Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Już nie równowartość niemal stu tysięcy złotych miesięcznie, lecz mniej niż połowę z tego zarobi premier Węgier, jeśli w życie wejdzie ustawa przygotowana przez posłów Tiszy. Zakłada ona także znaczne obniżki wynagrodzeń węgierskich parlamentarzystów, którzy za czasów Orbána zarabiali znacznie więcej niż polski premier.
Nowy węgierski rząd powoli wciela w życie zapowiedzi dotyczące cięć wynagrodzeń osób na najwyższych stanowiskach w państwie, o których premier Péter Magyar mówił niedługo po zaprzysiężeniu. Chodzi o wynagrodzenia prezydenta, premiera, członków rządu i sekretarzy stanu, a także parlamentarzystów, prezydentów miast, członków rad nadzorczych i zarządów państwowych spółek oraz innych zbudowanych przez reżim Viktora Orbána instytucji.
8 czerwca węgierski parlament ma głosować nad ustawą obniżającą wynagrodzenia parlamentarzystów, w tym samego premiera, bo jego uposażenie jest powiązane z uposażeniem przewodniczącego parlamentu.
Zaproponowana przez posłów Tiszy ustawa zakłada, że podstawa pensji posła spadnie o 40 proc.: zamiast 3-krotności średniej płacy brutto parlamentarzysta ma otrzymywać jej 1,8-krotność. Jak wyliczył portal Telex oznacza to, że podstawa wynagrodzenia posła spadnie z 2,18 mln forintów brutto miesięcznie (ok. 26 tys. zł) do 1,4 mln forintów brutto miesięcznie (ok. 16,7 tys. zł), czyli o ponad jedną trzecią.
Na tej samej zasadzie obniżone zostaną wynagrodzenia przewodniczącej i wiceprzewodniczących parlamentu, a także szefów i wiceszefów frakcji oraz przewodniczących komisji.
Spadnie też wynagrodzenie premiera, które jest powiązane z płacą przewodniczącej parlamentu. Wynagrodzenie Pétera Magyara ma wynosić 3,8 mln forintów miesięcznie, czyli aż 45 tysięcy złotych brutto (dla porównania polski premier zarabia miesięcznie ok. 25 tys. zł brutto). Jednak niemal o połowę mniej niż zarabiał premier Viktor Orbán, który co miesiąc inkasował 7,8 mln forintów brutto, a więc ponad 93 tys. zł.
To nie wszystko. Ustawa zaproponowana przez Tiszę zakłada też znaczne cięcia dodatków do pracy posłów. Nawet o połowę zmniejszyć się mają dodatki na zakwaterowanie (o 31 proc.), wynajem biur poselskich (spadek o 52 proc.), czy wynagrodzenia pracowników wspierających posła (spadek o 30 proc.). Pomysłodawcy projektu uzasadniają to tym, że dodatki te były nieproporcjonalnie wysokie.
Tisza proponuje także likwidację ryczałtu na telefon: sprzęt i usługę nadal ma zapewniać parlament, ale jej koszt ma być potrącany z pensji posła, oraz koniec możliwości rozliczania dojazdów samochodem dla posłów z Budapesztu. Do tej pory mogli oni otrzymywać zwroty za paliwo na 2,5 tysiąca kilometrów – informował Telex.
Projekt zmniejsza też środki budżetowe dla klubów poselskich i zamyka furtkę pozwalającą przekazywać niewykorzystane środki z parlamentu do partii. Niewykorzystane pieniądze mają wracać do budżetu państwa.
Jeśli ustawa zostanie przyjęta, obniżki mają objąć już lipcowe pensje i świadczenia. Pomysłodawcy projektu szacują, że wejście w życie ustawy zmniejszy koszty utrzymania parlamentu o 50 mld forintów, czyli jedną czwartą w trakcie czteroletniej kadencji.
Jeszcze nie wiadomo, jak dokładnie będą wyglądały proponowane obniżki wynagrodzeń burmistrzów miast oraz członków rad nadzorczych i zarządów spółek skarbu państwa oraz licznych instytucji rządowych, które stworzył reżim Orbána. Choć wiele z nich – jak np. Urząd ds. Ochrony Suwerenności Narodowej, czy fundacje pożytku publicznego zrządzające publicznymi uniwersytetami, czeka po prostu likwidacja.
Propozycje cięć – zwłaszcza wynagrodzeń samorządowców –- wywołują dość żywiołową debatę na Węgrzech. Krytycy tego rozwiązania podnoszą, że z wynagrodzeniami włodarzy miast i miasteczek związane są niemal wszystkie wynagrodzenia urzędników w magistratach, a więc cięcia dotkną także zwykłych urzędników. Oskarżają też premiera o działanie z pobudek czysto politycznych i chęć pozbycia się samorządowców związanych z Fideszem. Część z nich już zapowiedziała, że jeśli dojdzie do obniżenia wynagrodzeń, zrezygnuje z funkcji.
Potrzebę cięć Péter Magyar tłumaczy koniecznością ustabilizowania budżetu oraz potrzebą przywrócenia zaufania obywateli do państwa.
„Najważniejsze jest stworzenie stabilnego budżetu opartego na realnych podstawach. Jeśli ktoś będzie zarządzał finansami państwa równie nieodpowiedzialnie jak poprzedni rząd, skończy w tym samym miejscu, a Węgry pozostaną krajem biednym i skorumpowanym” – mówił Magyar pod koniec maja w rozmowie z telewizją RTL.
„Mandat, który dostaliśmy od obywateli, to mandat do służby publicznej. Wyraźnie powiedziałem moim kolegom, że nikt nie powinien przychodzić tutaj z myślą, że przez te cztery lata się wyraźnie wzbogaci albo będzie mógł odłożyć znaczące oszczędności – podkreślał.
Nowy rząd odziedziczył po poprzedniej władzy kraj z bardzo kiepską sytuacją finansów publicznych. Państwo zmaga się z wysokim zadłużeniem, słabym wzrostem gospodarczym (prognoza na ten rok to 2 proc.) i jednym z najwyższych kosztów obsługi długu w UE. Agencje ratingowe ostrzegają, że bez trwałego ograniczenia deficytu i stabilizacji budżetu rating kredytowy kraju może zostać obniżony, co podniosłoby koszty finansowania długu.
W piątek 29 maja Komisja Europejska ogłosiła, że odblokuje dla Węgier środki unijne, w tym z Funduszu Odbudowy (w sumie ponad 16 mld euro), bo nowy rząd przygotował solidny plan reform, który zakłada przywrócenie praworządności.
Przeczytaj także:
Obniżki VAT na żywność, darmowa komunikacja dla młodych, większe wydatki na obronność i twarde stanowisko wobec USA w sprawie Grenlandii. Nowy duński rząd przedstawia program, który ma odpowiedzieć na rosnące koszty życia i napięcia geopolityczne.
Nowy centrolewicowy rząd koalicyjny Danii zapowiedział pakiet działań mających obniżyć koszty życia, zwiększyć dostępność usług publicznych oraz wzmocnić bezpieczeństwo państwa. To odpowiedź na pogarszającą się sytuację części gospodarstw domowych oraz napięcia geopolityczne, w tym wokół Grenlandii — donosi „The Guardian”.
Premier Mette Frederiksen, która rozpoczyna trzecią kadencję na stanowisku szefowej rządu, zapowiedziała m.in. obniżenie podatku VAT na żywność o połowę oraz całkowite zniesienie go na owoce i warzywa, nowy dodatek dla mniej zamożnych emerytów oraz wsparcie dla osób najbardziej dotkniętych wzrostem cen benzyny i oleju napędowego.
Ze względu na to, że jej mniejszościowy rząd musi liczyć na wsparcie lewicowej Czerwono-Zielonej Koalicji w parlamencie, Frederiksen proponuje także wprowadzenie, w ciągu najbliższych 10 lat, bezpłatnej opieki stomatologicznej dla wszystkich Duńczyków oraz bezpłatny transport publiczny dla osób poniżej 22. roku życia.
Mette Frederiksen zapowiada także twarde stanowisko wobec USA ws. Grenlandii. Rząd deklaruje, że nie ustąpi pod amerykańską presją dotyczącą przyszłości wyspy i będzie bronił suwerenności Królestwa Danii oraz prawa Grenlandczyków do samostanowienia. To odpowiedź na powracające wypowiedzi Donalda Trumpa, który twierdzi, że Stany Zjednoczone powinny przejąć kontrolę nad Grenlandią ze względów bezpieczeństwa narodowego.
Jednocześnie Kopenhaga zamierza dalej zwiększać wydatki na obronność i rozbudowywać potencjał wojskowy.
W odpowiedzi na debatę, która wybuchła w kampanii wyborczej wokół przemysłowej hodowli świń, krytykowanej za szkody środowiskowe i okrutne traktowanie zwierząt, rząd zapowiedział także reformy dotyczące dobrostanu zwierząt. Chodzi o ograniczenie najbardziej kontrowersyjnych praktyk hodowlanych, m.in. zakończenie rutynowego przycinania ogonów prosiętom, przejście na większe kojce i boksy dla zwierząt, a także powołanie specjalnej komisji z udziałem rządu, samorządów, organizacji pozarządowych i rolników, która ma przygotować kompleksową reformę sektora hodowli trzody chlewnej.
Frederiksen zapowiada także utrzymanie restrykcyjnej polityki migracyjnej, w tym zwiększenie liczby deportacji cudzoziemców skazanych za przestępstwa oraz kontynuowanie prac nad tworzeniem ośrodków recepcyjnych dla osób ubiegających się o azyl poza granicami Unii Europejskiej.
Nowy rząd nie wpisał natomiast do programu koalicji podatku majątkowego, choć Frederiksen proponowała go w kampanii wyborczej. Pomysł został mocno skrytykowany przez duński biznes.
Nowy rząd powstał po dwóch miesiącach negocjacji, które były najdłuższymi rozmowami koalicyjnymi w historii Danii. Do porozumienia doszło dopiero po dwóch nieudanych próbach utworzenia większości – najpierw przez samą Frederiksen, a następnie przez Troelsa Lunda Poulsena, lidera partii liberalnej Venstre.
Nową koalicję rządzącą tworzą Socjaldemokraci (Socialdemokratiet), Partia Społeczno-Liberalna (Radikale Venstre), Zielona Lewica (Socialistisk Folkeparti) oraz centrowi Moderaci (Moderaterne). Łącznie mają 82 mandaty w 179-osobowym parlamencie (Folketingu), dlatego każdorazowo, do uzyskania większości dla swoich projektów, będą potrzebować wsparcia lewicowej Czerwono-Zielonej Koalicji (Enhedslisten) oraz innych ugrupowań z lewego skrzydła sceny politycznej.
Dla 48-letniej Frederiksen oznacza to szansę na powrót do bardziej lewicowej polityki, zwraca uwagę „The Guardian". Ostatnie cztery lata kierowała ona bowiem sojuszem ugrupowań lewicowych i prawicowych. Obecna koalicja jest znacznie bliższa tradycyjnemu blokowi centrolewicowemu.
Przeczytaj także:
Polska i 10 innych krajów domagają się od Brukseli szybkiej reformy systemu wizowego Schengen, by uniemożliwić rosyjskim turystom wjazd do UE i krajów stowarzyszonych. „Rosjanie plażują w europejskich kurortach, podczas gdy pociski i drony nadal uderzają w ludność i infrastrukturę cywilną w Ukrainie” – czytamy w liście do Komisji Europejskiej.
Polska i 10 innych państw europejskich zażądały od Komisji Europejskiej zablokowania wydawania wiz Schengen Rosjanom, którzy wjeżdżają do Europy w celach turystycznych, poinformowało dziś (3 czerwca) radio RMF FM
List do Komisji Europejskiej podpisali przedstawiciele Polski, Szwecji, Czech, Danii, Estonii, Finlandii, Łotwy, Litwy, Holandii oraz należącym do strefy Schengen, choć nie do samej UE, Norwegii i Islandii. W imieniu Polski pod dokumentem podpisali się minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski oraz minister spraw wewnętrznych i administracji Marcin Kierwiński.
Sygnatariusze domagają się zdecydowanych zmian legislacyjnych, które pozwoliłyby „blokować wjazd obywateli wrogich państw w sytuacji zagrożenia geopolitycznego” – pisze RMF FM.
„Głęboko niepokojący jest wzrost liczby rosyjskich turystów spędzających urlop na europejskich plażach i w europejskich kurortach, podczas gdy pociski i drony nadal uderzają w ludność cywilną i infrastrukturę cywilną w Ukrainie” – napisano w liście do KE.
„W obliczu zbliżającego się kolejnego lata my, niżej podpisani ministrowie, uważamy za pilne ponowne podkreślenie potrzeby utrzymania restrykcyjnej polityki wizowej wobec rosyjskich wnioskodawców” – piszą ministrowie 11 krajów.
Ministrowie wskazują, że w minionym roku obywatelom Federacji Rosyjskiej wydano niemal 480 tys. turystycznych wiz Schengen. Duża część z nich była wizami wielokrotnego wjazdu.
„Stoi to w rażącej sprzeczności z wytycznymi Komisji wzywającymi do rygorystycznego podejścia do rosyjskich wnioskodawców podróżujących w celach innych niż niezbędne i stanowi poważne niedociągnięcie w naszej zbiorowej polityce wobec państwa-agresora. Uważamy to za niezwykle niepokojące.”
Państwa członkowskie UE i kraje z nią stowarzyszone nie prowadzą spójnej polityki wizowej wobec Rosjan. Kraje sąsiadujące z Rosją, w tym Polska i państwa bałtyckie, praktycznie nie wydają Rosjanom wiz turystycznych, ale inne państwa Schengen nadal to robią.
Najwięcej wiz turystycznych Rosjanom przyznają obecnie Francja, Włochy, Hiszpania i Grecja, wynika z danych przytoczonego przez RMF FM Barometru Schengen.
To prowadzi do tzw. visa shopping, czyli omijania restrykcyjnych konsulatów i składania wniosków tam, gdzie łatwiej uzyskać dokument.
W restrykcjach chodzi także o równe ponoszenie kosztów. Przykładowo, w Finlandii po wstrzymaniu wiz dla Rosjan zbankrutowały przygraniczne sklepy. Tymczasem kraje południa Europy nadal zarabiają na rosyjskich turystach.
— Polska priorytetowo traktuje wprowadzenie szybkiego, defensywnego mechanizmu sankcji wizowych. Mechanizm taki powinien zabezpieczyć możliwość ograniczenia wydawania wiz w stosunku do określonych kategorii wnioskodawców lub dla podróży, które nie są niezbędne. Wierzymy, że mocniejsza selektywność to odpowiedź na istniejące i potencjalne zagrożenia — przekazał RMF FM chcący zachować anonimowość polski dyplomata.
Przeczytaj także:
„Eskalacja konfliktu między Ukrainą a Polską nie przynosi korzyści ani Ukraińcom, ani Polakom” – napisał minister spraw zagranicznych Ukrainy Andrij Sybiha, komentując aferę w sprawie nadania przez Wołodymyra Zełenskiego ukraińskiej jednostce wojskowej imienia „Bohaterów UPA”.
Andrij Sybiha w swoim wpisie w środę zaznaczył, że „nie wolno nakręcać spirali nienawiści”, gdy „nad nami wszystkimi – Ukraińcami, Polakami i innymi Europejczykami – znów czai się groźba ze strony naszego odwiecznego wroga, Rosji”.
Ukraiński minister zauważył też, że Warszawa i Kijów w ostatnim czasie odbudowywały „konstruktywny dialog” poprzez odblokowanie poszukiwań ofiar rzezi wołyńskiej i ekshumacje. „Z godnością i zgodnie z chrześcijańską tradycją przeprowadziliśmy w kilku miejscach ponowne pochówki ofiar” – przypomina.
Dodaje, że wznowiono również Kongres Historyków, w ramach którego „dyskusję o trudnych kartach wspólnej historii przeniesiono na poziom merytorycznej, naukowo obiektywnej debaty”.
Wyjaśnił, że decyzja o nadaniu jednej z jednostek wojskowych imienia „Bohaterów UPA” została wybrana przez samych żołnierzy. Podkreślił również, że wojskowi „nawet w najmniejszym stopniu” nie mieli antypolskich intencji, a chodziło im wyłącznie o tych, którzy „wiele lat temu również walczyli przeciw imperialnej Moskwie, bolszewicko-komunistycznej okupacji i represjom”.
„Nasi obrońcy zasługują na bezwarunkowy szacunek. To właśnie oni dziś, kosztem własnego zdrowia, a często także życia, utrzymują linię frontu i bronią całej Europy przed rosyjskim zagrożeniem. Płacą za to najwyższą cenę” – zaznacza.
Na koniec szef ukraińskiej dyplomacji wyraził Polsce wdzięczność za „przywódczą rolę we wspieraniu Ukrainy w tym strasznym czasie wojny”.
„Chcemy rozmawiać o wszystkich kwestiach, także o tych najtrudniejszych, w duchu wzajemnego zrozumienia i otwartości. Wzywamy do dialogu i wzmocnienia relacji zgodnie z priorytetami bezpieczeństwa i pomyślnej przyszłości obu naszych państw” – konkluduje.
W zeszłym tygodniu prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski nadał jednej z ukraińskich jednostek wojskowych imię „Bohaterów UPA”. W reakcji na tę decyzję, prezydent Karol Nawrocki poinformował, że zaproponował, by 8 czerwca na posiedzeniu Kapituły Orderu Orła Białego jednym z punktów było odebranie ukraińskiemu przywódcy tego orderu. W 2023 roku został mu przyznany przez ówczesnego prezydenta Andrzeja Dudę.
Dlaczego Ukraina nie pamięta o Wołyniu?
„Dla Ukraińców UPA jest symbolem walki o niepodległość i dławionych aspiracji narodowych przez Związek Radziecki a wcześniej II Rzeczpospolitą czy Austro-Węgry" – mówił niedawno były prezydent Aleksander Kwaśniewski w rozmowie z Piotrem Pacewiczem w OKO.press.
"Gloryfikują Banderę czy UPA, zapominając o zbrodniach, jakie inspirowali i popełnili. Tragedia Wołynia jest spychana w niepamięć, zwłaszcza we wschodniej Ukrainie, skąd pochodzi Zełenski, prezydent mógł nie docenić tego, jakie to ma znaczenie dla Polaków” – dodał Kwaśniewski.
„Fatalne jest to, że jak mówiłem w naszej rozmowie o zbiórce »Pomóżmy Ukraińcom«, każdy błąd czy lapsus Ukrainy grozi reakcją naszych nacjonalistów i możemy w Polsce utopić się w cynicznej grze ugrupowań politycznych, które sięgają po kartę antyukraińską. A Ukraina obok Europy i obrony demokracji przed autorytaryzmem będzie głównym tematem kampanii wyborczej” – zaznaczył.
Przeczytaj także:
Ukraińskie drony zaatakowały dziś rano cele w drugim rosyjski mieście, Petersburgu. Termin ataku Kijów obrał nieprzypadkowo – rozpoczyna się tam forum ekonomiczne z licznymi gośćmi z zagranicy i zaplanowanym na piątek przemówieniem Putina.
Ukraińskie drony zaatakowały rano 3 czerwca cele infrastrukturalne w Petersburgu i obwodzie leningradzkim – przekazał portal Meduza, powołując się na informacje przekazane przez gubernatora Petersburga, Aleksandra Biegłowa. Ataki objęły Kronsztad (dzielnicę miasta położoną na wyspie w Zatoce Fińskiej) oraz dzielnice Kirowską i Krasnosielską. Według Biegłowa kilka osób zostało rannych, a część budynków została uszkodzona. Gubernator nie podał więcej szczegółów.
Według niezależnego rosyjskiego kanału Astra, który powołuje się na nagrania i relacje mieszkańców, po ataku dronów wybuchł pożar w Petersburskim Terminalu Naftowym. To jeden z największych terminali przeładunku ładunków płynnych w rosyjskiej części regionu bałtyckiego. Ukraińska Prawda podała za rosyjskimi kanałami, że mieszkańcy Petersburga słyszeli liczne eksplozje i widzieli pożar w mieście.
Alarm lotniczy obowiązywał również w nocy w obwodzie leningradzkim. Gubernator regionu Aleksandr Drozdenko poinformował o nawet 59 zestrzelonych bezzałogowcach. Według rosyjskich władz w rejonie łużskim szczątki dronów uszkodziły cztery prywatne domy. Nie odnotowano rannych.
Nocą ograniczenia wprowadzono na lotnisku Pułkowo w Petersburgu. Rosawiacja (Federalna Agencja Transportu Lotniczego) informowała o ograniczeniach przylotów i odlotów, a także o zamknięciu części przestrzeni powietrznej nad wybranymi rejonami obwodu leningradzkiego. Rosyjskie media podawały, że ponad 20 rejsów z Pułkowa zostało opóźnionych lub odwołanych.
Mieszkańcy Petersburga skarżyli się też rano na problemy z mobilnym internetem. Według serwisów Downdetector i Sboy.rf użytkownicy zgłaszali, że nie działają strony internetowe i komunikatory, a część osób nie miała w ogóle dostępu do sieci komórkowej.
Atak nastąpił w dniu rozpoczęcia Międzynarodowego Forum Ekonomicznego w Petersburgu, jednej z najważniejszych imprez gospodarczych organizowanych przez Kreml. Tegoroczne forum odbywa się od 3 do 6 czerwca.
Według Meduzy w wydarzeniu mają wziąć udział zagraniczni goście, w tym przedstawiciele amerykańskich środowisk prawicowych i skrajnie prawicowych, a także córki Władimira Putina. Sam Putin ma wystąpić na forum 5 czerwca.
Ukraina w coraz większym stopniu przenosi działania wojenne na terytorium Rosji. Atakuje infrastrukturę zasilającą wojnę: magazyny wojskowe, sieci transportowe, instalacje naftowe (bo one finansują wojnę), zakłady pracujące dla wojska.
— Ukraina nie tylko cierpi, ale potrafi zadawać bolesne ciosy w odpowiedzi — mówił w wywiadzie dla OKO.press Wadym Kusznikow, ukraiński ekspert wojskowy, dyrektor wykonawczy Centrum Informacyjno-Analitycznego „Militarnyj”. Jak wyjaśniał ekspert, Ukraina szczegółowo przygotowuje się do misji i jej ataki są coraz bardziej skuteczne. Według Kusznikowa ataki stanowią „ważny element ogólnych działań mających na celu osłabienie potencjału militarnego lub gospodarczego Rosji”.
Przeczytaj także: