Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
„Decyzja ta jest następstwem gruntownej analizy rozmieszczenia sił w Europie i wynika z potrzeb oraz warunków panujących na miejscu” – informuje Pentagon.
„Sekretarz wojny (Pete Hegseth – na zdjęciu obok Donalda Trumpa) nakazał wycofanie około 5 tysięcy żołnierzy z Niemiec” – podał rzecznik Pentagonu Sean Parnell.
Operacja wycofywania zostanie zakończona w ciągu najbliższych 6-12 miesięcy.
Parnell nie sprecyzował jednak, dokąd zostaną przeniesione amerykańskie wojska. W oficjalnym oświadczeniu nie poinformowano również, które bazy obejmuje ta decyzja. Media podają, że część żołnierzy może wrócić do Stanów Zjednoczonych, a następnie zostać skierowana do regionu Indo-Pacyfiku.
Reuters wylicza, że w Niemczech stacjonuje około 35 tys. czynnych żołnierzy amerykańskich, więcej niż gdziekolwiek indziej w Europie. Agencja uzyskała również komentarz wysoko postawionego urzędnika w Pentagonie, który powiedział, że dzięki tej redukcji liczebność wojsk amerykańskich w Europie powróci mniej więcej do poziomu sprzed 2022 r., zanim inwazja Rosji na Ukrainę wywołała koncentrację wojsk przez ówczesnego prezydenta Joe Bidena.
Decyzja Pentagonu jest odpowiedzią na krytykę przebiegu wojny w Iranie ze strony kanclerza Niemiec Friedricha Merza. 27 kwietnia Merz stwierdził, że Irańczycy „upokarzają USA” w rozmowach na temat zakończenia wojny i że nie rozumie, jaką strategię wyjścia obiera Waszyngton. Mówił też, przed atakiem USA i Izraela na Iran 28 lutego nie konsultowano się z państwami europejskimi i wyraził swój sceptycyzm wobec ataku.
W odpowiedzi na ten komentarz Trump zagroził wycofaniem żołnierzy amerykańskich z Niemiec.
„Prezydent słusznie reaguje na te kontrproduktywne uwagi” – powiedział urzędnik, z którym rozmawiał Reuters.
Nie wiadomo, czy USA wycofają wojska z innych krajów Europy. W czwartek 30 kwietnia prezydent Donald Trump na pytanie, czy rozważa wycofanie także z Włoch i Hiszpanii, odpowiedział: „prawdopodobnie”.
Wcześniej Trump starł się z włoską premier Georgią Meloni, również w sprawie Iranu. Prezydent USA powiedział w kwietniu, że Meloni „zabrakło odwagi” i że „zawiodła Waszyngton”. Trump jest też niezadowolony, że państwa NATO nie wysłały swoich marynarek wojennych, aby pomóc w otwarciu Cieśniny Ormuz.
Reuters wylicza, że pod koniec 2025 roku liczba amerykańskich żołnierzy stacjonujących w Europie wynosiła około 68 tysięcy, nie licząc rotacyjnych sił w Polsce.
Przeczytaj także:
Spotkania w wielu miastach w Polsce i wiec przed Stocznią Gdańską – tak lewicowe środowiska uczciły święto pierwszego maja.
Obchody Święta Pracy, czyli międzynarodowego święta solidarności klasy robotniczej, w tym roku są skromniejsze. Ze względu na śmierć i niedawny pogrzeb Łukasza Litewki z organizacji centralnych wydarzeń zrezygnowała Lewica. Organizowane są jednak lokalne wydarzenia.
Lewica i związkowcy z OPZZ zebrali się między innymi przed Pomnikiem Czynu Rewolucyjnego w Rzeszowie. „Święto Pracy to nie jest tylko jeden dzień. To symbol walki o prawa pracownicze, o godność pracy i sprawiedliwość społeczną” – mówił tam przewodniczący Nowej Lewicy w Rzeszowie, Paweł Szczygłowski. Posłowie formacji w Poznaniu apelowali o skrócenie czasu pracy. „Skrócenie czasu pracy, skupienie się na hobby, na rodzinie – to jest to, co nam przyświeca” – przekonywał wiceminister rozwoju i technologii Tomasz Lewandowski.
W Warszawie odbył się przemarsz Inicjatywy Pracowniczej. W Poznaniu odbył się również przemarsz pierwszomajowy, organizowany przez działaczy Razem. W Gdańsku przemawiał lider partii, Adrian Zandberg, który pojawił się podczas wiecu przed bramą nr 2 Stoczni Gdańskiej, kojarzonej ze strajkiem Solidarności z 1980 roku.
„Tutaj w Gdańsku bije źródło Polski solidarnej. Dokładnie w tym miejscu, w którym dziś stoimy, pół wieku temu rozpoczął się robotniczy bunt. Bunt o chleb i wolność” – mówił polityk, odnosząc się też krytycznie do neoliberałów z koalicji rządzącej. – „Na gruzach robotniczej Solidarności, masowego ruchu pracowniczego zbudowano system skrajnie nieprzyjazny dla pracowników. Cały czas normą jest śmieciowe zatrudnienie na rynku pracy. Nadal normą jest wyzysk. Cały czas normą jest to, że igra się ludzkim życiem, igra się ludzkim zdrowiem, żeby tylko podkręcić wskaźniki, żeby tylko zysk był wyższy” – zaznaczał Zandberg.
Przeczytaj także:
Około 50 dronami Rosjanie zaatakowali miasto Tarnopol na Zachodzie Ukrainy. Była to część większej, dziennej ofensywy dronowej agresora.
Maszyny typu Szahed wycelowane były w obiekty infrastruktury i zakłady przemysłowe. Wiadomo o co najmniej 10 rannych osobach, w tym kilku ciężko. Mer miasta Serhij Nadał poinformował, że nie ma na razie informacji o zabitych ofiarach ataku. Było słychać ponad 20 wybuchów. Są trafienia w obiekty infrastruktury i obiekty przemysłowe" – przekazał w swoim komunikacie. W części ukraińskiego miasta nie ma prądu.
Atak na Tarnopol był częścią większej operacji dronowej. Wystrzelono ponad 400 dronów, Siły Zbrojne Ukrainy były w stanie unieszkodliwić przynajmniej 388 z nich.
Według wstępnych raportów do godziny 15:30 ukraińska obrona powietrzna zestrzeliła lub obezwładniła 388 rosyjskich dronów różnych typów nad północą, południem, centrum i zachodem kraju. Odnotowano trafienia 16 szturmowych bezzałogowych statków powietrznych w sześciu lokalizacjach, a odłamki zestrzelonych dronów spadły w 11 lokalizacjach" – przekazywała Ukraińska Prawda.
W ostatnich dniach prezydent USA Donald Trump sugerował, że pomiędzy Rosją a Ukrainą możliwy jest „malutki rozejm”. Mógłby obowiązywać on w rosyjski Dzień Zwycięstwa, czyli rocznicę zakończenia działań Armii Czerwonej podczas II Wojny Światowej. Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski informował, że jego urzędnicy są w kontakcie z Amerykanami, a Kreml zapowiedział, że nie będzie rozmawiał o zawieszeniu broni bezpośrednio z Ukraińcami. Wciąż trwają ukraińskie uderzenia dronami i pociskami na cele w głębi Rosji – między innymi rafinerie.
Przeczytaj także:
Od 8 kwietnia w wojnie pomiędzy USA, Izraelem a Iranem obowiązuje zawieszenie broni. Ze Stanów Zjednoczonych płyną jednak doniesienia o tym, że prezydent Donald Trump miał zostać poinformowany o planach nowych uderzeń militarnych.
Agencja Reutera twierdzi, że amerykański lider chciałby w ten sposób osłabić pozycję negocjacyjną Iranu i zmusić Teheran do przyjęcia łagodniejszego stanowiska negocjacyjnego.
Jednocześnie media cytują urzędnika z otoczenia Donalda Trumpa, który miał stwierdzić, że rozejm między USA a Iranem formalnie zakończył działania wojenne między oboma stronami. W ten sposób Waszyngton może też uzasadnić, że nie jest potrzebne pozwolenia ze strony Kongresu na przedłużenie działań militarnych w razie wznowienia ognia. Termin na jego uzyskanie mija dzisiaj. Według logiki Białego Domu nie będzie ono potrzebne, jeśli kolejne ataki będą formalnie uważane za „nową” wojnę.
Iran miał z kolei uruchomić systemy obrony przeciwlotniczej i rozpocząć planowanie poważnej w skutkach odpowiedzi w przypadku wznowienia ataków. Reuters twierdzi, że Amerykanie przygotowują krótkie, ale intensywne uderzenie, po którym może nastąpić atak Izraela. Wysoki rangą urzędnik Zjednoczonych Emiratów Arabskich oświadczył w piątek, że w przypadku kolejnych ustaleń rozejmowych lub pokojowych Iranowi nie można ufać w kwestiach dotyczących Cieśniny Ormuz. Doradca prezydenta ZEA Anwar Gargash stwierdził, że przesmyk pomiędzy Zatoką Perską a Morzem Arabskim powinien pozostawać pod międzynarodową jurysdykcją, by umożliwić przywrócenie ruchu tankowców. Przez Cieśninę Ormuz przepływa około 20 proc. światowych ładunków ropy i gazu skroplonego LNG.
O braku postępów w negocjacjach i możliwym kolejnym uderzeniu Stanów Zjednoczonych na naszych łamach pisał Jakub Szymczak. Jak stwierdził, ewentualny atak nie będzie niespodzianką, a „stanowiska negocjacyjne USA i Iranu są nie do pogodzenia.”
"Było tak w zeszłym roku, było tak w lutym tego roku, przed rozmowami w Islamabadzie po zawieszeniu broni. I tak samo jest teraz.
Dalej obie strony uważają, że negocjują z pozycji siły. Amerykanie – bo są najsilniejszą armią świata i pomimo tego, że wojna nie przebiegła tak, jak wyobrażał to sobie Trump, to dalej mają możliwość zadania Iranowi poważnych ciosów. Iran – bo wytrzymał amerykańsko-izraelski atak, bo pomimo wielu trudności gospodarczych i politycznych system władzy Republiki Islamskiej na razie ustał.
Od momentu, gdy po błyskawicznych negocjacjach za pośrednictwem Pakistanu, wojna została wstrzymana 8 kwietnia, obie strony sugerowały, że pomimo ostrej retoryki, nie mają już chęci na dalszą wymianę ognia. Ta bowiem niesie za sobą spore koszty – polityczne, ekonomiczne, społeczne" – zauważa Szymczak.
Przeczytaj także:
W niedzielę prezydent Karol Nawrocki ma podać pierwsze nazwiska osób powołanych do rady, która ma za zadanie przygotowanie projektu zmiany Konstytucji. Ale nic nie wskazuje na to, żeby w przewidywalnej przyszłości Nawrocki i PiS byli zdolni zmienić ustawę zasadniczą
Zapowiedział to rzecznik prezydenta, Rafał Leśkiewicz. Jak stwierdził, prace nad propozycjami zmian mają zakończyć się przed upływem prezydenckiej kadencji.
„To nie będą spotkania przy kawie i ciasteczkach, a konkretna, merytoryczna praca” – mówił Leśkiewicz. Jak zapowiedział, do zgromadzenia zaproszeni zostaną przedstawiciele klubów i kół poselskich, tak, by projekt ustawy zasadniczej mógł być wypracowany w ramach „pewnego konsensusu politycznego”. Jak dodawał, Pałac Prezydencki nie obawia się zderzenia ze sobą różnych wizji państwa.
„Właśnie o to chodzi, żeby się ścierały różne poglądy, różne opinie. Na początek burza mózgów, wypracowanie wspólnego projektu, który zostanie potem, oczywiście, formalnie procedowany przez polski parlament, zgodnie z zasadami. Referendum jeszcze jest potrzebne – to wszystko to są rzeczy, które są wpisane w ten kalendarz pracy” – mówił rzecznik. Do tej pory Karol Nawrocki powołał przy swoim urzędzie 14 różnych rad o charakterze pomocniczym i konsultacyjnym, a w najbliższych dniach, oprócz tej konstytucyjnej, powstać ma również Rada do spraw Polonii i Polaków za granicą.
Prezydent próbę zmiany konstytucji zapowiedział zaraz po zaprzysiężeniu:
„Przed nami, szanowny panie premierze, panie prezydencie, drodzy członkowie Zgromadzenia Narodowego. Także zadanie dla naszej przyszłości. Takie zadanie, które wymaga już teraz aktywności prezydenta Rzeczypospolitej i wszystkich stronnictw politycznych. Ja z uznaniem patrzę na twórców konstytucji z roku 1997, której jestem i będę strażnikiem konstytucji, która obowiązuje. Natomiast dzisiaj, drodzy państwo, po blisko 30 latach jesteśmy w zupełnie nowej sytuacji społecznej, sytuacji geopolitycznej. Przez te blisko 30 lat wydarzyło się tak wiele sporów kompetencyjnych” – mówił w orędziu przed Zgromadzeniem Narodowym.
W rozmowie z Kanałem Zero Nawrocki zaproponował między innymi przejście do systemu prezydenckiego, w którym to głowa państwa stoi na czele rządu i ma ostateczny głos w najważniejszych dla kraju sprawach. Jak stwierdził, nie upiera się przy tym, ale jego celem jest przeniesienie odpowiedzialności na jeden ośrodek władzy, by uniknąć paraliżu związanego z niezgodą pomiędzy rządem a prezydentem. „W toku kampanii wyborczej naród pokłada nadzieję w swoim prezydencie. Więc albo trzeba Polaków pozbawić prawa wyboru prezydenta i uznać, że mamy system kanclerski, albo zrobić system prezydencki” – mówił Nawrocki.
Zgodnie z art. 235 pkt 4. Konstytucji RP „Ustawę o zmianie Konstytucji uchwala Sejm większością co najmniej 2/3 głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów oraz Senat bezwzględną większością głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby senatorów”.
Obecna opozycja jest bardzo daleka od takiej większości w Sejmie i nic nie wskazuje na to, żeby w przewidywalnej przyszłości się do niej zbliżyła.
Przeczytaj także: