Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Unia Europejska nie będzie automatycznie przyznawać ochrony czasowej nowo przybyłym Ukraińcom podlegającym obowiązkom wojskowym, jeśli nie udowodnią, że legalnie opuścili kraj albo są z tych obowiązków zwolnieni. Państwa UE uzgodniły nowe zasady 15 lipca. Decyzję musi jeszcze formalnie zatwierdzić Rada UE.
Ograniczenie obejmie wyłącznie osoby, które wystąpią o ochronę po wejściu nowych przepisów w życie. Ukraińcy już objęci ochroną czasową w UE zachowają dotychczasowe prawa.
Zmiana dotyczy przede wszystkim mężczyzn zdolnych do służby wojskowej. Aby otrzymać ochronę, będą musieli okazać dokument potwierdzający legalny wyjazd z Ukrainy. Może to być paszport ze stemplem ukraińskiej straży granicznej albo zaświadczenie o zwolnieniu z obowiązków wojskowych bądź o ich wypełnieniu.
Bez takiego dowodu nowo przybyła osoba nie zostanie automatycznie objęta prawem pobytu i pracy ani dostępem do mieszkania, opieki medycznej i pomocy społecznej wynikającymi z unijnego mechanizmu.
Zmianę wprowadzono na prośbę władz w Kijowie. Ukraina potrzebuje kolejnych żołnierzy do obrony przed rosyjską inwazją. Państwa UE zgodziły się jednocześnie przedłużyć ochronę czasową ukraińskich uchodźców i uchodźczyń spoza grupy mężczyzn objętych obowiązkiem wojskowym do 4 marca 2028 roku. Rada UE ma formalnie przyjąć decyzję w najbliższych tygodniach.
Ukraina wprowadziła stan wojenny 24 lutego 2022 roku, w dniu rozpoczęcia pełnoskalowej rosyjskiej inwazji. Mężczyźni w wieku od 25 do 60 lat, którzy mogą zostać powołani do wojska, z reguły nie mogą opuszczać kraju (przepisy przewidują jednak wyjątki).
Około 1,17 mln dorosłych ukraińskich mężczyzn korzysta obecnie z ochrony czasowej w UE, podaje portal Politico Europe. W 2023 roku ukraińskie media szacowały, że do państw Unii wyjechało około 650 tys. mężczyzn w wieku poborowym.
Unijny mechanizm ochrony uruchomiono w marcu 2022 roku. Zapewnia uchodźcom prawo do legalnego pobytu, pracy, edukacji, opieki medycznej i świadczeń. Na koniec maja 2026 roku korzystało z niego 4,38 mln osób. Dotychczasowe zasady miały wygasnąć 4 marca 2027 roku.
W Polsce zakres pomocy ograniczyła tzw. ustawa wygaszająca, obowiązująca od 5 marca 2026 roku. Uchodźcy zachowali prawo pobytu i pracy, ale dostęp do części opieki medycznej, pomocy mieszkaniowej i świadczenia 800+ uzależniono od aktywności zawodowej.
Wyjątki przewidziano m.in. dla dzieci, kobiet w ciąży i osób w ośrodkach zbiorowego zakwaterowania, aczkolwiek nie wszystkich. Pomocy pozbawi0na została część osób starszych, chorych i opiekujących się dziećmi ze szczególnymi potrzebami.
Przeczytaj także:
Jarosław Kaczyński ogłosił, że przystępuje do budowy paktu senackiego z Markiem Wochem. „To fantastyczna wiadomość, widać, że PiS jest w stanie przyciągnąć bardzo wpływowych ludzi” – szydzi Sławomir Mentzen.
Prezes PiS Jarosław Kaczyński wystąpił w środę na wspólnej konferencji z Markiem Wochem, byłym kandydatem na prezydenta w 2025 roku. Ogłoszono, że między politykami doszło do porozumienia „w celu wspólnego wystąpienia formacji prawicowych w Senacie”.
„Forma tego wystąpienia, czy to będzie bezpośredni sojusz, czy jakiś komitet społeczny, który jakby zainicjuje te wspólne działanie, nie jest w tej chwili jeszcze przesądzona. Tutaj potrzebne są szersze rozmowy (...) Natomiast na pewno musimy się zjednoczyć po to, żeby Senat przestał być miejscem, gdzie dominuje lewica i lewicowi liberałowie” – wyjaśniał Jarosław Kaczyński.
„Pan Tusk, pan Kosiniak-Kamysz, pan Czarzasty i pan Szymon Hołownia dogadują się w tzw. pakcie centrowo-lewicowym (...) logiczną jest ta decyzja, żeby na prawej stronie wszystkie środowiska, które zrozumiały to, co się zadziało w '23 roku, dochodziły do porozumień” – mówił Marek Woch.
Marek Woch to lider Ogólnopolskiej Federacji Bezpartyjni i Samorządowcy (jest to pewnego rodzaju odprysk środowiska Bezpartyjnych Samorządowców), który w 2025 roku startował w wyborach prezydenckich. Woch spośród 13 kandydatów w pierwszej turze zajął 13 miejsce i wyścig zakończył z wynikiem 18 tysięcy głosów, co przełożyło się na 0,09% poparcia.
Po wyborach prezydenckich Marek Woch zaczął zawiązywać sojusze z rozmaitymi środowiskami skrajnej prawicy i prorosyjskimi stowarzyszeniami, o czym na łamach OKO.press pisała Anna Mierzyńska. Zawarł także pakt z Grzegorzem Braunem w sprawie potencjalnego wspólnego startu w 2027 roku.
Przeczytaj także:
To pierwsze tego rodzaju ogłoszenie współpracy Prawa i Sprawiedliwości w ramach tzw. prawicowego paktu senackiego. Najważniejszymi składowymi takiej ewentualnej koalicji były oczywiście dwie Konfederacje — Konfederacja Wolność i Niepodległość Sławomira Mentzena i Krzysztofa Bosaka oraz Konfederacja Korony Polskiej Grzegorza Brauna. Jak na razie nie ma jasnych deklaracji co do takiej współpracy. Największy znak zapytania dotyczy oczywiście formacji samego Brauna, z którym koalicję już kiedyś publicznie wykluczał Jarosław Kaczyński. Politycy Konfederacji WiN nie mówią paktowi senackiemu nie, ale stawiają warunki, m.in. taki, by patronem takiego porozumienia był prezydent Karol Nawrocki.
Sławomir Mentzen zdążył już skomentować ogłoszenie o pakcie Woch-Kaczyński.
„Kaczyński załatwił PiS-owi pakt senacki z Markiem Wochem.
To fantastyczna wiadomość, widać, że PiS jest w stanie przyciągnąć bardzo wpływowych ludzi.
W kolejnym kroku Kaczyński załatwi PiS-owi używaną oponę do Stara. Albo choinkę o zapachu kokosowym do malucha :)” – napisał lider Konfederacji na Twitterze (X).
Głos zabrał także wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz:
„Ostrzegam przed tymi oportunistami w przebraniu. Prawda wychodzi na jaw. Dziś PiS ma twarz Brauna.
Marek Woch, który jeszcze niedawno budował „gaśnicowy front” z Braunem teraz ogłasza start do Senatu z PiSem. To kolejny krok w budowie sojuszu radykałów. PiS = Braun”.
Przeczytaj także:
Najwyższa Izba Kontroli opublikowała 15 lipca raport pokontrolny o warszawskim Szpitalu Południowym. Wykazał on, że lekarze w godzinach pracy zakontraktowanych przez NFZ, na publicznym sprzęcie, przyjmowali prywatnych pacjentów. NIK zidentyfikował też „salonik VIP”
„Warszawski Szpital Południowy nie zawsze prawidłowo prowadził działalność leczniczą” – stwierdziła Najwyższa Izba Kontroli w raporcie na temat Szpitala Południowego. Kontrola objęła lata 2022-2025 i rozpoczęła się jeszcze we wrześniu 2025 roku, czyli na wiele miesięcy przed wybuchem afery w szpitalu po publikacjach Portalu Zero.
NIK nie oceniła Szpitala Południowego ani pozytywnie ani negatywnie, choć zastrzeżeń miała wiele. W zamian wydała ocenę opisową. Czego dotyczyły zastrzeżenia?
Po pierwsze, kontrolerze stwierdzili, że w szpitalu dochodziło do leczenia pacjentów prywatnych w godzinach opłacanych przez NFZ. Dwóch lekarzy realizowało prywatne wizyty nie tylko w należących do szpitala pomieszczeniach, ale też na publicznym sprzęcie oraz w godzinach opłacanych w ramach kontraktu z NFZ.
Co z „salonikiem VIP” opisywanym przez Portal Zero? Raport NIK bezpośrednio się do niego nie odnosi, jednak opisuje pokój oznaczony jako B+1/074, który znajduje się w wydzielonej części jednego z oddziałów. Dostęp do niego możliwy był jedynie po wpisaniu kodu i użyciu karty. Oficjalnie opisany był jako „pokój łóżkowy”, tymczasem NIK stwierdził, że nie było z nim żadnych łóżek, były za to fotele, telewizor, stół, kozetka i aneks kuchenny i z dużym prawdopodobieństwem to właśnie był ów salonik dla VIP-ów.
Dział techniczny szpitala poinformował kontrolerów NIK, że ten specjalny pokój w praktyce wykorzystywany był przez pacjentów komercyjnych.
Przeczytaj także:
Co z płacami w szpitalu? NIK nie opisuje szczegółowo kwestii wysokich kontraktów, w tym tego podpisanego przez szpital z Dawidem Kacprzykiem, od którego cała afera w mediach się zaczęła. Pisze za to o premii w wysokości 532 tys. zł, która miała zostać nienależnie przyznana lekarzowi na kontrakcie. Jak pisze NIK, 30 września 2025 roku szpital wezwał lekarza do zwrotu tych środków, jednak te nie wróciły i na tym tle powstał spór.
Można się jedynie domyślać, że ów spór może dotyczyć dr. Emila Jędrzejewskiego, czyli tzw. sygnalisty, który był w konflikcie z Dawidem Kacprzykiem i to on w Kanale Zero opowiadał o wstrząsających praktykach w Szpitalu Południowym. Media informowały, że Jędrzejewski rzeczywiście jest w sporze ze szpitalem, który żąda od niego zwrotu około 0,5 mln zł, lekarz zaś uważa, że to szpital jest mu winien ponad 1 mln zł.
Co jeszcze raportuje NIK? Zdaniem Izby w Szpitalu Południowym nierzetelnie sporządzano dokumentację medyczną, która była niekompletna. Zastrzeżenia dotyczyły też gospodarowania sprzętem medycznym — poszukiwano na przykład wanny porodowej, która ostatecznie odnalazła się w okolicy Zakładu Badań Pośmiertnych.
Do tego stwierdzono nadmierne obciążenie personelu szpitala, co stwarzało ryzyko dla pacjentów. Według raportu jeden z lekarzy przepracował w marcu 2023 roku łącznie ponad 304 godziny, a jedna z pielęgniarek pracująca jednocześnie w kilku komórkach szpitala – 249 godzin.
Dodatkowo wiele było nieścisłości dotyczących personelu medycznego. Na niektórych oddziałach pracowało znacznie mniej osób, niż szpital zgłaszał do NFZ, a różnice były duże. Przykładowo na Oddziale Chirurgii Ogólnej i Proktologicznej w marcu 2023 r. nie pracowało 57 pracowników medycznych ze 104 zgłoszonych do NFZ.
Były też sytuacje odwrotne, kiedy do NFZ nie zgłoszono lekarzy i pielęgniarek, którzy faktycznie pracowali na oddziałach. Przykładowo na Oddziale Chorób Wewnętrznych i Geriatrii w marcu 2023 roku pracowało 17 osób niezgłoszonych do NFZ.
Zarzuty NIK dotyczyły również tego, że pacjenci planowi było rejestrowani przez SOR, stan niektórych pomieszczeń był niewłaściwy, dopatrzono się też nieprawidłowości w ewidencji i przeglądach sprzętu.
Przeczytaj także:
Omawiana kontrola NIK rozpoczęła się jeszcze przed wybuchem afery w Szpitalu Południowym, jednak po medialnych publikacjach wiele innych organów rozpoczęło własne kontrole.
Kontrolę wszczął NFZ, nieprawidłowości analizuje Naczelna Izba Lekarska oraz Państwowa Inspekcja Pracy.
Prokuratura 22 czerwca wszczęła dwa odrębne postępowania w związku z aferą w Szpitalu Południowym. Pierwsze dotyczy lekarza Dawida Kacprzyka w związku z tym, że miał doprowadzić do niekorzystnego rozporządzenia mieniem szpitala na kwotę 558 tys. zł. Drugie — warszawskiego ratusza.
Dodatkowo prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski odwołał radę nadzorcza Warszawskiego Szpitala Południowego oraz jego zarząd. Zaś 3 lipca w związku z sytuacją w Szpitalu Południowym dwie wiceprezydentki Warszawy – Renata Kaznowska i Aldona Machnowska-Góra – podały się do dymisji.
Przeczytaj także:
Rafał Trzaskowski musiał wybrać nowe zastępczynie po trzęsieniu ziemi w ratuszu w związku z aferą w Szpitalu Południowym. „Przed nami jeden cel: odbudować zaufanie” – deklarował prezydent Warszawy
15 lipca prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski ogłosił nazwiska nowych wiceprezydentek. Obie są wieloletnimi urzędniczkami, a nie polityczkami Koalicji Obywatelskiej.
Magdalena Młochowska, która w ratuszu pracuje od 2013 roku i do tej pory była dyrektorką ds. zielonej Warszawy, zajmie się polityką mieszkaniową. „To obszar, który dobrze znam, byłam dyrektorką biura polityki mieszkaniowej. To element polityki społecznej. Bo np. w TBS są placówki społeczno-wychowawcze, a rewitalizacja to lepszy zasób mieszkaniowy, ale i wysoka jakość przestrzeni publicznych” – mówiła Młochowska podczas konferencji prasowej.
Opiekę nad ochroną zdrowia przejmie Izabela Marcewicz-Jendrysik – dotychczasowa dyrektorka Narodowego Instytutu Geriatrii, Reumatologii i Rehabilitacji. Jak mówiła, zgodziła się na objęcie nowej funkcji, bo jest „idealistką, która zawsze stawia interes pacjenta na pierwszym miejscu”.
„Spotykamy się w okolicznościach bardzo trudnych dla sfery zdrowia, nie tylko w Warszawie, ale i w ogólnopolskiej. Doczekaliśmy kryzysu. Paradoksalnie: to bardzo bolesne, czego doświadczamy, natomiast kryzys może być dźwignią do zmian, stymulacją do zatrzymania się i zredefiniowania priorytetów” – mówiła Marcewicz-Jendrysik.
Sam prezydent Warszawy swój wybór motywował wysokimi kompetencjami i doświadczeniem obu wiceprezydentek, które pracę zaczną wraz z końcem lipca. „Są związane z Warszawą, znają nasze priorytety, wiedzą, jak funkcjonuje ratusz. Pozwoli to przejść od razu do wytężonej pracy” – deklarował Trzaskowski. „Przed nami jeden cel: codzienną pracą służyć mieszkankom i mieszkańcom, odbudować zaufanie dla naszych polityk, dla warszawskiego systemu ochrony zdrowia” – dodał.
Trzaskowski poinformował też, że we wszystkich miejskich szpitalach, nie tylko w Szpitalu Południowym, prowadzone są audyty.
3 lipca Rafał Trzaskowski nieoczekiwanie ogłosił, że dwie poprzednie wiceprezydentki złożyły dymisję. Renata Kaznowska, która w ratuszu pracowała od 30 lat, straciła stołek, bo nadzorowała obszar zdrowia. Co więcej, miała bronić Dawida Kacprzyka, młodego lekarza związanego z KO, od którego zaczęła się afera w Szpitalu Południowym, w konflikcie z byłym ordynatorem Emilem Jędrzejewskim, czyli sygnalistą portalu Zero. Za to Machnowska-Góra była członkinią rady nadzorczej w Szpitalu Południowym i choć praktycznie niczego nie nadzorowała, „dwie dymisje brzmią lepiej niż jedna”.
Decyzja miała więc wymiar polityczny: chodzi o uratowanie wizerunku samego prezydenta Warszawy, jak i całej partii. Jak pisała w OKO.press Agata Szczęśniak, Trzaskowski zrobił to, czego nie robi premier Donald Tusk.
„W sytuacji, gdy poszkodowani są ludzie (tu: pacjenci szpitala i wszyscy podatnicy, którzy, jak się okazało, sfinansowali Porsche Dawida Kacprzyka), dymisja polityka nie ma charakteru wyłącznie PR-owego. Po prostu za czyny lub zaniechania ponosi się polityczną odpowiedzialność. To oczekiwanie podstawowej sprawiedliwości, którego władze miasta nie zaspokajały. Nie zaspokajał go też Tusk i na razie wciąż tego nie robi, przenosząc odpowiedzialność za skandaliczne wydarzenia na lekarzy” – pisała nasza dziennikarka.
Przeczytaj także:
Jednym z głównych wątków afery w warszawskim Szpitalu Południowym było stworzenie nieformalnej ścieżki obsługi dla polityków i ich rodzin, obejmującej specjalny salonik VIP oraz dostęp do świadczeń medycznych bez kolejki. Sprawa doprowadziła do kontroli, śledztwa oraz zapowiedzi zmian organizacyjnych w stołecznych szpitalach.
Afera w Szpitalu Południowym wywołała również szerszą dyskusję dotyczącą funkcjonowaniu publicznej ochrony zdrowia. Chodzi m.in. o wysokie zarobki części lekarzy pracujących na kontraktach, łączenie kilku etatów, ograniczanie podaży nowych lekarzy oraz zasady finansowania świadczeń. Rząd przygotował przepisy, które mają umożliwić zbieranie danych o łącznych wynagrodzeniach lekarzy z różnych miejsc pracy oraz wprowadzić limity stawek godzinowych w publicznych placówkach.
Przeczytaj także:
54-latek, który w miejskim autobusie w Bielsku-Białej zwyzywał 11-letnie dziewczynki oraz popchnął jedną z nich, otrzymał zarzuty. Prokuratura przekazuje, że „wyraził żal”. Do sprawy odniósł się Ambasador Ukrainy w Polsce. „Każdy, kto ma odwagę powiedzieć ”dość„ nienawiści, czyni nasze społeczeństwo silniejszymi” – powiedział w nagraniu.
Mężczyźnie przedstawiono zarzut popełnienia przestępstwa z art. 257 kodeksu karnego, polegającego na publicznym znieważeniu z powodu ich przynależności narodowej.
Jak informuje Małgorzata Moś-Brachowska, rzecznik prasowa Prokuratury Okręgowej w Bielsku-Białej, śledczy pod lupę wzięli nie tylko wyzwiska kierowane w stronę 11-latek, ale i popchnięcie jednej z nastolatek, co uznano na naruszenie nietykalności cielesnej. „Podejrzany przyznał się do popełnienia zarzucanego mu przestępstwa i złożył obszerne wyjaśnienia, w których wyraził żal za swoje zachowanie” – przekazuje rzeczniczka.
Mężczyzna jest pod nadzorem policji, ma zakaz kontaktowania się z dziewczynkami, nie może również pojawić się w odległości mniejszej niż 50 metrów od nich.
"Są zasady, które stanowią fundament każdego demokratycznego społeczeństwa. Nie podlegają one negocjacjom, ani politycznym sporom.
Nikt nie ma prawa poniżać, zastraszać ani okazywać agresji wobec drugiego człowieka. A gdy agresja wymierzona jest w dziecko, zostają przekroczone wszelkie granice" – tymi słowami Wasyl Bodnar, Ambasador Ukrainy w Polsce rozpoczął nagranie, w którym dziękuje polskim władzom i służbom za zdecydowaną reakcję w sprawie pasażera autobusu [a jak się później okazało, kierowcy Miejskiego Zakładu Komunikacyjnego przebywającego na zwolnieniu lekarskim] w Bielsku-Białej, który zwyzywał i zaatakował 11-latki z Ukrainy.
„To historia o człowieczeństwie, empatii i zdrowej reakcji społeczeństwa” – zaznaczył Bodnar. „Kiedy jedna z pasażerek stanęła w obronie ukraińskiej dziewczynki, zrobiła coś więcej, niż tylko zareagowała. Pokazała temu dziecku, że nie jest ono samo. (...) Nie pozwoliła, by obojętność zwyciężyła. Kiedy kierowca autobusu usłyszał krzyki i natychmiast podjął interwencję, a następnie na najbliższym przystanku wyprosił agresywnego pasażera z autobusu, pokazał, że odpowiedzialność ma realny wymiar – stanął w obronie dziecka” – podniósł Ambasador.
Dyplomata podziękował władzom i służbom za błyskawiczną i zdecydowaną reakcję. Odniósł się również do świadków zdarzenia – zwracając uwagę, że ich postawa miała tu znaczenie niebagatelne.
„Chcę z całego serca podziękować wszystkim Polakom, którzy nie pozostają obojętni. Wszystkim, którzy są gotowi stanąć w obronie drugiego człowieka, niezależnie od jego narodowości. Wszystkim, którzy nie milczą, gdy krzywdzony jest słabszy. I wszystkim, którzy pokazują, że ludzka solidarność jest większa od nienawiści i agresji. Każdy, kto ma odwagę powiedzieć ”dość„ nienawiści, czyni nasze społeczeństwo silniejszymi” – przypomniał Wasyl Bodnar.
W sobotę, 11 lipca, w bielskim autobusie linii numer 8, 54-letni mężczyzna zaatakował dwie młode dziewczynki z Ukrainy. Na nagraniu, które trafiło do sieci, słychać jak dorosły mężczyzna kieruje w stronę 11-latek wulgarne i nienawistne słowa.
„Gówniary wyrosły na naszych pieniądzach. To się skończy niedługo. Będziecie wyp****ć na swoją Ukrainę” – mówi.
Jedna z dziewczynek pyta: „Po co pan tak mówi do mnie?”
– „Ja wiem, gdzie ty mieszkasz! Znasz cię, kur!”** – odpowiada agresor.
– „Gdzie?” – dopytuje dziewczynka.
– „Gdzie? Na Ukrainie!”
– „Nie, ja mieszkam w Polsce” – odpowiada nastolatka.
– „Nie pyskuj, nie pyskuj!” – słyszy w odpowiedzi.
Gdy jedna z pasażerek interweniuje, mężczyzna zwraca się w jej stronę ze słowami: „Nie dotykać? A ty co? Sama jesteś ukraińską kur. Wypie****** z tego kraju”.
Sprawcą ataku na Ukrainki był kierowca Miejskiego Zakładu Komunikacyjnego w Bielsku-Białej, który od dłuższego czasu przebywał na zwolnieniu chorobowym. Bielski przewoźnik już poinformował, że mężczyzna został zwolniony z pracy. „Nie ma i nie będzie naszej zgody na jakiekolwiek przejawy agresji, przemocy czy dyskryminacji. W związku z tym podjęliśmy decyzję o zakończeniu współpracy z tym pracownikiem. MZK w Bielsku-Białej oraz Miasto Bielsko-Biała stanowczo potępiają wszelkie zachowania motywowane nienawiścią i uprzedzeniami. Wspólnie z Prezydentem Miasta Bielska-Białej skontaktujemy się z osobami poszkodowanymi, aby omówić możliwe formy wsparcia oraz zadośćuczynienia” – ogłosiła w poniedziałek miejska spółka.
W odpowiedzi na falę internetowych komentarzy, które usprawiedliwiają postawę 54-latka i próbują relatywizować skandaliczną postawę mężczyzny, bielski MZK opublikował kolejne oświadczenie, w którym analizuje całe zajście, na podstawie zapisu monitoringu. Z nagrania bezsprzecznie wynika, że jedna z poszkodowanych wyłożyła nogi w kierunku swojej koleżanki, siedzącej na fotelu niżej. „Sytuacja ta – jakkolwiek odstępująca od przyjętych standardów – w ocenie spółki nie odbiegała od zachowań, które na co dzień można obserwować wśród młodzieży podróżującej naszymi autobusami. Ponadto z analizy monitoringu wynika, że sytuacja ta nie zakłócała komfortu podroży innych pasażerów, gdyż młode pasażerki głównie były zajęte korzystaniem z telefonów komórkowych” – przekazuje spółka.
I dodaje, że sprawca podszedł do poszkodowanych, zwrócił im uwagę, co spowodowało natychmiastowe przełożenie nóg na podłogę. „Z dalszej analizy monitoringu wynika, iż taka sytuacja trwała przed dłuższą chwile, a sprawca przyglądał się pokrzywdzonym bez żadnych towarzyszących reakcji. Po dłuższej chwili widać, iż niepowodowany żadnym zachowaniem sprawca zaczyna impulsywnie reagować, używając przekleństw i okrzyków” – relacjonuje MZK.
Historia z Bielska-Białej to kolejny atak na ukraińskich nastolatków w ostatnich tygodniach. Na początku lipca we Wrocławiu został zaatakowany 19-latek z Ukrainy chwilę po tym, jak rozmawiał z mamą przez telefon po ukraińsku. Chłopak ma złamany nos, uszkodzony kręgosłup.
Przeczytaj także:
26 czerwca 14-letni Dawid został zaatakowany na przystanku autobusowym, gdy wracał z kolegami znad Jeziorka Czerniakowskiego w Warszawie. Rówieśnik poprosił Dawida, żeby ten pokazał mu na hulajnodze różne sztuczki. Po tym, jak chłopak odmówił, w jego kierunku padły „słowa pełne nienawiści na tle narodowościowym”. Dalej – jak relacjonowało TOK FM – prawdopodobnie wtrącił się ojciec chłopca. Miał uderzyć 14-letniego Ukraińca pięścią w twarz. Chłopak miał podbite oko, siniaki na rękach i twarzy.
Przeczytaj także:
Na początku maja w Warszawie ofiarą napaści padł 16-letni Artem, który z czwórką przyjaciół spacerował po Moście Świętokrzyskim. Nastolatka zaatakowało około dziesięciu Polaków. Nie spodobało się im, że rozmawiali w swoim języku. Artem trafił do szpitala. Był operowany. Miał pękniętą czaszkę, zmasakrowaną twarz i bóle głowy.
„Niemal codziennie dochodzi w Polsce do aktów agresji słownej i fizycznej wymierzonych w Ukraińców oraz obywateli Polski wspierających Ukrainę. Dzieje się to na ulicach i w Sejmie. Kłamliwą kampanię antyukraińską nacjonaliści rozpętali w mediach społecznościowych i w sympatyzujących z nią mediach tradycyjnych. Kampania ta narusza polskie prawo i dewastuje debatę publiczną. Co gorsza, pod naporem tej brudnej fali, rządzący odbierają ukraińskim uchodźcom świadczoną im wcześniej pomoc państwową. Stosują nieproporcjonalne kary za wykroczenia popełniane przez Ukraińców. Współtworzą atmosferę zagrożenia dla 200 tys. ukraińskich dzieci w polskich szkołach” – podniósł polski PEN Club w oświadczeniu opublikowanym 15 czerwca. I dodali:
Wzywamy polskie władze i wszystkich ludzi dobrej woli, aby wspólnym wysiłkiem państwa i społeczeństwa obywatelskiego skuteczniej bronić społeczność ukraińską w Polsce przed nacjonalistyczną kampanią kłamliwych oskarżeń, niechęci i uprzedzeń.
Przeczytaj także: