Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Spotkanie w Omanie się odbyło. I niełatwo powiedzieć o nim coś konkretnego. Jeśli za kulisami nie dzieje się znacznie więcej, to widmo wojny między oboma krajami się nie oddala
Zakończyły się pierwsze od czerwca rozmowy między amerykańskimi i irańskimi dyplomatami. Choć nazywając dzisiejsze wydarzenie w Omanie „rozmowami” lub „spotkaniem” dokonujemy pewnego nadużycia. Delegacje prowadzone z amerykańskiej strony przez Steve'a Witkoffa i Jareda Kushnera, a ze strony irańskiej przez szefa irańskiego MSZ Abbasa Arakczkiego, nie spotkały się.
Wszystko przez to, że Iran unika bezpośrednich kontaktów z Amerykanami. Oba kraje nie utrzymują oficjalnych stosunków dyplomatycznych od niemal pół wieku. Rozmowy za pośrednictwem dyplomatów z innych krajów pozwalają podjąć próbę mediacji, zachowując fasadę braku kontaktów. Rolę głównego mediatora wziął na siebie minister spraw zagranicznych Omanu Badr al-Busaidi.
Jednak jak podał zazwyczaj dobrze poinformowany izraelski dziennikarz Barak Ravid – doszło jednak do bezpośredniego spotkania Witkoffa i Kushnera z ministrem spraw zagranicznych Iranu Abbasem Arakczkim.
W dzisiejszych rozmowach za pośrednictwem Omańczyków nikt nie spodziewał się przełomu i do niego nie doszło. Rozmowy trwały około ośmiu godzin, od godziny 10 do godziny 18 czasu lokalnego. Oświadczenia, jakie wydali zaangażowani w rozmowy politycy, są bardzo oszczędne.
Busaidi przekazał, że rozmowy były „bardzo poważne”, a obie strony uściśliły swoje stanowiska i określiły obszary, w których możliwy jest postęp. Minister Arakczi twierdzi, że rozmawiano tylko o programie atomowym, ponieważ Iran nie jest zainteresowany żadnym innym tematem w rozmowie z Amerykanami.
Nie było żadnych wspólnych zdjęć, wspólnych oświadczeń, a Kushner i Witkoff do tego momentu nie skomentowali przebiegu rozmów. Z Omanu Witkoff wybiera się do Kataru na rozmowę z katarskim ministrem spraw zagranicznych.
We wcześniejszych deklaracjach Amerykanie chcieli poruszyć z Irańczykami znacznie szerszy zakres tematów. To m.in. irańskie wsparcie dla swoich regionalnych, niepaństwowych sojuszników, jak Hezbollah w Libanie i Huti w Jemenie czy wykorzystanie przez Iran rakiet balistycznych. Kwestie te miały też być na agendzie według propozycji Kataru, Turcji i Egiptu. Nie można wykluczyć, że je poruszono, ale obie strony zdecydowały się zachować poufność, by Irańczycy mogli podtrzymać swoją dotychczasową opowieść o rozmowach z Amerykanami.
Irańczycy twierdzą jednak, że nie ugięli się w temacie wzbogacania uranu ani przekazania krajom trzecim wysoko wzbogaconego uranu. Oraz, że Amerykanie zgodzili się na dalsze rozmowy. Jeśli jednak za kulisami nie dzieje się coś znacząco odbiegającego od tego, co mediom przekazują Irańczycy, oznaczałoby to, że nie zmieniło się nic. A jeśli tak – to trudno znaleźć pole, gdzie szybko dałoby się dojść do jakiegoś porozumienia.
Donald Trump najpewniej szuka szybkiego rozwiązania. Irańczycy zachowują się tak, jakby grali na czas. Do czasu, gdy ktoś ze strony amerykańskiej wyda jakieś oświadczenie, trudno jest wyciągać głębsze wnioski. Pamiętajmy jednak, że wszystko dzieje się w sytuacji, gdzie Amerykanie zgromadzili w rejonie Zatoki Perskiej siły, które mogą w stosunkowo niedługim czasie ostrzelać wiele celów wewnątrz Iranu.
Oba kraje znalazły się bardzo trudnym położeniu we wzajemnych stosunkach. Z obu stron padło wiele gróźb; irański rząd dokonał w styczniu krwawej pacyfikacji protestów i najpewniej zabił tysiące osób, z żadnej ze stron nie widać faktycznej dobrej woli w dialogu. A jeśli chcą uniknąć wojny, to będzie jej potrzeba sporo.
Przeczytaj także:
Całkowity zakaz przewozu rosyjskiej ropy wprowadzony we współpracy z krajami G7, sankcje na banki i rynek kryptowalut, ograniczenia w eksporcie – tak KE próbuje osłabić Kreml tuż przed 4. rocznicą pełnoskalowej inwazji na Ukrainę
To już 20. unijny pakiet sankcji wobec Rosji. Tym razem Komisja Europejska proponuje całkowity zakaz przewozu rosyjskiej ropy drogą morską. Oznacza to dokładnie, że europejskie statki nie będą mogły transportować ropy z Rosji, a statki spoza wspólnoty nie będą mogły korzystać z europejskich ubezpieczeń, czy z europejskich portów. „To spowoduje dalsze zmniejszenie dochodów Rosji z energii i utrudni jej znalezienie nabywców na ropę” – oceniła szefowa KE Ursula von der Leyen.
To rozwiązanie ma być wprowadzone wspólnie z grupą G7, do której poza zrzeszonymi w UE Niemcami, Francją i Włochami należą też USA, Kanada, Japonia i Wielka Brytania.
KE chce ponadto wpisać kolejne 43 satki z rosyjskiej floty cieni na czarną listę.
Rosyjski sektor energetyczny ma też osłabić zakaz świadczenia usług konserwacyjnych dla tankowców LNG i lodołamaczy. To rozwiązanie może jeszcze bardziej ograniczyć możliwości eksportu gazu.
Komisja Europejska wprowadzi też sankcje wobec 20 regionalnych banków, zaostrzone zostaną ograniczenia dla rosyjskiego rynku kryptowalut.
Zakaz importu będzie dotyczyć metali, chemikalii i minerałów o znaczeniu krytycznym, czyli dotknie rynku o wartości 570 milionów euro.
Komisja chce wprowadzić kolejny pakiet sankcji w czwartą rocznicę wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie, 24 lutego 2026. Wcześniej plan KE muszą jednomyślnie zaakceptować państwa członkowskie.
„Podczas gdy Ukraina nadal broni się z niezwykłą odwagą na polu walki, Kreml podwaja skalę zbrodni wojennych, celowo atakując domy i infrastrukturę cywilną. Ataki na obiekty energetyczne i systemy grzewcze pozostawiają całe społeczności bez prądu przy ujemnych temperaturach” – oświadczyła w piątek 6 lutego Ursula von der Leyen, prezentując nowy pakiet sankcji.
Sytuacja gospodarcza Rosji ma ogromne znaczenie dla losów wojny. Im trudniejsza, tym większa szansa na to, że wojenny zapał Putina się wyczerpie.
Od samego początku pełnoskalowej inwazji Putina na Ukrainę ekonomiści twierdzili, że wojna skończy się dla Rosji ekonomiczną katastrofą. Z drugiej strony, przez ostatnie trzy i pół roku Moskwa mogła pochwalić się dobrymi wynikami gospodarczymi. Jeszcze rok temu rosyjski PKB urósł o 4,3 proc. Jednak potencjał gospodarczy kraju, napędzanego wojną, powoli wyczerpuje się. Wciąż daleko jednak do recesji. Kreml w najnowszym budżecie założył wzrost PKB w 2026 o 1,3 proc., w 2027 – 2,8 proc., a w 2028 roku – 2,5 proc. Prognozy Międzynarodowego Funduszu Walutowego oraz Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) są mniej optymistyczne niż rosyjskie. Przewidziano w nich niższy wzrost gospodarczy, tj. zwiększenie PKB w 2026 r. o odpowiednio 1,1 proc., a rok później o 0,7 proc.
Największym problemem dla Rosji będą ceny ropy na światowych rynkach. „Kreml będzie się starał minimalizować negatywne konsekwencje niskich cen ropy poprzez osłabienie kursu rubla” – przewidywali analitycy z OSW.
Brytyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych i Współpracy Rozwojowej (FCDO) szacowało, że sankcje nałożone na Rosję pozbawiły państwo rosyjskie co najmniej 450 miliardów dolarów funduszy na prowadzenie wojny w okresie od lutego 2022 r. do czerwca 2025 r.
Analiza ekspertów z think tanku Bruegel z lipca 2025 pokazuje, że rosyjska gospodarka ponosi skumulowane koszty strukturalne — spowolnienie wzrostu, problemy z inwestycjami i technologią oraz trudności budżetowe. Bruegel podkreśla, że „model gospodarczy Rosji pod wpływem sankcji i wojny ”traci efektywność".
Przeczytaj także:
W Portugalii skrajna prawica domaga się przesunięcia drugiej tury wyborów prezydenckich. Po kolejnej falii ulewnych deszczów w 69 regionach ogłoszono stan klęski żywiołowej
Ulewne deszcze i silne wiatry nadal pustoszą Półwysep Iberyjski. W środę 4 lutego do Portugali i Hiszpanii dotarł huragan Leonardo, wywołując gwałtowne powodzie.
W nocy z czwartku na piątek służby pomagały uciekać przed zagrożeniem mieszkańcom Kordoby, których domostwa znajduja się w pobliżu rzeki Gwadalkiwir. Nakaz opuszczenia swoich domów odebrało też 1,5 tys. osób żyjących w górskiej, tustycznej wiosce Grazalema, gdzie woda spływała po stromych brukowanych uliczkach i zaczynała przedostawać się przez ściany budynków. Zaledwie w ciągu 24 godzin w Grazelema spadło ponad 400 milimetrów deszczu – tyle samo, co w ciągu całego roku w Madrycie. Lokalne władze ostrzegały, że gwałtowne opady mogą doprowadzić do osunięć ziemi. W sumie w Andaluzji ewakuowano ponad 7 tys. osób. Jedną osobę uznaje się za zaginioną.
Portugalia, wciąż walcząca ze skutkami ubiegłotygodniowego orkanu Katrina, który zabił co najmniej 5 osób, również zmaga się z żywiołem. W sumie od środy ewakuowano ponad 11 tys. osób, zginęła jedna osoba.
Najtrudniejsza sytuacja jest Alcácer do Sal, miasteczku na południu od Lizbony, gdzie rzeka Sado wystąpiła z brzegów. Woda sięga nawet do pasa, zalane są główne ulice.
W Porto, drugim co do wielkości mieście w Portugalii, rzeka Douro wylała w piątek wczesnym rankiem. Ucierpiała głównie infrastruktura gastronomiczna.
Szef portugalskiej służby ochrony ludności ostrzegał, że Portugalii grozi największe zagrożenie powodziowe wzdłuż rzeki Tag od prawie trzech dekad.
Stan klęski żywiołowej ogłoszono w 69 regionach.
Kataklizmy przeszkadzają też w kalendarzu wyborczym. W niedzielę 8 lutego w Portugalii odbędzie się druga tura wyborów prezydenckich. Zmierzą się w niej André Ventura, lider skrajnie prawicowej partii Chega oraz socjalista Antonio Jose Seguro. Przedwyborcze sondaże dają przewagę Seguro, który może liczyć na 56 proc. poparcia. Ventura może być pewny co czwartego głosu, ale wciąż sporo osób się waha albo deklaruje, że odda pusty głos.
Dla Ventury już samo wejście do drugiej tury wyborów było wielkim sukcesem – Chega, budująca swoją popularność na konfrontacyjnym przekazie, w tym niechęci do społeczności romskiej, umocniła się w mniejszościowej centroprawicowej koalicji, a jej lider zyskał ważne miejsce na rozedrganej scenie politycznej.
Ventura zaapelował jednak, żeby w obliczu widma powodzi, głosowanie przesunąć choćby o tydzień. Tłumaczył, że wybory powinny być równe dla wszystkich Portugalczyków.
„Stan wyjątkowy, ostrzeżenia pogodowe lub ogólnie niekorzystne warunki nie są same w sobie wystarczającym powodem do przełożenia głosowania w mieście lub regionie” – stwierdziła jednak krajowa komisja wyborcza.
Wyborcy ruszą więc do urn zgodnie z planem.
Przeczytaj także:
„Będziemy musieli wystąpić do Stanów Zjednoczonych o udostępnienie dokumentacji, która nie została ujawniona” – zapowiedział minister sprawiedliwości Waldemar Żurek
Tropienie polskich wątków w aktach Jeffreya Epsteina zapowiedział premier Donald Tusk. W piątek 6 lutego minister sprawiedliwości Waldemar Żurek podczas konferencji prasowej poinformował o pierwszych działaniach specjalnej komisji, która ma przeanalizować dokumenty i przeprowadzić krajowe śledztwo w sprawie międzynarodowej siatki przestępców seksualnych.
„Mamy ślady, że werbunek kobiet, być może także nieletnich, odbywał się w Polsce. Na pewno będziemy musieli wystąpić do Stanów Zjednoczonych o udostępnienie dokumentacji, która nie została ujawniona” – przekazał Żurek.
Polski zespół prokuratorów ma współpracować z bliźniaczymi jednostkami uruchomionymi w innych europejskich krajach.
Żurek, pytany o medialne doniesienia w sprawie współpracy Epsteina z rosyjskim wywiadem, mówił, że „sprawa brzydko pachnie”.
„Rosyjski wywiad ma takie magiczne słowo: kompromaty. Nic nie dzieje się przypadkiem w ich służbach” – ocenił.
Sprawa Jeffreya Epsteina wróciła na nagłówki gazet po tym, jak amerykański Departament Stanu odtajnił ponad 3 mln stron maili i dokumentów ze śledztw, 180 tys. zdjęć oraz ok. 2 tys. nagrań.
Jak pisał w OKO.press Radosław Korzycki, w tym archiwum nie znajdziemy prostej listy oskarżonych, raczej siatkę powiązań, która tłumaczy, dlaczego przez lata problem bagatelizowano.
Ilość materiału, a także nazwiska najbardziej wpływowych ludzi świata, przewijające się w różnej formie w korespondencji, sprawiają, że wokół sprawy mnożą się teorie spiskowe – szczególnie, że administracja Donalda Trumpa zarzuciła opinię publiczną obszernym materiałem dowodowym, jednocześnie wymazując z dokumentów spore fragmenty tekstu (np. potencjalną listę współoskarżonych). Fakty o kontaktach towarzysko-biznesowych, mieszają się z anonimowymi donosami do FBI, kartkami z kalendarza, korespondencją z kontrahentami, a nawet zapiskami, które sam do siebie wysyłał Epstein. To tylko podsyca aurę skandalu i oddala od zrozumienia całej sprawy.
Polskie wątki, które przewijają się w dokumentach, wskazują na kontakty z polskimi modelkami, czy kontrakt na wypożyczenie łodzi motorowej od polskiej firmy.
Premier Donadl Tusk, informując o powołaniu specjalnej komisji, sugerował, że badane będzie zaangażowanie rosyjskich służb w sprawę.
Sprawa na całym świecie ma dwie odnogi: kryminalną i polityczną. Polski premier Epsteinem chciał uderzył też w ślepą miłość PiS i Karola Nawrockiego do administracji Donalda Trumpa.
Podczas posiedzenia rządu mówił: „Każdy przyzwoity człowiek powinien wykluczać jakiekolwiek relatywizowanie kwestii pedofilii. To jest zbrodnia przeciwko dzieciom”.
Jak pisał w OKO.press Korzycki: „Nowe akta nie dostarczają dowodów na to, by Trump był beneficjentem, uczestnikiem czy współsprawcą przestępstw Epsteina. Jednocześnie pokazują, jak trudno w przypadku tej sprawy oddzielić fakty od insynuacji, a realne relacje od mitologii wytworzonej wokół jednego z największych skandali obyczajowo-finansowych współczesnej Ameryki. To właśnie ta niejednoznaczność — a nie konkretne zarzuty — stanowi dziś najważniejsze znaczenie obecności nazwiska Trumpa w ujawnionych dokumentach”.
Przeczytaj także:
Do ataku w stolicy Pakistanu doszło podczas porannych modlitw. Nie żyje co najmniej 31 wiernych, 169 jest rannych – podają agencje informacyjne
Celem ataku był szyicki meczet na obrzeżach Islamabadu, w którym trwały modlitwy. Zamachowiec-samobójca zabił co najmniej 31 osób, ranił 169. Stan części osób przewiezionych do szpitala jest krytyczny.
„Właśnie rozpoczęliśmy modlitwę, kiedy usłyszeliśmy odgłos strzałów, a następnie potężną eksplozję” – powiedział CNN 47-letni Syed Ameer Hussain Shah. „Ja również zostałem ranny. W tym czasie sala meczetu była pełna, znajdowało się w niej ponad 400 wiernych” – relacjonował mężczyzna.
Jak podaje Reuters, zdjęcia wykonane po ataku pokazują ciała leżące na podłodze meczetu pokryte krwią i otoczone odłamkami szkła oraz gruzem.
Zamach potępił prezydent Pakistanu Asif Ali Zardari. Ataki na niewinnych cywilów nazwał „zbrodnią przeciwko ludzkości”. Dodał, że cały naród stoi „ramię w ramię z dotkniętymi rodzinami”.
Nikt oficjalnie nie przyznał się do ataku, ale wewnętrzne śledztwo wskazuje, że za zamachem stoją pakistańsscy talibowie, czyli Tehrik-i-Taliban Pakistan (TTP).
Szyici stanowią mniejszość w 260-milionowej populacji Pakistanu. Sunnicy bojownicy z TTP, współpracujący z ekstremistami z tzw. Państwa Islameskiego na terenie Syrii i Iraku, uważają ich za heretyków. Mimo że szyickie świątynie są pilnie strzeżone, szczególnie w stolicy Pakistanu, akty terroryzmu nie ustają.
Jak podaje CNN, piątkowy zamach był najtragniczniejszym w skutkach od stycznia 2023, gdy wybuch w meczecie w mieście Peszawar zabił ponad sto osób.
Przeczytaj także: