Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Tusk: jeszcze dziś ministra Dziemianowicz-Bąk dostanie rekomendacje, by podjąć prace w sprawie projektu o PIP. Według Czarzastego zakładać ma on, że decyzja PiP o zmianie fikcyjnego B2B w etat nie wejdzie w życie, póki nie potwierdzi jej sąd.
Jeszcze dziś ministra rodziny, pracy i polityki społecznej Agnieszka Dziemianowicz-Bąk dostanie rekomendacje, by wraz z ministrem sprawiedliwości Waldemarem Żurkiem podjąć pracę ws. projektu ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy – przekazał w piątek premier Donald Tusk po spotkaniu z marszałkiem Sejmu.
Wcześniej prace nad projektem pozwalającym Państwowej Inspekcji Pracy zamieniać fikcyjne umowy B2B w umowy o pracę zostały przez premiera zatrzymane. I to już na etapie prac samego rządu – po akceptacji projektu przez Stały Komitet Rady Ministrów. „Przesadna władza dla urzędników, którzy będą decydowali o tym, jak się kto zatrudnia, byłaby bardzo destrukcyjna dla bardzo wielu firm i mogłaby także oznaczać utratę pracy dla wielu ludzi” – oznajmił 7 stycznia premier.
W piątek Tusk spotkał się z liderem Lewicy, z której wywodzi się ministra pracy Dziemianowicz Bąk – marszałkiem Sejmu Włodzimierzem Czarzastym. Po spotkaniu obaj politycy przekazali, że sprawa reformy PIP będzie miała ciąg dalszy.
„Było oczywiste, że znajdziemy taki sposób postępowania, żeby powstał dobry projekt, który nie będzie dawał pełnej, samowolnej władzy urzędnikom, ale będzie jednocześnie chronił pracowników przed nadużywaniem i złym wykorzystaniem elastycznych form zatrudnienia” – powiedział Tusk.
„Idziemy w tym kierunku, że dopóki sąd nie wyda decyzji, to decyzja urzędnika nie będzie w tej sprawie obowiązywała (...) Jesteśmy zainteresowani tym, żeby sprawy związane z nieuczciwym stosowaniem umów śmieciowych zakończyć” – doprecyzował Czarzasty.
Przeczytaj także:
Polska ma duży problem z umowami śmieciowymi. Według GUS prawie 1,5 mln osób jest zatrudnionych wyłącznie na podstawie umów zlecenia i pokrewnych umów, a ta liczba z roku na rok rośnie. Do tego coraz popularniejsze jest zastępowanie umów o pracę umowami typu b2b – dochodzi wtedy do tzw. fikcyjnego samozatrudnienia.
Nadanie Państwowej Inspekcji Pracy tych uprawnień to jeden z tzw. kamieni milowych, od którego realizacji zależy wypłata środków z Krajowego Planu Odbudowy. Unii Europejskiej zależy, by pojęcia prawne, takie jak etat czy działalność biznesowa, znaczyły to samo na terenie całej Unii. Bo tylko tak może rozwijać się wspólny rynek.
Przeczytaj także:
We wcześniejszej wersji KPO mowa była o pełnym oskładkowaniu umów cywilnoprawnych. Rząd zrezygnował z niego pod naciskiem organizacji przedsiębiorców. Zamiast tego zobowiązał się do działania, które "polega na wejściu w życie aktu ustawodawczego upoważniającego Państwową Inspekcję Pracy do wydawania decyzji administracyjnych przekształcających umowy cywilnoprawne w umowę o pracę oraz na podjęciu szeregu działań mających na celu zwiększenie zdolności Państwowej Inspekcji Pracy.
Wycofanie projektu na końcu prac w rządzie, po uzgodnieniach międzyresortowych i konsultacjach dowodzi, że powody wolty premiera są polityczne, nie merytoryczne.
„Bardziej aspiracyjne i tożsamościowe jest w Polsce bycie przedsiębiorcą (w tym jednoosobowym), niż pracownikiem” – pisze w analizie dla OKO.press Zofia Smełka-Leszczyńska.
Przeczytaj także:
„Polacy od początku transformacji karmieni są legendami o tym, że przedsiębiorca to filar, na którym wspiera się polska gospodarka. W blasku narracji o wizjonerach podbijających dzięki swojej odwadze zagraniczne rynki grzeją się chętnie nie tylko właściciele średnich firm, ale i jednoosobowe działalności gospodarcze. Nawet ci, którzy nie zarywają nocy i nie ponoszą wielkiego biznesowego ryzyka, bo jedynym celem ich funkcjonowania w ramach B2B jest optymalizacja podatkowa dzięki przejściu na podatek liniowy”.
I zapewne to bierze pod uwagę Tusk.
Sejm uchwalił 9 stycznia ustawę budżetową. Prezydent ma 7 dni na decyzję o podpisaniu ustawy lub skierowaniu go do Trybunału Konstytucyjnego.
Sejm przyjął część poprawek Senatu. Wśród nich jest m.in. przekazanie 3 mln zł odebranych Trybunałowi Konstytucyjnemu na program zakupu książek przez Bibliotekę Narodową. Inna senacka poprawka polega na przesunięciu ok. 5 mln zł na Europejskie Centrum Solidarności z budżetu m.in. IPN.
Ustawa budżetowa na 2026 rok zakłada, że wydatki państwa wyniosą 918,9 mld zł, a deficyt budżetowy – 271,7 mld zł. Dochody budżetu państwa zaplanowano na 647,2 mld zł. Wpływy z VAT mają wynieść 341,5 mld zł, 103,3 mld zł budżet ma uzyskać z akcyzy, 80,4 mld zł z podatku dochodowego od osób prawnych (CIT) oraz 32 mld zł z podatku dochodowego od osób fizycznych (PIT).
Wydatki na obronę narodową przekraczają 200 mld zł, co odpowiada 4,81 proc. PKB. Na ochronę zdrowia ma pójść 247,8 mld zł, co stanowi 6,81 proc. PKB – podaje PAP.
Relacja państwowego długu publicznego do PKB ukształtuje się na poziomie 53,8 proc. Pozostaje poniżej progu ostrożnościowego 55 proc. określonego w ustawie o finansach publicznych.
Przeczytaj także:
Ustawa budżetowa to jedyna ustawa, której prezydent nie może zawetować. Musi ją podpisać albo skierować do TK. Wtedy jednak rząd może wydawać pieniądze publiczne zgodnie z projektem.
Poprzednik Karola Nawrockiego Andrzej Duda podpisywał budżet obecnej koalicji rządowej, choć część przepisów wysyłał do TK w trybie kontroli następczej. W maju 2025, tuż przed wyborami prezydenckimi, TK Bogdana Święczkowskiego uznał, że cięcia wydatków na tenże Trybunał i Krajową Radę Sądownictwa są niekonstytucyjne. Rząd wyroku nie opublikował ze względu na wadliwe obsadzenie Trybunału.
Przeczytaj także:
Szczególność ustawy budżetowej polega też na tym, że jeśli parlament się z nią spóźni (nie uchwali go w ciągu czterech miesięcy od otrzymania projektu) prezydent zyskuje prawo do rozwiązania go i ogłoszenia wyborów. Budżet na 2026 r. został uchwalony na czas.
W PiS pojawiają się jednak pomysły, że jeśli prezydent wyśle ustawę do TK, można to uznać za niedotrzymanie konstytucyjnego terminu.
Przeczytaj także:
Bardzo dobra atmosfera i wspólna linia w sprawie Ukrainy, a szerzej bezpieczeństwa – tyle dowiedzieliśmy się o spotkaniu premiera i prezydenta
Piątkowa rozmowa Donalda Tuska i Karola Nawrockiego trwała godzinę. Tuż po spotkaniu rzecznik prezydenta Rafał Leśkiewicz przekazał, że szef rządu i głowa państwa rozmawiali o warunkach pokoju w Ukrainie i kwestiach bezpieczeństwa.
Leśkiewicz stwierdził, że w tych sprawach nie ma konfliktu, a politycy „podkreślili zgodnie, że nic o Ukrainie bez Ukrainy”, a pokój musi być zawarty „na takich warunkach, na jakie zgodzi się Ukraina”.
„To spotkanie przebiegło w konstruktywnej, merytorycznej atmosferze. Obaj panowie określili też swoje zadania w zakresie uczestnictwa w negocjacjach dotyczących pokoju w Ukrainie” – dodał rzecznik prezydenta.
O bardzo dobrej, wciąż świątecznej atmosferze spotkania z prezydentem mówił też podczas konferencji prasowej premier Donald Tusk. „W sprawach bezpieczeństwa będziemy starali się kształtować z prezydentem Nawrockim jedną linię” – mówił ogólnie premier. „Uzgodniliśmy, że plan odbuowy Ukrainy i pokojowy będzie wymagał ratyfikacji, po to, żeby zbudować szeroki, narodowy konsensus wokół spraw bezpieczeństwa” – dodał Tusk.
Otoczenie premiera informowało, że do ostatniego kontaktu Nawrockiego i Tuska doszło 12 września, po tym, jak rosyjskie drony wleciały w polską przestrzeń powietrzną. Wówczas zapowiadało się, że w sprawach bezpieczeństwa porozumienie i ścisła współpraca będą możliwe, ale kanały komunikacji wyciszono. Obydwu politykom gra na konflikt (raczej) służy, szczególnie w sprawach krajowych. Nawrocki ma być w oczach własnych wyborców tym, który dobija nieudolny rządu Tuska, a Tusk może pokazywać, że wrogi obóz polityczny szkodzi państwu i obywatelom – wszak prezydent wetuje wiele ustaw, na które czekają nie tylko wyborcy rządzącej koalicji. Także w polityce zagranicznej Tusk i Nawrocki reprezentują inne podejścia: prounijne versus protrumpowskie.
Przeczytaj także:
To weto w imię wolności słowa – przekonuje prezydent Karol Nawrocki. A minister cyfryzacji odpowiada: „najpierw algorytmy, najpierw hejt, najpierw zło – dopiero potem obywatele. Wstyd”
W piątek 9 stycznia prezydent Karol Nawrocki poinformował, że podpisał dwanaście ustaw. Wśród nich: zmiany w kodeksie pracy i planach inwestycyjnych gmin, poprawa bezpieczeństwa Bałtyku, czy uporządkowanie spółdzielni mieszkaniowych. Prezydent podkreślił, że od początku kadencji podpisał w sumie 144 ustaw, które skierował na jego biurko Parlament. „Są granice, których przekroczyć jednak nie wolno” – dodał Nawrocki, informując o trzech kolejnych wetach.
Najważniejsze weto dotyczy nowelizacji ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną, która miała zapewnić skuteczne stosowanie w Polsce przepisów unijnego Aktu o usługach cyfrowych (DSA), dotyczącego m.in. blokowania nielegalnych treści w internecie.
Chodzi m.in. o groźby karalne, namowę do popełnienia samobójstwa, pochwalanie zachowań o charakterze pedofilskim, propagowanie ideologii totalitarnych, a także nawoływanie do nienawiści i znieważanie na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych – w tym treści zawierające mowę nienawiści.
Blokowaniu mogłyby podlegać też treści naruszające prawa autorskie lub odnoszące się do nielegalnej sprzedaży towarów i nielegalnego świadczenia usług.
Autorzy zablokowanych treści mogliby odwołać się od urzędniczej decyzji do sądu w ciągu 14 dni.
W uzasadnieniu weta Karol Nawrocki podkreślił, że ustawa miała chronić dzieci przed zagrożeniami cyfrowymi, ale złe wrzutki legislacyjne rządu zepsuły cały projekt. Nawrockiemu nie podoba się przede wszystkim, że kontrolę nad blokowaniem treści mieliby „urzędnicy podlegli rządowi”, a nie niezależne sądy.
Według prezydenta przypomina to fabułę książki George'a Orwella „Rok 1984”.
„Aby przykryć cenzorskie zapędy, użyto dobra dzieci” – stwierdził Nawrocki.
„Miało ono stać się cynicznym parawanem, za którym ukryta zostanie realna intencja, czyli swoboda kontroli wypowiedzi” – dodał prezydent. I zaapelował do rządu o szybkie poprawki.
W odpowiedzi minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski, stwierdził, że prezydenckie weto nie jest obroną wolności słowa, ale „klauzulą bezpieczeństwa dla pedofilów i oszustów, którzy mogą czuć się w polskiej sieci bezkarni”.
„Ta ustawa stawiała obywateli na pierwszym miejscu: wzmacniała prawo do odwołania od decyzji platformy, dawała prawo do życia bez hejtu, oszustw i brudnych kampanii z zagranicy. Chroniła dzieci przed przemocą i pedofilami. Chroniła rodziny przed dezinformacją. Chroniła Polskę przed ruską propagandą. Chroniła wreszcie użytkowników przed algorytmami, które dziś decydują, co widzimy online. Wetując DSA Prezydent mówi: najpierw algorytmy, najpierw hejt, najpierw zło – dopiero potem obywatele. Wstyd!” – napisał Gawkowski.
Prezydent zawetował też Ustawę o Narodowym Centrum Badań i Rozwoju (NCBR) oraz Ustawę dotycząca rynku ubezpieczeń. Podczas kilkumiesięcznej kadencji Karol Nawrocki sięgał po weto chętniej i częściej niż jego poprzednicy. W sumie zablokował w ten sposób już 23 ustawy.
O tej strategii opowiadały w Programie Politycznym Agata Szczęśniak i Dominika Sitnicka.
Przeczytaj także:
„Choć sprawca dotychczas nosił mundur, to jednak policja zawsze będzie stać po stronie ofiary, dlatego nie było żadnych wątpliwości i także postępowanie w związku z wydaleniem tego funkcjonariusza z naszej formacji zostało wszczęte w trybie pilnym” – oświadczyła KGP
3 stycznia 2026 w koszarach oddziału prewencji policji w Piasecznie pijany dowódca miał zgwałcić 22-letnią policjantkę.
Jak przekazał 9 stycznia w Sejmie szef MSWiA Marcin Kierwiński, do zdarzenia doszło o 3:30 w nocy. Wcześniej funkcjonariusze policji, wbrew wewnętrznym przepisom, spożywali na terenie placówki alkohol. Poszkodowana kobieta o gwałcie najpierw poinformowała kolegów, a ci zaalarmowali służby.
Jak podaje w najnowszym oświadczeniu Komenda Główna Policji, zgłoszenie w sprawie popełnienia przestępstwa wpłynęło do dyżurnego Odziału Prewencji Policji o godzinie 5:30. Dowódca, który dopuścił się gwałtu, zdążył opuścić jednostkę i udać się do domu. Został zatrzymany o godzinie 7:00, 40 minut po tym, jak po razy pierwszy przesłuchano policjantkę. Do formalnego zatrzymania podejrzanego doszło o godzinie 14.45, po zakończeniu czynności procesowych realizowanych z pokrzywdzoną.
41-letni mężczyzna usłyszał zarzut gwałtu i wymuszenia innej czynności seksualnej. Grozi mu od 2 do 15 lat pozbawienia wolności.
Komenda Główna podkreśla, że od samego początku, zarówno pokrzywdzonej, jak i rodzinie sprawcy udzielono pomocy psychologicznej. W jednostce trwają kontrole zarządzone przez komendantów głównego i stołecznego. Oddzielnie postępowania sprawdzające prowadzi inspektor wyznaczony przez MSWiA.
„Choć sprawca dotychczas nosił mundur, to jednak policja zawsze będzie stać po stronie ofiary, dlatego nie było żadnych wątpliwości i także postępowanie w związku z wydaleniem tego funkcjonariusza z naszej formacji zostało wszczęte w trybie pilnym” – zaznaczyła w oświadczeniu KGP.
„Nie ma zamiatania sprawy pod dywan i to jest bardzo dobra informacja przede wszystkim dla obywateli” – komentował sprawę w czwartek 8 grudnia na antenie Polsat News minister sprawiedliwości Waldemar Żurek.
„Bez względu na to, kto jakie stanowisko zajmuje, czy jest w mundurze, czy jest w służbach, czy jest Kowalskim, który popełnia przestępstwa – wszyscy jesteśmy równi wobec prawa” – dodał szef resortu sprawiedliwości.
Przeczytaj także: