Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Europa szykuje się na starcie handlowe z USA. W czwartek na nadzwyczajnym szczycie przywódcy UE mają zdecydować, jak odpowiedzieć na rosnącą presję ze strony Waszyngtonu.
W Brukseli odbędzie się nadzwyczajne spotkanie ambasadorów państw UE, zwołane po groźbach prezydenta USA Donalda Trumpa. Chodzi o możliwość podniesienia ceł wobec ośmiu europejskich krajów, które wysłały wojska na Grenlandię. O planowanym spotkaniu poinformowała cypryjska prezydencja, która obecnie przewodniczy Radzie Unii Europejskiej.
Kilka krajów europejskich – w tym Dania, której Grenlandia jest terytorium autonomicznym – oświadczyło, że „są zjednoczone” przeciwko zapowiedzi Trumpa o uderzeniu w nie cłami w wysokości do 25 proc.
„Groźby celne podważają relacje transatlantyckie i niosą ryzyko niebezpiecznej spirali spadkowej”, ostrzegły we wspólnym oświadczeniu Wielka Brytania, Dania, Finlandia, Francja, Niemcy, Holandia, Norwegia i Szwecja.
Nawet skrajnie prawicowa premier Włoch Giorgia Meloni, jedna z najbliższych sojuszniczek Trumpa w Europie, skrytykowała jego groźbę.
„Uważam, że nakładanie dziś nowych sankcji byłoby błędem” – powiedziała dziennikarzom Meloni podczas podróży do Seulu.
Przywódcy UE mają w czwartek 22 stycznia spotkać się na nadzwyczajnym szczycie w Brukseli, by ustalić, jak odpowiedzieć na presję ze strony USA. Na stole są co najmniej dwa scenariusze, a oba oznaczają realne konsekwencje gospodarcze.
Pierwszy to reaktywacja pakietu ceł na import z USA o wartości 93 mld euro. To rozwiązanie było przez ostatnie pół roku zawieszone, ale jeśli UE zdecyduje się je odmrozić, taryfy mogłyby wejść w życie automatycznie 6 lutego.
Druga opcja to tzw. Instrument Antyprzymusowy (ang. Anti-Coercion Instrument, ACI) czyli narzędzie, którego – jak podaje Reuters – Unia nigdy wcześniej nie uruchomiła. W praktyce może ono uderzyć w amerykańskie interesy szerzej niż same cła, np. ograniczyć dostęp do unijnych przetargów publicznych, inwestycji czy działalności bankowej, a także wprowadzić restrykcje w handlu usługami. To szczególnie wrażliwy obszar, bo więcej pieniędzy płynie z Europy do USA za usługi, niż odwrotnie, m.in. w usługach cyfrowych.
Źródła unijne przekazały dziennikarzom Reutersa, że większe poparcie jako ma na razie wariant taryfowy. W sprawie ACI sytuacja jest znacznie mniej jednoznaczna i stanowiska państw członkowskich się mocno różnią.
Przewodniczący Rady Europejskiej Antonio Costa podkreślił w mediach społecznościowych, że rozmowy z krajami UE pokazały „zdecydowane zaangażowanie” we wsparcie Danii i Grenlandii oraz gotowość do obrony przed jakąkolwiek formą przymusu.
Tymczasem duński minister spraw zagranicznych Lars Løkke Rasmussen, przebywający z wizytą w Oslo, przypomniał o środowym porozumieniu Danii, Grenlandii i USA w sprawie powołania wspólnej grupy roboczej. Jak zaznaczył, nie zamierza sprowadzać relacji z Waszyngtonem wyłącznie do osoby prezydenta.
Wątki unijnej próby dialogu z USA mają też wybrzmieć w Davos. To tam podczas Światowego Forum Ekonomicznego Donald Trump wygłosi w środę przemówienie otwierające wydarzenie, po raz pierwszy od sześciu lat.
W sobotę Donald Trump zapowiedział, że od 1 lutego wprowadzi cła na osiem państw UE: Danię, Szwecję, Francję, Niemcy, Holandię i Finlandię, ale także na Wielką Brytanię i Norwegię, dopóki Stany Zjednoczone nie uzyskają zgody na zakup Grenlandii.
Trump i jego administracja argumentują, że przejęcie Grenlandii służyłoby „bezpieczeństwu narodowemu” USA. Twierdzą również, że Dania, mimo że jest sojusznikiem Stanów w NATO, nie byłaby w stanie obronić wyspy, gdyby Rosja lub Chiny kiedykolwiek próbowały dokonać inwazji.
Dania i kilku jej europejskich sojuszników z NATO odpowiedziało niedawnym wysłaniem niewielkich grup personelu wojskowego na Grenlandię w ramach ćwiczeń, na które zaproszono również USA. Wczoraj widziano niemieckich żołnierzy wsiadających do samolotu opuszczającego wyspę po zakończeniu misji rozpoznawczej.
W sobotę (17 stycznia) tysiące ludzi na Grenlandii i w Danii protestowało przeciwko amerykańskim dążeniom do kontroli nad arktyczną wyspą. Na czapkach wielu demonstrantów widniało hasło „Make America Go Away”, będące parodią sloganu Trumpa „Make America Great Again”.
Przeczytaj także:
Co najmniej 39 osób zginęło, a kilkadziesiąt zostało rannych w wyniku zderzenia pociągów dużych prędkości w południowej Hiszpanii. Władze ostrzegają, że liczba ofiar śmiertelnych może wzrosnąć. To najgorsza katastrofa kolejowa w Hiszpanii od ponad dekady.
Służby ratunkowe zwróciły się do wszystkich ocalałych o skontaktowanie się z rodzinami lub umieszczenie na portalach społecznościowych informacji, że żyją.
Do zderzenia doszło około dziesięciu minut po odjeździe pociągu z Malagi do Madrytu o godzinie 18:40 czasu lokalnego w niedzielę. W miejscowości Adamuz koło Kordoby wagony pociągu wykoleiły się i zjechały na przeciwległy tor. Tam zderzyły się z nadjeżdżającym z naprzeciwka pociągiem z Madrytu do Huelvy.
Większość ofiar śmiertelnych i rannych znajdowała się w pierwszych wagonach tego pociągu.
Pociąg do Huelvy jechał w chwili zderzenia z prędkością około 200 km/h – podał El Pais. Nie jest jasne, do jakiej prędkości rozpędził się pociąg do Madrytu. Rzecznik włoskiej firmy kolejowej Ferrovie dello Stato powiedział agencji Reuters, że w wypadku brał udział pociąg Freccia 1000, który może osiągnąć prędkość 400 km/h.
Przyczyna wypadku nie jest jeszcze znana – powiedział dziennikarzom na konferencji prasowej na stacji Atocha w Madrycie hiszpański minister transportu Oscar Puente. Powiedział też, że to „naprawdę dziwne”, że pociąg wykoleił się na prostym odcinku torów. Ten odcinek torów został odnowiony w maju.
Iryo, prywatna spółka kolejowa obsługująca trasę z Malagi, poinformowała, że w pociągu, który jako pierwszy się wykoleił, znajdowało się około 300 pasażerów, w drugim pociągu – obsługiwanym przez finansowaną przez państwo spółkę Renfe – około 100 pasażerów. Większość wracała po weekendzie do domu.
Wszystkie połączenia kolejowe między Madrytem a Andaluzją mają być zawieszone co najmniej przez cały poniedziałek.
Według Danii, Finlandii, Francji, Niemiec, Holandii, Norwegii, Szwecji i Wielkiej Brytanii „groźby wprowadzenia ceł podważają stosunki transatlantyckie i grożą niebezpieczną spiralą wydarzeń”.
„Jako członkowie NATO jesteśmy zobowiązani do wzmacniania bezpieczeństwa Arktyki jako wspólnego interesu transatlantyckiego. Wcześniej skoordynowane duńskie ćwiczenia »Arctic Endurance« przeprowadzone wraz z sojusznikami stanowią odpowiedź na tę potrzebę. Nie stanowią one zagrożenia dla nikogo” – piszą 18 stycznia we wspólnym oświadczeniu osiem krajów NATO, wobec których wcześniej Donald Trump zapowiedział wprowadzenie ceł.
Oświadczenie opublikowane na stronie internetowej m.in. rządu niemieckiego.
„W pełni solidaryzujemy się z Królestwem Danii i mieszkańcami Grenlandii. Opierając się na procesie rozpoczętym w zeszłym tygodniu, jesteśmy gotowi do podjęcia dialogu w oparciu o zasady suwerenności i integralności terytorialnej, które zdecydowanie popieramy” – utrzymują sojusznicy i podkreślają:
„Groźby wprowadzenia ceł podważają stosunki transatlantyckie i grożą niebezpieczną spiralą wydarzeń. Będziemy nadal reagować w sposób zjednoczony i skoordynowany. Jesteśmy zdecydowani bronić naszej suwerenności”.
17 stycznia 2026 roku Trump zapowiedział nałożenie 10-procentowych ceł na import do USA wszelkich towarów z ośmiu wspomnianych krajów europejskich za ich stanowisko w sprawie Grenlandii.
Wcześniej na tle ambicji Trumpa o przejęciu/zakupie Grenlandii w celu, jak tłumaczy Trump, zapewnienia bezpieczeństwa USA, Dania, Niemcy, Francja, Wielka Brytania ogłosiły, że wyślą na wyspę swoich żołnierzy w ramach ćwiczeń. Symboliczna obecność europejskich żołnierzy na należącej do Danii wyspie ma w założeniu studzić zapędy administracji Donalda Trumpa do siłowej aneksji Grenlandii. Jak mówią sami Grenlandczycy, ich dom nie jest na sprzedaż.
Amerykańskie cła wobec „niepokornych państw” powinny obowiązywać od lutego 2026 roku, a od 1 czerwca powinny wzrosnąć do 25 proc. Jak mówił Trump cło będzie „płatne do czasu osiągnięcia porozumienia w sprawie całkowitego i całkowitego zakupu Grenlandii”.
Europejscy liderzy ostro zareagowali na zapowiedzi amerykańskiego prezydenta.
„Będziemy umieli zapewnić poszanowanie suwerenności europejskiej” – napisał na X prezydent Francji Emmanuel Macron. Nazwał groźby celne Trumpa „nie do przyjęcia”.
„Chiny i Rosja muszą mieć świetny dzień. To one czerpią korzyści z podziałów między sojusznikami. Jeśli bezpieczeństwo Grenlandii jest zagrożone, możemy zająć się tą kwestią w ramach NATO” – napisała na X Kaja Kallas, szefowa unijnej dyplomacji. I podkreśliła: „Cła grożą zubożeniem Europy i Stanów Zjednoczonych oraz podważają nasz wspólny dobrobyt. Nie możemy również pozwolić, aby nasz spór odwrócił naszą uwagę od podstawowego zadania, jakim jest pomoc w zakończeniu wojny Rosji przeciwko Ukrainie”.
Przeczytaj także:
W Portugalii trwa głosowanie w wyborach prezydenckich, które po raz pierwszy od czterech dekad mogą zakończyć się drugą turą. Według sondaży nie ma wyraźnego faworyta.
W niedzielę, 18 stycznia, rano w Portugalii rozpoczęło się głosowanie w wyborach na prezydenta kraju. Jest 11 kandydatów ubiegających się o prawo do zastąpienia obecnego prezydenta Marcelo Rebelo de Sousa, który kończy drugą kadencję i według konstytucji nie może kandydować po raz trzeci.
Według piątkowego sondażu ośrodka badawczego Pitagorica wśród głównych kandydatów są:
Jak podaje Reuters, według wcześniejszego sondażu przeprowadzonego przez Katolicki Uniwersytet w Lizbonie, opublikowanego przez wydawnictwo Publico w środę 14 stycznia prowadził Andre Ventura, skrajnie prawicowy, lider głównej partii opozycyjnej Chega – miał 24 proc. poparcia. Seguro miał wynik 23 proc., Cotrim de Figueiredo – 19 proc. Dwóch pozostałych kandydatów, w tym Luis Marques Mendes, ma uzyskać około 14 proc. głosów. (W sondażu Katolickiego Uniwersytetu wzięło udział 1770 wyborców, margines błędu wynosił 2,2 proc.).
Prawo do głosowania w niedzielnych wyborach ma 11 mln obywateli (z czego około 1,6 miliona mieszka poza granicami kraju). Będą mogli oddać swój głos w jednym z ponad 3 tys. lokali wyborczych. Głosowanie zakończy się o godzinie 19.00 czasu miejscowego. Biorąc pod uwagę sondaże, prawdopodobnie żaden z kandydatów nie uzyska ponad 50 proc. głosów. Druga tura zaplanowana jest na 8 lutego.
W ciągu pięciu dekad, które upłynęły od obalenia prawicowej dyktatury w Portugalii, druga tura wyborów prezydenckich odbyła się tylko raz – w 1986 roku.
Jak pisze Reuters, mimo że w niektórych sondażach Ventura prowadzi, to „analitycy wskazują na wysoki wskaźnik odrzucenia jego kandydatury – ponad 60 proc. wyborców we wszystkich ostatnich sondażach opinii publicznej”. Sugeruje to, że przegrałby w drugiej turze z każdym z czterech głównych kandydatów.
Według „Gazety Wyborczej” Ventura „zbudował swoją kampanię na ostrym, konfrontacyjnym przekazie, szczególnie wobec mniejszości romskiej”. Na jego wiecach pojawiały się transparenty z hasłami typu: „Cyganie muszą przestrzegać prawa”.
Według politologa Antonio Costa Pinto, z którym rozmawia agencja Reuters, już dotarcie do drugiej rundy będzie dla Ventury „samym zwycięstwem”, ponieważ „zapewni partii Chega większe wpływy w mniejszościowym rządzie centroprawicowym”.
Inny analityk polityczny, Jose Castello Branco z Katolickiego Uniwersytetu w Lizbonie uważa, że w tym „całkowicie otwartym wyścigu” jedno wydaje się pewne – że Ventura „umacnia swoją pozycję w portugalskim spektrum politycznym” jako lider opozycji.
Jak pisze Wyborcza, w tych wyborach prezydenckich nie chodzi tylko o nazwisko. Stawką jest kierunek tego państwa. GW: „Czy Portugalia – niemal 11-milionowy kraj, członek UE i strefy euro, wytwarzający około 1,6 proc. PKB Unii – pozostanie bastionem umiarkowania, czy dołączy do europejskiej fali radykalizacji. Czterdzieści lat po swojej najtrudniejszej próbie portugalska demokracja znów staje przed testem”.
Przeczytaj także:
1500 amerykańskich żołnierzy jest w stanie gotowości, żeby ruszyć do Minnesoty, gdzie trwają protesty przeciwko działaniom służb migracyjnych – informują amerykańskie media. Protesty zaczęły się po zabójstwie Renée Good
O tym w niedzielę, 18 stycznia, poinformował „Washington Post”, powołując się na amerykańskich wojskowych – artykuł WP przytacza Onet. Według amerykańskiego dziennika, jednostki amerykańskiej armii mogą być wysłane do działań w przypadku dalszej eskalacji protestów i zamieszek w Minnesocie, gdyby jednostki Gwardii Narodowej, kierowane do działań w takich wypadkach, mogłyby sobie nie poradzić.
W sobotę gubernator Minnesoty Tim Walz w rozmowie z CBS News powiedział, że funkcjonariusze stanowej Gwardii Narodowej zostali postawieni w stan pełnej gotowości. Na razie nie ma decyzji o wysłaniu ich na ulice miasta.
Biały Dom w komentarzu dla „Washington Post” zaznaczył, że „Pentagon jest przygotowany na decyzje, które może podjąć prezydent”.
Protesty w Minneapolis w Minnesocie przeciwko działaniom służb federalnych nasiliły się po tym, jak 7 stycznia agent Urzędu Celno-Imigracyjnego Stanów Zjednoczonych (ICE, U.S. Immigration and Customs Enforcement) zastrzelił 37-letnią kobietę – Renee Nicole Good, matkę trójki dzieci i obywatelkę USA – w jej samochodzie podczas operacji aresztowania migrantów.
„Kobieta prowadząca samochód zachowywała się bardzo niewłaściwie, stawiała opór i przeszkadzała, a następnie celowo, gwałtownie i brutalnie przejechała funkcjonariusza ICE, który najprawdopodobniej postrzelił ją w obronie własnej” – pisał wówczas Donald Trump w Truth Social.
Trump i jego otoczenie celowo dezinformują, nagrania zdarzenia jasno pokazują, że kobieta nie przejechała funkcjonariusza.
Przeczytaj także:
W tym tygodniu kolejny agent federalny postrzelił w nogę napastnika, który – według agencji AP – zaatakował go łopatą. To miało wydarzyć się podczas próby zatrzymania imigranta z Wenezueli.
W sobotę 17 stycznia kilkuset demonstrantów zgromadzonych w pobliżu ratusza wzywało agentów federalnych do opuszczenia miasta.
Wcześniej w obliczu narastających napięć w czwartek prezydent Stanów Zjednoczonych ogłosił gotowość do zastosowania w Minnesocie ustawy o powstaniach zbrojnych (Insurrection Act). Ustawa ta zezwala na użycie armii do stłumienia wewnętrznych zamieszek. „Jeśli skorumpowani politycy z Minnesoty nie będą przestrzegać prawa i nie powstrzymają profesjonalnych agitatorów i powstańców od atakowania patriotów z ICE, którzy tylko wykonują swoją pracę, użyję ustawę o powstaniach zbrojnych” – pisał Trump w Truth Social.
Jak pisze „The Guardian”, administracja Trumpa w ostatnich tygodniach zmobilizowała 3 000 agentów federalnych do stanu Minnesota, co kilkakrotnie przewyższa liczebność policji w Minneapolis.
„Uzbrojeni, zamaskowani agenci aresztują ludzi podczas porannych dojazdów, w sklepach spożywczych i przed kościołami. Departament Bezpieczeństwa Wewnętrznego nazwał tę operację największą w historii agencji” – pisze „The Guardian”. Mieszkańcy Minneapolis są przerażeni sytuacją. Rodzice w grupach „odprowadzają [do szkoły i przedszkola] nie tylko swoje dzieci, ale także dzieci swoich sąsiadów imigrantów i przyjaciół, którzy boją się wychodzić z domu”.
Mieszkańcy organizują się, żeby patrolować ulice. „Jeśli naprawdę będziemy mieć patrole na każdym rogu, ICE będzie naprawdę trudno zrobić to, co próbują” – mówił jeden z rozmówców dziennika.
„Nie miejcie złudzeń, to jest okupacja” – mówiła gazecie Angela Conley, komisarz hrabstwa Hennepin, które obejmuje Minneapolis. Według Ryan Pérez, dyrektora organizacyjnego Copal, organizacji non-profit wspierającej latynoskie rodziny w Minnesocie, obecność agentów „wpływa na każdy aspekt codziennego życia” mieszkańców.
„Agenci federalni, którzy twierdzą, że chcą aresztować nieudokumentowanych imigrantów o kryminalnej i niebezpiecznej przeszłości, stosują coraz bardziej agresywne taktyki do zatrzymywania obywateli USA oraz innych narodowości [m.in. Somalijczyków], a także legalnych rezydentów, uchodźców i długoletnich mieszkańców Minnesoty bez żadnej kryminalnej przeszłości” – wyjaśnia „The Guardian”.
Jak pisał w OKO.press Jakub Szymczak, w kampanii wyborczej Donald Trump obiecał rozwiązać problem „nielegalnej imigracji”. Od stycznia 2025 roku ICE masowo aresztuje i deportuje tysiące osób z niejednoznacznym statusem prawnym. Ofiarami tej polityki i nalotów są także aktywiści i osoby, które w USA przebywają legalnie, ale zdaniem administracji Trumpa wyrażają poglądy sprzeczne z amerykańskim interesem bezpieczeństwa (np. propalestyńskie).
Według danych Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego od początku kadencji Trumpa do 10 grudnia 2025 roku w ten sposób deportowano ponad 600 tys. osób, a 1,9 mln wyjechało z kraju dobrowolnie w obawie przed represjami.
Więcej o tym można przeczytać w tekście Tomasza Markiewki:
Przeczytaj także: