Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego informuje o zatrzymaniu dwóch osób – Białorusina i Polaka – którzy mieli działać na zlecenie obcych służb.
Według funkcjnariuszy mężczyźni przekazywali białoruskiemu aparatowi państwowemu między innymi nagrania wideo z wydarzeń organizowanych przez mniejszość białoruską w Warszawie, które potem następnie wykorzystywane w działaniach propagandowych Mińska..
„To kolejna odsłona sprawy, która pokazuje, że obce służby próbują wykorzystywać nawet legalne wydarzenia społeczne i obywatelskie do realizacji własnych interesów. Celem takich działań jest nie tylko zbieranie informacji, ale również wywieranie presji, zastraszanie środowisk emigracyjnych i wzmacnianie przekazu propagandowego państw wrogich Polsce” – przekazuje ABW.
Wobec Białorusina Sąd zastosował 3-miesięczny areszt. Zatrzymany przez ABW Polak otrzymał zakaz opuszczania kraju połączony z zatrzymaniem paszportu oraz dozór Policji.
Jak ujawnia ABW, zatrzymania są efektem działań, w ramach których już w listopadzie 2025 zatrzymano dwoje obywateli Ukrainy oraz troje obywateli Białorusi. Wszyscy usłyszeli zarzuty działalności na rzecz obcego wywiadu.
„Śledztwo ma charakter rozwojowy. Niewykluczone są kolejne zatrzymania” – przekazuje ABW.
„Funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego zatrzymali 19-letniego Białorusina i 44-letniego Polaka, którzy działali na zlecenie obcych służb. Mężczyźni opłacani przez białoruski wywiad brali udział w organizowanych w Warszawie przez mniejszość białoruską wydarzeniach, na których nagrywali uczestników i robili im zdjęcia. Zebrane materiały – przekazywane za wschodnią granicę – były wykorzystywane przez służby Łukaszenki i reżimową propagandę” – przyznał rzecznik prasowy ministra koordynatora służb specjalnych Jacek Dobrzyński.
Przeczytaj także:
W nocy z pierwszego na drugi lipca na Kijów spadły drony i rakiety. Celem były głównie dzielnice mieszkalne. Rannych jest co najmniej 86 osób. Ukraińskie władze mówią o „nocy terroru”
Głównym celem Rosji był Kijów, ale zaatakowano także inne miasta, w tym: Mikołajów, Krzywy Róg, Połtawę, Charków, Czerkasy. W środę prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski przerwał swoją wizytę w Irlandii i zapowiedział pilny powrót do Ukrainy – w odpowiedzi na informacje o możliwym potężnym ataku Rosji.
W nocy na Kijów spadły drony i pociski balistyczne i manewrujące. Celem ataku było centrum stolicy, budynki i dzielnice mieszkalne. A także dzielnice dyplomatyczne. Jak podają ukraińskie media, zaatakowano ok. 30 celów w stolicy. Część budynków stanęła w ogniu, część jest poważnie uszkodzonych
Na 9:30 dane mówią wzroście liczby ofiar do 13 i rannych do 86. Siedem osób wyciągnięto spod gruzów budynków cywilnych, które stanowiły cel ataku. Wśród rannych jest dwoje dzieci. Po tym, jak władze Ukrainy uprzedziły o możliwym ataku, wielu mieszkańców miasta schroniło się w kijowskim metrze.
Dyrektor Kijowskiej Miejskiej Administracji Wojskowej Timur Tkaczenko potwierdził, że atak dotknął 28 lokalizacji w mieście, głównie budynki mieszkalne i infrastrukturę cywilną.
Rosja przeprowadziła zakrojony na szeroką skalę atak na Ukrainę, wykorzystując drony bojowe oraz różnego rodzaju pociski wystrzeliwane z powietrza, lądu i morza. Ukraińska obrona przeciwlotnicza zestrzeliła 524 z 570 wystrzelonych celów powietrznych, jednak 25 pocisków balistycznych i 12 dronów bojowych dotarło do swoich celów.
Rosyjska agencja RIA Nowosti podaje, że atak był wycelowany w obiekty wojskowe i zakłady przemysłowe, jak fabryka montażu i podzespołów Radioniks, produkująca systemy naprowadzania dla pocisków manewrujących Flamingo, zakład montażowy Atlon Avia Research and Production, produkujący zbrojne w drony An-196 Luty i Magura, a także magazyny paliw.
Atak może być odczytywany jako odwet za skuteczne uderzenia Sił Zbrojnych Ukrainy na infrastrukturę energetyczną w głębi Rosji, przede wszystkim rafinerie i obiekty ważne dla przemysłu naftowego. W związku z nimi w wielu miejscach w kraju agresora występują problemy z dostępnością paliwa na stacjach. W ostatnich dniach ukraińskim dronom udało się uderzyć między innymi w rafinerię w rosyjskiej stolicy, centrum łączności kosmicznej pod Moskwą, zakłady przetwórstwa ropy w Sławiańsku nad Kubaniem niedaleko Krymu. W związku z atakami na infrastrukturę energetyczną i odcięcie dróg lądowych i najważniejszych mostów prowadzących na okupowany przez Rosję Krym na półwyspie ogłoszono stan wyjątkowy. Dziś rano Ukraina zaatakowała rafinerię w Stanicy Ługańskiej w okupowanej części Donbasu.
Przeczytaj także:
Odnaleziono Kaję Kojder-Demską, mieszkającą we wsi pod Krynkami antropolożkę i psycholożkę, która angażuje się w pomoc migrantom na granicy polsko-białoruskiej.
AKTUALIZACJA: Kaja Kojder-Demska została odnaleziona „cała i zdrowa”, poinformowała późnym wieczorem Fundacja Bezkres.
O zaginięciu Kai Kojder-Demskiej poinformowała we wtorek wieczorem (30.06) rodzina i Fundacja Bezkres działająca na granicy polsko-białoruskiej.
„Kaja 45 lat, około 165 cm wzrostu, nosi czarne okulary, ma czarne, falowane włosy do ramion oraz charakterystyczny tatuaż z motywami roślinnymi na prawym ramieniu” – podaje Fundacja.
W poniedziałek, 29.06 około godziny 12.30 wyjechała z domu we wsi pod Krynkami srebrnym Fiatem Punto o numerze rejestracyjnym FZ6628V. Auto ma niesprawny tłumik, przy poruszaniu jest charakterystycznie głośne. Ubrana była w luźną, czarną sukienkę, przez pas przewiesiła nerkę.
„Po raz ostatni widziana 29.06 tuż przed godziną 13.00 w sklepie w Gródku (województwo podlaskie, powiat białostocki). Kaja miała przy sobie telefon komórkowy, który obecnie jest nieaktywny” – informuje Fundacja.
Wszystkie osoby posiadające jakiekolwiek informacje mogące pomóc w ustaleniu miejsca jej pobytu, proszone są o pilny kontakt z Komendą Powiatową Policji w Sokółce pod numerem +48 47 712 32 12 lub z numerem alarmowym 112. Każda, nawet najdrobniejsza informacja może pomóc.
Brak paliwa i jego konsekwencje stają się stopniowo jednym z najważniejszych tematów w Rosji. Kremlowscy oficjele nadal nie widzą go jednak jako konsekwencji najazdu na Ukrainę.
„Rynek krajowy jest dobrze zaopatrzony w paliwa, „mimo że wiele naszych zakładów przechodzi remonty” [eufemizm na określenie konsekwencji ukraińskich ataków – red.]. Występują niedobory i przerwy w dostawach na poszczególnych stacjach benzynowych” – stwierdził 1 lipca rosyjski wicepremier Aleksandr Nowak.
Ukraińskie ataki na rosyjski przemysł naftowy wywołały już takie problemy, że nawet Putin musiał się do nich przyznać. 29 czerwca na spotkaniu w sprawie paliw (na zdjęciu) oznajmił jednak, że w lipcu problemy powinny się skończyć.
Przeczytaj także:
Na razie problemy trwają i codziennie w Rosji odbywają się teraz narady na najwyższym szczeblu, a wicepremier Nowak, tak jak dziś, 1 lipca, zapewnia na nich, że sytuacja jest pod kontrolą: „Rzeczywiście, obecnie występują niedobory i przerwy w dostawach na poszczególnych stacjach benzynowych na rynku krajowym. Wynikają one przede wszystkim ze zmian logistycznych w dostawach z rafinerii do poszczególnych magazynów ropy naftowej i stacji benzynowych” – wyjaśnił.
„Sytuacja jest naprawdę złożona i trudna. Prezydent naszego kraju odbył spotkanie w sprawie dostaw benzyny, nafty i oleju napędowego dla rolnictwa. W poniedziałek spotkaliśmy się z premierem i omówiliśmy tę kwestię. Rządowa grupa robocza, kierowana przez wicepremiera Nowaka, codziennie pracuje nad znalezieniem rozwiązań tej sytuacji. To zajmie trochę czasu. Jestem przekonana, że sytuacja zostanie naprawiona, a rząd podejmuje niezbędne decyzje” – oświadczyła przewodnicząca Rady Federacji, drugiej izby parlamentu Walentina Matwijenko.
Oficjalna narracja mówi, że „niedobory” są pod kontrolą. Działania ratunkowe władz mają jednak charakter chaotyczny. Nikt nie powie publicznie, że główną przyczyną jest wojna, którą prowadzi Putin. Urzędnicy prześcigają się jednak w pomysłach, jak problem ropy rozwiązać nie używając słowa na „w”.
Przede wszystkim próbują nie dopuścić do skokowego wzrostu cen na benzynę i diesla. Robią to nakazują oligarchom naftowym – kolegom Putina – powstrzymanie starań o ograniczenie strat. Jednak już nad Rosją pojawia się widmo większej inflacji z powodu rosnących cen paliwa. Wicepremier Nowak wyraził dziś więc nadzieję, że wzrost inflacji uda się w Rosji powstrzymać.
„Mam nadzieję… że spełnimy aktualne wskaźniki prognoz opracowane przez Ministerstwo Rozwoju Gospodarczego. Przypomnę, że prognoza ta została zaktualizowana w maju [do poziomu 5,2 proc.]” – mówił dziś Nowak. Rzecz w tym, że to założenie jest fikcyjne. Bank Centralny Rosji utrzymuje stopy procentowe na poziomie 14 proc. Oligarchowie domagają się obniżki, bo twierdzą, że inaczej rosyjska gospodarka się zadusi. Ostatnio powiedział to prezes Sbierbanku Greff. Kiedy więc Nowak mówi o wierze w niską inflację, to jest to wypowiedź polityka, nie ekonomisty.
Rosja, kraj, który stał ropą, oficjalnie próbuje kupić paliwo za granicą. Negocjujemy cenę – poinformował 30 czerwca rzecznik Putina Pieskow. Reuters podaje, że sprzedawcą mógłby być Kazachstan.
Rozważany jest też zakaz eksportu diesla (benzyny i paliwa lotniczego eksportować nie można już od dawna, ale problem Rosji polega na tym, że nie za bardzo ma je ona gdzie wytwarzać — nowoczesne rafinerie nie pracują po ukraińskich atakach). To, że diesla może zabraknąć dla maszyn rolniczych w czasie żniw, spędza sen z powiek sektorowi rolnemu,
Problemy z paliwem nie ograniczają się jednak w Rosji tylko do cen i rosnących kolejek przed stacjami benzynowymi. Producenci żywności zaczęli ostrzegać sieci supermarketów w Petersburgu, że niedobory paliwa mogą opóźnić dostawy. „The Moscow Times” podaje, że jeden z producentów z obwodu uljanowskiego napisał do sprzedawcy detalicznego, że jego ciężarówki mogą przyjechać z opóźnieniem z powodu „siły wyższej”. Poprosił sklep, aby nie składał reklamacji z tytułu przekroczenia terminów dostaw.
Aleksander Myszinski, szef grupy zarządzającej siecią supermarketów w Sankt Petersburgu, potwierdził w rozmowie gazetą, że dostawcy spoza miasta zgłaszają opóźnienia. Dodał, że sytuacja pozostaje „niekrytyczna” i że większość zamówień nadal dociera, choć czasami z niewielkim opóźnieniem.
Nie wiemy, czy rzeczywiście sytuacja Myszinskiego jest „niekrytyczna”. Słowa tego użył przecież w wywiadzie telewizyjnym 29 czerwca Putin i jest ono obowiązkowe.
Przeczytaj także:
Media informowały, że według ABW to Mariusz Patrowicz sprowadził Rosjan do Zondacrypto. Patrowicz zaprzeczał. I rzeczywiście nie ma dowodów na to, że to jego nazwisko pada w słynnej notatce ABW. Są jednak dowody na to, że Patrowicza z Sylwestrem Suszkiem łączyło znacznie więcej niż to, o czym sam mówił publicznie. Co? Ujawniamy w śledztwie OKO.press
To ponoć jego nazwisko widnieje w słynnej notatce ABW dotyczącej Zondacrypto, o której mówił premier Donald Tusk. Ponoć, bo okazuje się, że media, które podawały te rewelacje, owej notatki wcale na własne oczy nie widziały.
Notatka ma wskazywać nazwisko człowieka, który zdaniem agencji sprowadził do Zondacrypto Rosjan.
Mowa o Mariuszu Patrowiczu, biznesmenie z Płocka i inwestorze giełdowym, który doskonale znany jest Komisji Nadzoru Finansowego, z którą często wchodzi w spór.
Patrowicz w kilku mediach zaprzeczał, jakoby sprowadził do biznesu Sylwestra Suszka rosyjską mafię. W jednej z tych rozmów z mediami – z Sylwestrem Latkowskim na YouTube – mówił również, że BitBay (poprzednik Zondacrypto) to jego zdaniem nigdy biznesowo nie było dobre przedsięwzięcie. I mówił to na dowód, że w takim razie w ogóle nie widzi sensu, by ktokolwiek miał w niedobre biznesowo przedsięwzięcie inwestować. Ktokolwiek, w tym rosyjska mafia.
Przyznał jednak, że sam Suszkowi i jego firmie BitBay pożyczył pieniądze. Dlaczego, skoro jego zdaniem był to słaby biznes? Bo pożyczka zabezpieczona była bitcoinami, nie było więc ryzyka, że straci na tym interesie – tłumaczył.
To jednak tylko część prawdy. OKO.press dotarło do informacji, że Mariusza Patrowicza z Sylwestrem Suszkiem i BitBay łączyło znacznie więcej. Tymi interesami zajmowała się nawet Prokuratura Regionalna w Katowicach, która w latach 2022-2025 prowadziła w tej sprawie postępowanie.
Prokuratorzy odkryli, że Patrowicz w 2017 roku za 15 mln zł kupił udziały w BitBay. Nie zapłacił jednak za nie swoimi pieniędzmi. Chwilę wcześniej całą potrzebną kwotę dostał od BitBay w 18 przelewach – trzy opiewały na 5 zł, a pozostałe 15 na 999.999,00 zł.
Dodatkowo zaraz potem Patrowicz wyemitował obligacje warte niewiele ponad 1 mln zł, które zabezpieczył tymi udziałami.
Innymi słowy: ktoś – przynajmniej teoretycznie – kupił obligacje Patrowicza, czyli pożyczył mu pieniądze, ale Patrowicz w umówionym terminie musiał obligacje wykupić z powrotem, czyli pożyczkę oddać. Ale nie oddał. Chodziło o niewiele ponad 1 mln zł, ale zabezpieczenie warte 15 mln zł przepadło. Przepadło na rzecz dubajskiej spółki, która te obligacje kupiła i ostatecznie przejęła udziały w BitBay.
Prokuratura podejrzewała, że to wszystko celowe działanie, od początku ukartowane. A w dodatku będące jedynie częścią całej serii operacji między Suszkiem a Patrowiczem, które ostatecznie miały każdemu z nich pozwolić zaoszczędzić na podatku dochodowym miliony złotych.
Ostatecznie jednak postępowanie umorzyła. Dlaczego, skoro w rozmowie z OKO.press Mariusz Patrowicz potwierdza większość opisywanych przez nas transakcji?
Szczegóły opisujemy w śledztwie OKO.press.
Przeczytaj także:
Mariusz Patrowicz jako inwestor giełdowy często wchodzi w konflikt z Komisją Nadzoru Finansowego. Najdłuższy proces, który w jego sprawie toczył się przed sądem, trwał 12 lat. Rozpoczął się w 2011 roku z zawiadomienia KNF i dotyczył przestępstwa manipulacji akcjami spółki Chemoservis–Dwory.
Sąd Okręgowy w Płocku uniewinnił Patrowicza.
Nie był to pierwszy raz, kiedy Mariusz Patrowicz stanął przed sądem. Nigdy jednak za nic nie został skazany.
Sam Patrowicz, po ogłoszeniu wyroku w sprawie Chemoservis–Dwory, mówił na łamach „Parkietu”, że ma świadomość, że jego działalność inwestycyjna nie jest przez wszystkich doceniana, ale – jako osoba mająca uniwersyteckie wykształcenie prawnicze – zawsze starał się przestrzegać litery prawa rynku kapitałowego.
„Moje problemy dotyczą głównie sytuacji, kiedy mamy do czynienia z próżnią prawną albo osobliwą urzędową interpretacją stanu prawnego czy faktycznego dokonaną przez Urząd KNF”
- mówił wówczas Patrowicz.
Podkreślał, że interpretacje UKNF lub poglądy prawne pracowników UKNF nie są źródłem prawa. I dodawał:
„KNF i UKNF powinni upatrywać zjawisk patologicznych w głównej mierze nie u inwestorów giełdowych, których cechuje naturalna pogoń za okazjami oraz rynkowymi możliwościami na granicy, niemniej nie wbrew prawu, a u własnej kadry urzędniczej.”