowej na dostawę przenośnych przeciwlotniczych zestawów rakietowych Piorun w Skarżysku-Kamiennej, szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz wspomniał gen. Różańskiego w swoim przemówieniu. „Żołnierz, dowódca, odważny człowiek, zaangażowany i bezkompromisowy. Zaangażowany w sprawy Wojska Polskiego, każdego z żołnierzy Wojska Polskiego, rozwoju sił zbrojnych, rozwoju różnego rodzaju działalności związanej z geopolityką, polityką międzynarodową – jako szef Komisji Obrony Narodowej” – mówił wicepremier.
Hubert B., który z impetem wjechał w Krakowie w spacerującą chodnikiem rodzinę i zabił dwoje 32-latków (ich 8-miesięczny syn nadal walczy o życie) odpowie za spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym. Prokuratura Okręgowa przedstawiła mu zarzuty. Młody kierowca twierdzi, że winnym wypadku była zła nawierzchnia, nie nadmierna prędkość samochodu.
— Dzisiaj Hubert B. usłyszał zarzut tego, że w dniu 22 sierpnia umyślnie naruszył zasady bezpieczeństwa w ruchu drogowym — poinformował rzecznik Prokuratury Okręgowej w Krakowie Mariusz Boroń.
Przy ul. Solnej w Krakowie obowiązuje ograniczenie prędkości do 30 kilometrów na godzinę. Hubert B. miał sobotniego popołudnia pędzić tamtędy nawet 70 km/godz.
Prokuratura twierdzi, że młody kierowca jechał za szybko; stracił panowanie nad pojazdem i wjechał na chodnik, śmiertelnie potrącając dwoje 32-latków, kobietę i mężczyznę. Rodzina spacerowała po mieście z małym dzieckiem. 8-miesięczny chłopiec z pomocą lekarzy nadal walczy o życie w szpitalu.
Prokuratura postawiła Hubertowi B. zarzut spowodowania wypadku komunikacyjnego, którego następstwem jest śmierć dwóch osób. To przestępstwo z art. 177 § 2 Kodeksu karnego, za które grozi do ośmiu lat więzienia.
Prokuratura zawnioskowała o tymczasowy areszt dla kierowcy. Aktualizacja: Sąd, po przesłuchaniu mężczyzny, zdecydował o tymczasowym, trzymiesięcznym areszcie dla Huberta B.
Oskarżony kierowca nie przyznał się do winy. Jak przekazał dziennikarzom prokurator Mariusz Boroń, Hubert B. twierdzi, że nie jechał za szybko (choć nie pamięta, ile dokładnie miał na liczniku), a panowanie nad kupionym zaledwie miesiąc wcześniej autem stracił, ponieważ nawierzchnia drogi była nierówna.
Hubert B. pochodzi z województwa mazowieckiego. Był trzeźwy, nie był pod wpływem narkotyków, w aucie wiózł troje pasażerów, w wieku od 27 do 28 lat.
Radio Kraków ustaliło, że w związku z sobotnią tragedią pełniący funkcję prezydenta miasta Stanisław Kracik nakazał urzędnikom przygotować projekt zmian na ulicy Solnej, który pozwoli uspokoić ruch samochodów w tym miejscu.
Rejon ulicy Solnej na krakowskim Podgórzu, gdzie doszło do wypadku, od kilku lat jest na radarach lokalnych aktywistów i radnych dzielnicowych. Ci drudzy już w 2024 roku apelowali o uspokojenie ruchu w tym rejonie – ale bez efektu. „W związku z notorycznym przekraczaniem dopuszczalnej prędkości przez poruszające się tą drogą pojazdy samochodowe, należałoby wymusić ich spowolnienie poprzez zamontowanie minironda tzw. naleśnikowego oraz wyspowych przejść dla pieszych, które to elementy znacząco spowolniłyby ruch pojazdów na ulicy Zabłocie, w jej odcinku pomiędzy ulicą Solną a ul. Zabłocie 19” — pisał radny Rafał Zawiślak do prezydenta Krakowa. Miasto wówczas uznało, że do zmiany zasad ruchu w tym rejonie wystarczających przesłanek nie ma.
Dziś Zawiślak (radny Krakowa) pisze: „Nie możemy za każdym razem czekać na tragedię, żeby zagrożenie stało się dla urzędu „wystarczająco poważne”. Do tragedii nie potrzeba większości. Wystarczy jeden kierowca” – wskazuje.
„Nie chcemy bać się chodzić po chodnikach. Nie chcemy bać się spacerować z dziećmi. Nie chcemy bać się o naszych seniorów i rodziny. Nie chcemy dłużej słyszeć, że się nie da, że nie ma zgody, nie ma woli albo pieniędzy” – piszą organizatorzy wtorkowego protestu przy ul. Solnej, który nazwali „Niemym krzykiem o bezpieczny Kraków”.
Chcą zmian w rejonie ulicy Solnej i w całym mieście. Powołując się na dane z policyjnego systemu SEWiK za 2025 r. Kraków miał najwięcej wypadków drogowych ze wszystkich miast wojewódzkich w Polsce – 941, o ponad 100 więcej niż Łódź i o ponad 250 więcej niż Warszawa. I choć na drogach zginęło sześć osób (w Warszawie 28, w Łodzi 14), to odnotowano aż 284 ciężko ranne w wypadkach, co stanowi drugi najgorszy wynik w kraju.
Do wypadku w Krakowie doszło w sobotę, 22 sierpnia, ok. 18. Jak informowaliśmy w OKO.press, kierowca Volkswagena wjechał w rodzinę spacerującą chodnikiem, zabijając dwoje dorosłych. Ich dziecko trafiło do szpitala w stanie ciężkim.
Przeczytaj także:
Po ośmiu latach spadków liczba urodzeń w Polsce ustabilizowała się na rekordowo niskim poziomie. O trwałym odwróceniu kryzysu demograficznego nie ma jednak mowy.
W czerwcu 2026 roku urodziło się w Polsce około 20 tys. dzieci — wynika ze wstępnych szacunków GUS, przytoczonych przez „Rzeczpospolitą”. To tyle samo co w czerwcu 2025 roku. Co więcej, suma urodzeń z ostatnich 12 miesięcy wyniosła 237,2 tys., niemal tyle samo co w styczniu, kiedy urodziło się 237,3 tys dzieci. To pierwszy od 2017 roku dłuższy okres, w którym wskaźnik urodzeń praktycznie przestał maleć.
Jeżeli obecny poziom się utrzyma, średnia liczba dzieci przypadająca na kobietę może wzrosnąć z rekordowo niskiego 1,07 w 2025 roku do około 1,11–1,12. Wynikałoby to jednak częściowo z dalszego zmniejszania się liczby kobiet w wieku największej płodności, a nie ze wzrostu liczby urodzeń.
Skala stabilizacji pozostaje więc bardzo daleka od poziomu zastępowalności pokoleń, wynoszącego 2,1. Od zatrzymania spadku liczby urodzeń do zażegnania kryzysu demograficznego droga jest więc jeszcze daleka – i być może niemożliwa do zrealizowania np. bez zwiększonej imigracji.
Jeszcze jesienią 2017 roku 12-miesięczna liczba urodzeń przekraczała 400 tys. Potem sukcesywnie spadała, przyspieszając po pandemii i rosyjskiej inwazji na Ukrainę.
„Jest to w pewnej mierze efekt starzejącego się wyżu demograficznego z lat 80. Spadała jednak także dzietność, a ta jest z natury odporna na różnice w strukturze wieku. W 2017 r. wyniosła 1,45. W 2020 r. było to już 1,38. Rok 2025 zakończyliśmy z wynikiem 1,07. Na świecie nie ma wielu państw w gorszej sytuacji” — pisze „Rzeczpospolita”.
Obecne wyhamowanie spadku liczby urodzin może wynikać z nałożenia się kilku zjawisk: niższej inflacji, stabilizacji po kolejnych kryzysach, wolniejszego wzrostu cen mieszkań i finansowania in vitro. Ale nie tylko.
Za niską dzietnością stoją również coraz mniej liczne roczniki kobiet, odkładanie rodzicielstwa, niestabilność pracy, problemy mieszkaniowe, nierówny podział opieki i trudności w tworzeniu trwałych związków. Spadku urodzeń wśród kobiet przed trzydziestką nie rekompensują późniejsze narodziny.
Niemniej, jak wskazywała w rozmowie z OKO.press prof. Irena E. Kotowska, demografka i członkini Rządowej Rady Ludnościowej, skupienie się tylko na liczbie urodzeń może prowadzić na manowce. — Trzeba dyskutować o tym, jakie będą jakościowe cechy zasobu ludnościowego, którym dysponujemy, a nie skupiać się na tym, ile nas będzie — mówiła pod koniec zeszłego roku prof. Kotowska.
Przeczytaj także:
Polska nadal szybko traci ludność. W pierwszym półroczu zmarło 210,5 tys. osób, a urodziło się 115 tys.; ubytek naturalny wyniósł więc 95,5 tys. Pod koniec czerwca kraj liczył 37,243 mln mieszkańców, o 159 tys. mniej niż rok wcześniej. GUS podaje także, że saldo migracji zagranicznych w I półroczu 2026 roku było dodatnie, ale bez określenia dokładnej wartości.