Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Prokuratura zarzuca funkcjonariuszowi przekroczenie uprawnień. Mężczyzna nie przyznał się do winy. Grozi mu kara do 10 lat pozbawienia wolności
W czwartek 19 marca przed Sądem Rejonowym dla Warszawy-Śródmieścia ruszył proces przeciwko policjantowi, który przekroczył uprawnienia używając gazu wobec posłanki Lewicy Magdaleny Biejat.
Chodzi o wydarzenia sprzed ponad 5 lat. 18 listopada 2020 na pl. Powstańców Warszawy trwał protest przeciwko ograniczeniu prawa do aborcji przez Trybunał Konstytucyjny.
"Policjanci ciągnęli ludzi po ziemi, bili pałkami na oślep, strzelali gazem, wciągali za kordon. Podeszłam do nich z legitymacją poselską. Prosiłam, by nie używali siły. W tym momencie policjant strzelił mi gazem w twarz” – tak wydarzenia, do których doszło podczas protestu Strajku Kobiet, relacjonowała dla OKO.press Magdalena Biejat.
Polityczka tłumaczyła, że tego dnia była na proteście w ramach interwencji poselskiej.
Prokuratura ustaliła, że osobą, która prysnęła gazem pieprzowym w twarz pokrzywdzonej, był nieumundurowany policjant, który „następnie ukrył się za szpalerem umundurowanych funkcjonariuszy”.
Wcześniej śledztwo zostało dwukrotnie umorzone i to z tego samego powodu – niewykrycia sprawcy. Dopiero w grudniu 2025 udało się postawić zarzuty. Oskarżonym jest były funkcjonariusz policji Sebastian S.
Jak wyjaśniał prokurator Piotr Skiba, mężczyzna miał pryskać posłance w twarz z odległości mniejszej niż dwa metry, co było niezgodne „z zasadami taktyki i techniki interwencji policyjnej, zasadą proporcjonalności użycia sił i środków, a także z zasadami niezbędności i celowości określonymi w ustawie o środkach przymusu bezpośredniego i broni palnej oraz niezgodne z ustawą o wykonywaniu mandatu posła i senatora”.
Zdaniem biegłego użycie gazu było „niezasadne i nieadekwatne do poziomu zagrożenia, stanowiło zbyt drastyczny środek przymusu i nieadekwatne do poziomu zagrożenia”.
Sebastian S. nie przyznał się do winy i odmówił składania wyjaśnień. Grozi mu kara do 10 lat więzienia.
Przeczytaj także: