0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Ilustracja: Iga Kucharska / OKO.pressIlustracja: Iga Kuch...

Krótko i na temat: najnowsze wiadomości z Polski i ze świata

Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny

Google News

14:26 18-07-2026

Prawa autorskie: Foto Andrew Harnik / Getty Images via AFPFoto Andrew Harnik /...

Trump chce 100 tys. dol. za pierwszeństwo w czytaniu jego postów

Firma zarządzająca platformą Truth Social 1 sierpnia uruchamia nową usługę – API Truth. Miesięczny abonament w wysokości 100 tys. dol. ma dawać użytkownikowi pierwszeństwo w otrzymywaniu wpisów 10 najpopularniejszych kont. W praktyce firmy z Wall Street będą mogły przed innymi poznać decyzje Trumpa, które trzęsą rynkami

Co się wydarzyło?

Trump Media & Technology Group, właściciel platformy Truth Social, planuje sprzedawać firmom inwestycyjnym i inwestorom z Wall Street szybszy dostęp do informacji publikowanych przez prezydenta USA w należących do niego social mediach.

Usługa, która ma ruszyć 1 sierpnia pod nazwą API Truth, oferowana jest za 100 tys. dol. miesięcznie — informuje Reuters na podstawie pozyskanych samodzielnie informacji. Oficjalnie cennik nie jest bowiem znany, a rozmowy z potencjalnymi klientami są tajne.

Osoby zaznajomione ze sprawą twierdzą, że Trump Media przedstawiło również plan miesięczny za kwotę 60 tys. dol., jeśli klient podpisze umowę z góry na trzy lata.

W zamian użytkownik otrzyma dostęp do wpisów z 10 najbardziej wpływowych kont Truth Social na chwilę przed tym, jak zostaną one oficjalnie opublikowane w internecie.

W praktyce oznacza to, że banki, firmy inwestycyjne i inne bogate podmioty z Wall Street mogą sobie kupić przewagę informacyjną, na której będą mogły zarabiać fortuny. Najpopularniejsze konta na Truth Social należą bowiem do samego prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa, jego rodziny i wpływowych zwolenników. A to oznacza, że posty przez nich publikowane wpływają na światowe rynki.

Przeczytaj także:

Jaki jest kontekst?

Trump Media mierzy się z potężną konkurencją innych mediów społecznościowych i niekoniecznie z nimi wygrywa. W tym roku akcje TMTG straciły na amerykańskiej giełdzie już ok. 27 proc. – zaznacza Reuters. Obecna wycena rynkowa spółki to ok. 2,7 mld dol.

A jednocześnie jasne jest, że posty Donalda Trumpa w mediach społecznościowych często wywołują zmiany na rynkach. Zmiany, na których można zarobić, jeśli przewidzi się je wcześniej. Stąd pomysł na uruchomienie nowej usługi API Truth, która da możliwość zarabiania na postach amerykańskiego prezydenta.

Przypomnijmy choćby 9 kwietnia 2025 roku, gdy główne indeksy giełdy Wall Street zaczęły gwałtownie rosnąć po tym, jak Trump w poście na portalu Truth Social ogłosił, że wstrzyma wiele nowych ceł na 90 dni.

Zdaniem agencji Reuters, w tej sytuacji dostęp do interfejsu API Truth może być niezbędny dla firm zajmujących się handlem wysokich częstotliwości, bo nawet przewaga informacyjna rzędu zaledwie kilku milisekund może przełożyć się na zyski rzędu setek tysięcy dolarów z dużych transakcji.

Ten pomysł biznesowy jednak wzbudza szerokie oburzenie nie tylko wśród Demokratów. Donald Sherman, prezes bezpartyjnej organizacji Citizens for Responsibility and Ethics w Waszyngtonie uważa, że to „całkowicie nieetyczne”. Jednocześnie trudno stwierdzić, czy jest to nielegalne.

Przypomnijmy, że to nie pierwszy przypadek, kiedy Donald Trump i jego rodzina powiększają swoje fortuny, czerpiąc zyski z polityki ogłoszonej przez jego administrację. Z niedawno opublikowanych oświadczeń majątkowych wynika, że w 2025 roku rodzina Trumpa zarobiła na kryptowalutach 1,4 mld dol. A zyski te zostały wygenerowane właśnie w związku z decyzjami administracyjnymi prezydenta dotyczącymi kryptoaktywów.

Przeczytaj także:

13:23 18-07-2026

Prawa autorskie: Fot. Rafał Szczepankowski / Agencja Wyborcza.plFot. Rafał Szczepank...

Prezydent wraca do bitwy o ETS. Kolejny wniosek o referendum

Komisja Europejska zaprezentowała w piątek propozycje reformy ETS. To „pozorna korekta” – uważa Pałac Prezydencki. I zapowiada: w najbliższym tygodniu koleiny wniosek o ogólnokrajowe referendum dotyczące unijnej polityki klimatycznej

Co się wydarzyło?

W piątek Komisja Europejska przedstawiła długo oczekiwane propozycje dotyczące reformy systemu handlu uprawnieniami do emisji (ETS). Szef Gabinetu Prezydenta RP Paweł Szefernaker oświadczył w sobotę 18 lipca na platformie X, że przedstawione założenia to tylko „pozorna korekta”.

Dlatego zapowiedział, że w nadchodzącym tygodniu prezydent ponownie złoży do Senatu wniosek o referendum w sprawie przyszłości unijnej polityki klimatycznej.

Polityk przypomniał również, że Karol Nawrocki ma swój pomysł na reformę systemu ETS.

„Większość rządząca odrzuciła tę inicjatywę, przekonując, że nie jest ona potrzebna, ponieważ rząd wynegocjuje w Brukseli rozwiązania odpowiadające polskim interesom. Dziś znamy już efekty tych zapowiedzi” – napisał Szefernaker w social mediach.

Podkreślił, że owe efekty to zaproponowane przez Komisję Europejską 10 mld euro ulg dla całego unijnego przemysłu do 2030 roku, podczas gdy dotąd tylko polskie firmy otrzymywały około 3 mld euro darmowych uprawnień rocznie.

Szef Gabinetu Prezydenta wyliczał, że do 2034 roku koszt wygaszenia tych uprawnień dla polskiej gospodarki może wynieść nawet 13 mld euro. A to — jego zdaniem — oznacza, że jeden kraj poniesie większe straty niż wartość ulg przewidzianych dla wszystkich państw Unii.

Szefernaker nie tylko krytykuje propozycje KE jako szkodliwe dla Polski, ale również podkreśla, że UE potrzebuje zupełnie nowej polityki przemysłowej, która pozwoliłaby odbudować konkurencyjność gospodarki. Ta konkurencyjność, zdaniem polityka, została osłabiona właśnie przez rosnące koszty wynikające z dotychczasowego modelu polityki klimatycznej.

Do propozycji KE już w piątek odniósł się również premier Donald Tusk. Stwierdził, że „po raz kolejny Polska otrzymała pozytywną odpowiedź na swoje oczekiwania, aby pewne regulacje UE były bardziej sprzyjające dla kraju". Według premiera teraz Polska ma jeszcze bardziej uprzywilejowaną pozycję w tym względzie.

Jednocześnie dodał, że w sprawach polityki klimatycznej trzeba mierzyć siły na zamiary.

„O tym mówiliśmy od samego początku, Polska nie będzie respektowała tej pierwotnej wersji ETS-u, cały czas skutecznie zmieniamy pewne zapisy tak, aby Polska była w lepszej sytuacji niż inne kraje. Czy mamy większość w UE taką, która może wywrócić do góry nogami cały projekt? Wątpię. Natomiast ja się koncentruję na tym, w jaki sposób bronić maksymalnie skutecznie polskich interesów w ramach tego, co w tej chwili mamy” – powiedział premier.

Przeczytaj także:

Jakich zmian chce KE?

Jakie dokładnie reformy zaproponowała w piątek 17 lipca Komisja Europejska w zakresie ETS na najbliższą dekadę?

  • zobowiązanie państw członkowskich do przeznaczania co najmniej połowy przychodów z aukcji ETS na inwestycje w dekarbonizację. Według szacunków KE dziś na ten cel trafia tylko 5 proc. środków;
  • zwiększenie liczby darmowych uprawnień dla przemysłu do 2030 roku (żeby zapobiec przenoszeniu produkcji poza granice Unii). W latach 2026–2030 do systemu trafią darmowe uprawnienia o wartości 6 mld euro, a po 2030 roku tempo redukcji darmowych uprawnień zostanie spowolnione – z 2,5 do 2 proc. Rocznie. Co istotne, darmowe uprawnienia będą przyznawane jedynie pod warunkiem przedstawienia i realizacji planów dekarbonizacji;
  • Zmiany w Funduszu Modernizacyjnym – skala wsparcia będzie mniejsza, ale KE zapowiada utrzymanie instrumentów solidarnościowych dla krajów o niższych dochodach. Po 2030 roku pierwsze 10 proc. uprawnień z aukcji ma być zarezerwowane dla 16 państw, w tym dla Polski. Tu jednak znów postawiony jest warunek: przeznaczenie środków na zielone inwestycje;
  • spowolnienie tempa redukcji liczby uprawnień dostępnych na aukcjach po 2030 roku;
  • Utrzymanie zasady „kto emituje, ten płaci”, ale dodanie do niej jednocześnie wynagrodzenia za zmniejszanie ilości swoich emisji.

To jedynie propozycje, natomiast ostateczny kształt reformy systemu ETS zostanie ustalony przez Radę UE i Parlament Europejski.

Przeczytaj także:

Jaki jest kontekst?

To nie pierwszy wniosek prezydenta Nawrockiego o referendum w sprawie systemu ETS. Pierwszy złożył w maju 2026 r. i chciał, by referendum odbyło się 27 września.

Senat jednak wniosek prezydenta odrzucił 20 maja głosami 62 senatorów. Przypomnijmy, że według Konstytucji to prezydent zarządza ogólnokrajowe referendum, ale potrzebuje do tego zgody Senatu wyrażonej bezwzględną większością głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby senatorów.

Ta pierwsza próba zarządzenia referendum w sprawie ETS wywołała ogólnokrajowa dyskusję skupiającą się na brzmieniu pytania referendalnego. Prezydentowi zarzucano próbę manipulowania wynikami ewentualnego głosowania poprzez zawarcie tezy w pytaniu.

Według majowego wniosku prezydenta pytanie zadane w referendum miało brzmieć:

„Czy jest Pani/Pan za realizacją polityki klimatycznej, która doprowadziła do wzrostu kosztów życia obywateli, cen energii i prowadzenia działalności gospodarczej i rolniczej?”

Paweł Szefernaker, informując w sobotę, że prezydent w ciągu kilku dniu ponownie złożył do Senatu wniosek o referendum, napisał:

„Tym razem Senat nie zasłoni się ‘tezą’ w pytaniu referendalnym. Oczekujemy, że dopuści do rzetelnej debaty i umożliwi Polakom wypowiedzenie się w tej fundamentalnej dla przyszłości polskiej gospodarki i bezpieczeństwa energetycznego sprawie.”

Przeczytaj także:

11:53 18-07-2026

Prawa autorskie: fot. Special Kherson Cat/Xfot. Special Kherson...

Nocny atak dronów. Największy rosyjski marketplace w ogniu

Ukraińskie drony zaatakowały w sobotę 18 lipca nad ranem wiele obiektów logistycznych i energetycznych w Rosji oraz Krym. Doszło do pożarów w centrum logistycznym Wildberries – największego rosyjskiego marketplace oferującego sprzedaż internetową, oraz bazy ropy naftowej w Nogińsku w obwodzie moskiewskim

Co się wydarzyło?

Nad ranem 18 lipca ukraińskie drony wzięły za cel obiekty logistyczne i energetyczne w Rosji w obwodach moskiewskim i tambowskim. Są zabici i poważnie ranni.

W obwodzie tambowskim atak dronów wywołał pożar w kompleksie logistycznym Wildberries w Kotowskim Parku Przemysłowym.

Wildberries to największy rosyjski marketplace oferujący sprzedaż internetową towarów, a firma posiada rozległą sieć centrów logistycznych i magazynów zarówno w Rosji, jak i wielu innych krajach. Zaatakowany w sobotę nad ranem magazyn Wildberries w mieście Kotowsk rozpoczął działalność zaledwie w 2025 roku — pisze portal Kyiv Post.

Władze obwodu tambowskiego poinformowały, że w wyniku uderzenia dronów w Kotowsku zginęło siedmiu pracowników firmy Wildberries pracujących na nocnej zmianie.

Według najnowszych doniesień rannych zostało 25 osób, z czego 23 trafiły do szpitala. Większość z nich odniosła rany odłamkowe, jedna osoba jest w stanie krytycznym, a sześć w ciężkim.

Drugi poważny pożar po ataku drona wybuchł w innym magazynie Wildberries w Elektrostalu, 50 kilometrów od Moskwy. Ten obiekt z kolei jest drugim co do wielkości obiektem logistycznym firmy pod względem wolumenu przetwarzanych zamówień.

Dyrektor generalna Wildberries Tatyana Kim skomentowała ataki na magazyny Wildberries tak:

„Straszna noc, straszne wydarzenia dla naszej firmy i dla naszego kraju. Ten ból jest niewysłowiony. Składam kondolencje wszystkim rodzinom i przyjaciołom ofiar. Z pewnością pomożemy ich rodzinom. Zapewnimy poszkodowanym wszelkie niezbędne wsparcie” – napisała na swoim kanale na Telegramie.

Dyrektor generalna jednak zupełnie nie odniosła się do tego, czy platforma zapewni pomoc sprzedawcom, których towary zostały zniszczone w ataku.

Jak zauważa niezależny portal Meduza, zaledwie na początku lipca Wildberries dodało do swojej umowy ze sprzedawcami klauzulę zwalniającą platformę z odpowiedzialności za niewypełnienie zobowiązań w przypadku ataku drona.

W obwodzie moskiewskim sobotniej nocy doszło do jeszcze jednego bardzo poważnego pożaru wywołanego atakiem dronowym. Chodzi o pożar w złożu ropy naftowej w Nogińsku — to zaledwie 10 kilometrów od Elektrostalu. Jest to baza działająca jako niezależny operator rynku paliw. Zajmuje się magazynowaniem i przesyłem lekkich produktów naftowych, takich jak benzyna, olej napędowy i nafta.

Obiekt pełni funkcję węzła logistycznego dla handlowców i firm paliwowych w obwodzie moskiewskim, a na jego terenie znajdują się 24 zbiorniki o łącznej pojemności 11 500 metrów sześciennych.

Meduza pisze, że dym z płonących budynków w obwodzie moskiewskim był widoczny z odległości 50 kilometrów.

Z powodu pożaru w bazie paliwowej, ze względów bezpieczeństwa ewakuowano pobliski szpital położniczy — poinformował gubernator obwodu moskiewskiego Andriej Worobjow.

Jak podał gubernator, bilans w obwodzie moskiewskim jest taki: jedna z ofiar w Elektrostalu zmarła w wyniku odniesionych obrażeń. Łącznie rannych zostało 37 osób: osiem jest w stanie ciężkim, 23 w stanie średnim, a pięć w stanie zadowalającym.

Ostatniej nocy przeprowadzono też skoordynowane ataki na okupowanym Krymie, gdzie doszło do wielu eksplozji. Kanał Krymski Weter zgłosił ponad 20 eksplozji w pobliżu lotniska wojskowego Gwardiejskoje, a także eksplozje w Sewastopolu, Teodozji i Kerczu. Doniesienia wskazywały, że celem ataku mogła być elektrownia cieplna w Bałakławie.

Jaki jest kontekst?

Ministerstwo Obrony Rosji poinformowało, że w nocy z 17 na 18 lipca systemy obrony powietrznej przechwyciły i zniszczyły 379 ukraińskich dronów nad 19 regionami Rosji, anektowanym Krymem oraz wodami Morza Azowskiego i Czarnego.

Z drugiej strony tej nocy siły rosyjskie atakowały Ukrainę — użyto siedmiu pocisków i 90 dronów różnego typu. Głównym kierunkiem ataku był obwód odeski.

Według Sił Powietrznych Ukrainy Rosja wystrzeliła m.in. dwie rakiety balistyczne Iskander-M. Zarejestrowano trafienia pocisków rakietowych i 19 dronów uderzeniowych w 19 lokalizacjach, a także odłamki zestrzelonych celów w pięciu lokalizacjach — informuje portal pravda.com.

Przeczytaj także:

10:23 18-07-2026

Prawa autorskie: (Photo by Tetiana DZHAFAROVA / AFP)(Photo by Tetiana DZ...

10 tys. ludzi na ulicach Kijowa. Protesty w obronie Ferodowa

Na placu Iwana Franki w Kijowie, w pobliżu Kancelarii Prezydenta Zełenskiego w piątek wieczorem zebrało się co najmniej 10 tys. ludzi. Skandowali: „Fedorow!”, „Przywrócić!”, „Hańba!” i śpiewali hymn Ukrainy. To już drugi dzień protestów po decyzji prezydenta Zełenskiego o zdymisjonowaniu Mychajła Fedorowa ze stanowiska ministra obrony Ukrainy

Co się wydarzyło?

Od czwartku w Ukrainie trwają protesty społeczne przeciwko decyzji Wołodymyra Zełenskiego o dymisji Mychajła Fedorowa – najmłodszego ministra obrony w historii tego kraju. Decyzja ta zapadła w środę 15 lipca.

35-letni Fedorow był zwolennikiem prowadzenia wojny z użyciem zaawansowanych technologii. Jego odwołanie ma związek z tym, że był skonfliktowany z naczelnym dowódcą Sił Zbrojnych Ukrainy, generałem Ołeksandrem Syrskim.

W piątek 17 lipca na ulice Kijowa wyszło co najmniej 10 tys. ludzi w obronie Fedorowa, żądając jego przywrócenia na stanowisko – podała agencja Interfax-Ukraina. Tym razem jednak, w przeciwieństwie do czwartkowych demonstracji, protestujący znacznie silniej akcentowali żądanie dymisji Ołeksandra Syrskiego.

Na placu Iwana Franki w pobliżu Biura Prezydenta Wołodymyra Zełenskiego w piątkowy wieczór widać było liczne transparenty z hasłami:

„Armia bez przekrętów”, „Mój mąż nie walczy o to”, „Zniszczyliście szansę na reformę armii”, „Walczcie z wrogiem, a nie ze zdrowym rozsądkiem”, „My też mamy konflikt z Syrskim”.

Protesty odbywały się także Lwowie, Charkowie, Połtawie, Łucku, Dnieprze, Zaporożu, Odessie, Mikołajewie, Iwano-Frankowsku, Czernihowie i Krzywym Rogu. I to mimo, że właśnie w piątek doradca prezydenta Zełenskiego ds. komunikacji Dmytro Łytwyn poinformował, że Zełenski i Fedorow są zainteresowani dalszą wspólną pracą w jednym zespole.

Przeczytaj także:

Jaki jest kontekst?

„Ci dwaj nie potrafili ze sobą współpracować. Prezydent w czasie wojny nie powinien stawać przed takimi wyborami. Chcę jedności, ale strony nie potrafiły jej osiągnąć. Odmówili nawet zasiadania przy tym samym stole beze mnie. Musiałem dokonać wyboru. Szanuję obu” — powiedział prezydent Zełenski podczas konferencji prasowej w Kijowie w czwartek 16 lipca.

Tak prezydent Ukrainy tłumaczy swoją decyzję o dymisji Mychajła Fedorowa. Wybrał naczelnego dowódcę Sił Zbrojnych Ukrainy, generała Ołeksandra Syrskiego.

Fedorow był ministrem obrony Ukrainy zaledwie pół roku, został powołany na to stanowisko 14 stycznia 2026 roku. Wcześniej pełnił funkcję pierwszego wicepremiera i ministra transformacji cyfrowej Ukrainy. Postrzegany był jako jeden z najbliższych współpracowników prezydenta Zełenskiego.

Ta decyzja nie spodobała się tylko ukraińskiemu społeczeństwu. Politico zwraca uwagę, że również sojusznicy z NATO i UE są zaniepokojeni.

Dyplomata z NATO cytowany przez Politico twierdzi, że członkowie sojuszu byli „bardzo zaskoczeni” odwołaniem Fedorowa i że nie była to mądra decyzja.

„Bardzo go lubiliśmy, spisał się świetnie. Nie spodziewałem się tego” – powiedział anonimowo dyplomata.

Dymisja Fedorowa wywołuje tak silne reakcje dlatego, że młody polityk ma opinię człowieka zwalczającego korupcję i stawiającego na nowoczesne technologie w walce, szczególnie jeśli chodzi o systemy bezzałogowe. Międzynarodowe media podkreślają, że to właśnie on przekonał firmę SpaceX Elona Muska do wyłączenia terminali Starlink wykorzystywanych przez rosyjskie siły zbrojne, co spowodowało chaos w szeregach sił Kremla.

To również Fedorow istotnie pomógł w realizacji kampanii uderzeń średniego zasięgu, w ramach której ukraińskie drony atakują cele znajdujące się nawet 100 km za linią frontu. Ta kampania bardzo poważnie zakłóca rosyjską logistykę i spowalnia postępy terytorialne Rosji.

Przeczytaj także:

Z kolei gen Syrski (pseudonim „Rzeźnik”) ma opinię przywódcy w stylu radzieckim – nagradza lojalistów i zniechęca dowódców polowych do wykazywania własnej inicjatywy.

Fedorow zabrał głos podczas czwartkowej konferencji prasowej.

„Kiedy prezydent powiedział, że nie planuje zwolnić Syrskiego, zaakceptowałem to i byłem gotów nauczyć się z nim współpracować, ponieważ obaj mamy jeden cel — służyć narodowi ukraińskiemu. Wszystkie nasze inicjatywy były jednak blokowane. Syrski nie był gotowy do otwartej dyskusji na temat problemów, zamiast tego knuł przeciwko nam i w końcu postawił mi ultimatum, żebym odszedł — powiedział Fedorow

„Zamiast zastanawiać się, jak pokonać Rosję metodami asymetrycznymi, co jest zadaniem głównodowodzącego, on zastanawiał się, jak podzielić kraj” — dodał.

Z kolei Syrski zareagował na to w mediach społecznościowych. W poście stwierdził, że to właśnie dzięki jego wcześniejszym sukcesom, takim jak bitwa o Kijów w 2022 roku, Fedorow może dziś swobodnie wypowiadać się w stolicy Ukrainy.

„Udało nam się obronić naszą stolicę, a teraz w tym mieście można organizować briefingi, formułować wizje i podejmować decyzje. Dołożę wszelkich starań, by podobne wydarzenia mogły mieć miejsce w wolnej i niepodległej Ukrainie. Aby to osiągnąć, musimy skupić się na wojnie i na skutecznej strategii, która obecnie przynosi konkretne rezultaty” — napisał Syrski.

Przeczytaj także:

09:02 18-07-2026

Prawa autorskie: Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.plFot. Sławomir Kamińs...

Rozłam w PiS? „Spotkanie ostatniej szansy” nic nie dało

Kaczyńskiemu zależy na jedności obozu politycznego – przekazał rzecznik PiS Rafał Bochenek. Morawiecki z kolei stwierdził, że „jeszcze się nie urodził taki intrygant, który podzieli mnie z prezesem Jarosławem Kaczyńskim”. Mimo tych deklaracji, piątkowe „spotkanie ostatniej szansy” na Nowogrodzkiej wcale nie rozstrzygnęło konfliktu w łonie PiS

Co się wydarzyło?

W piątek 17 lipca wieczorem doszło do kolejnego spotkania Mateusza Morawieckiego z Jarosławem Kaczyńskim w siedzibie PiS na Nowogrodzkiej. Po tym spotkaniu trwającym 2,5 godziny Mateusz Morawiecki napisał w mediach społecznościowych:

"Jeszcze się nie urodził taki intrygant, który podzieli mnie z prezesem Jarosławem Kaczyńskim”

I dodał:

"Donald Tusk po raz kolejny liczył na to samo: że prawica zajmie się sama sobą. Że intryga i plotki zrobią za niego polityczną robotę. Nie doczeka się.”

Mateusz Morawiecki pisał o swojej lojalności wobec obozu patriotycznego, o tym, że potwierdzały ją jego czyny w najtrudniejszych momentach. Podkreślił, że jego zdaniem obowiązkiem Prawa i Sprawiedliwości jest dziś zjednoczyć wszystkie środowiska, którym zależy na silnej, bezpiecznej i ambitnej Polsce.

„Przeciwnik jest jeden. Dlatego wszystkie ręce na pokład. Razem już pokazaliśmy, że potrafimy wygrywać wybory i dobrze rządzić. Zrobimy to ponownie. Polska wygra wtedy, gdy patrioci będą budować mosty między sobą, a nie mury” – napisał Morawiecki.

W imieniu Jarosława Kaczyńskiego głos zabrał z kolei rzecznik PiS Rafał Bochenek, który stwierdził, że

„Jarosławowi Kaczyńskiemu zależy na jedności obozu politycznego, który zawsze był wielonurtowy, ale w ramach struktur partii – nigdy obok i nie w kontrze do nich”.

Tym samym zaznaczył wyraźnie z jednej strony wolę zażegnania konfliktu bez dalszego eskalowania, ale z drugiej podtrzymał ultimatum, które ma zmusić Morawieckiego do rozwiązania jego stowarzyszenia „Rozwój Plus”.

Rzecznik podkreślił, że rozmowa Morawieckiego z Kaczyńskim była spokojna, ale nie doprowadziła do żadnych rozstrzygnięć.

Przeczytaj także:

Jaki jest kontekst?

15 lipca Prezydium Komitetu Politycznego PiS zdecydowało, że parlamentarzyści muszą ograniczyć swoją działalność w stowarzyszeniach tworzonych „obok” struktur partyjnych. To oznacza ultimatum: albo stowarzyszenie albo partia.

Jest to ultimatum postawione Mateuszowi Morawieckiemu, co doprowadziło do największego kryzysu na prawicy od lat, ponieważ były premier nie zamierza ze stowarzyszenia rezygnować.

Swoje stowarzyszenie "Po pierwsze Polska” w ramach PiS prowadził od czerwca również Jacek Sasin. On jednak zrezygnował z niego już 15 lipca, czyli natychmiast po postawieniu ultimatum przez Komitet Polityczny PiS. Konflikt więc odbywa się wyłącznie na linii z Mateuszem Morawieckim.

Data rozwiązania tego sporu – jakiekolwiek by ono nie było – jest jasno wyznaczona, to 23 lipca. Wówczas upływa termin na podjęcie decyzji o rezygnacji z działalności w stowarzyszeniu. Jeśli Morawiecki się nie ugnie, zostanie uruchomiona procedura wykluczenia go z Prawa i Sprawiedliwości.

Co na to Polacy? Z sondażu Instytutu Badań Pollster na zlecenie „Super Expressu” wynika, że 56 proc. badanych uważa, że Mateusz Morawiecki powinien odejść z PiS i założyć własną partię (20 proc. zdecydowanie, a 36 proc. „raczej tak”).

Warto zaznaczyć, że w podobnym badaniu przeprowadzonym na przełomie czerwca i lipca tylko 32 proc. uważało, że Morawiecki powinien odejść i założyć własną partię.

Tak wyglądają wyniki niezależnie od poglądów politycznych badanych. Jednak w łonie samych wyborców PiS sytuacja wygląda zupełnie inaczej. 49 proc. jest przeciwna odejściu byłego premiera z PiS i przejściu „na swoje”. „Za” jest tylko 26 proc., a 31 proc. nie ma zdania.

Przeczytaj także: