Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Prezydent Ukrainy nadał w środę jednej z jednostek Sił Zbrojnych imię "Bohaterów UPA”. Upamiętnił w ten sposób winnych rzezi wołyńskiej, w której zamordowano co najmniej kilkadziesiąt tysięcy Polaków. Prezydent Nawrocki chce za ten gest odebrać Wołodymyrowi Zełenskiemu Order Orła Białego. Premier Tusk próbuje załagodzić konflikt
W środę 27 maja prezydent Wołodymyr Zełenski nadał jednej z jednostek Sił Zbrojnych Ukrainy imię „Bohaterów UPA”. Tłumaczył, że zrobił to "w celu przywrócenia historycznych tradycji narodowego wojska oraz uwzględniając wzorowe wykonywanie powierzonych zadań podczas obrony integralności terytorialnej i niepodległości Ukrainy”.
Decyzja ta z polskiego punktu widzenia jest niezwykle kontrowersyjna. Zareagował na nią prezydent Karol Nawrocki, który uważa, że prezydentowi Ukrainy Wołodymyrowi Zełenskiemu powinien zostać odebrany Order Orła Białego. W piątek Nawrocki zaproponował, by sprawą zajęto się już 8 czerwca na najbliższym posiedzeniu Kapituły Orderu.
W rozmowie z mediami Karol Nawrocki swoją ostrą reakcję tłumaczył tym, że
”gloryfikowanie UPA jest rzeczą, która dostarczyła rosyjskiej propagandzie wiele tlenu do dezinformacji".
Dodał, że wspieranie Ukrainy w wojnie z przeciwko Rosją i przeciwko „bandycie, którym jest Władimir Putin” jest strategicznym celem Polski, jednak decyzję prezydenta Żeleńskiego skrytykował, mówiąc, że "tak nie buduje się relacji między narodami”.
W piątek głos na ten temat zabrał premier Donald Tusk, który stara się załagodzić spór pomiędzy prezydentami Polski i Ukrainy.
„Mamy bardzo poważny problem. Decyzja prezydenta Zełenskiego narusza naszą wrażliwość historyczną i moim zdaniem niepotrzebnie znowu wynosi na dość niepokojący poziom kwestię różnic historycznych, różnych interpretacji – mówił premier Donald Tusk.
„Każdy naród ma prawo do swoich interpretacji, ale prezydent Zełenski i nasi ukraińscy przyjaciele muszą być świadomi, co znaczy z punktu widzenia każdej Polki i Polaka to ponure dziedzictwo UPA. Ta decyzja jest niepokojąca z punktu widzenia naszych relacji” – dodał Tusk.
Premier skrytykował też reakcję prezydenta Nawrockiego.
„Ta decyzja jest podobnym krokiem, bardzo bym chciał, żeby prezydenci obu krajów mądrze dbali o to, żeby nasze relacji były jak najlepsze. Dla Polski i dla Ukrainy nasza przyjaźń, współpraca, sojusz wobec zagrożenia rosyjskiego to jest coś bezcennego. Oczekiwałbym od obu prezydentów, żeby potrafili się wznieść ponad historyczne emocje i próbować budować trudną, ale konieczną przyjaźń polsko-ukraińską – powiedział Donald Tusk.
Podkreślił, że każdy, kto będzie podpalał ogień pod relacje polsko-ukraińskie, robi fatalny błąd.
W lipcu 1943 r. Ukraińska Powstańcza Armia (UPA) zaatakowała ok. 150 miejscowości zamieszkanych przez Polaków w powiatach włodzimierskim, horochowskim, kowelskim i łuckim dawnego województwa wołyńskiego na terenie obecnej Ukrainy. Członkowie UPA zamordowali wówczas (według różnych szacunków) od kilkudziesięciu do ponad 100 tys. ludzi, w tym kobiety i dzieci.
Ta zbrodnia ludobójstwa nazywana jest rzezią wołyńską, która od lat jest kością niezgody pomiędzy Polską i Ukrainą.
To dlatego decyzja prezydenta Zełenskiego o nadaniu jednej z jednostek Sił Zbrojnych Ukrainy imienia "Bohaterów UPA” wywołało w Polsce tak ogromne emocje.
Instytut Pamięci Narodowej zareagował w czwartek, oświadczając, że "budowanie przez władze Ukrainy kultu Ukraińskiej Powstańczej Armii musi budzić sprzeciw wszystkich, którzy pamiętają o działalności tej formacji”.
W piątek wydarzenia komentował również szef MSWiA Marcin Kierwiński.
„To zła decyzja pana prezydenta (Żeleńskiego – przyp. red.), natomiast też nie chciałbym, abyśmy szli takimi właśnie histerycznymi reakcjami. (… ) to, że pan prezydent Zełenski zrobił błąd, to jest fakt. Nie ma w ogóle co dyskutować, powinien rozumieć wrażliwość historyczną Polaków, zwłaszcza że Polska jest krajem, który najbardziej pomaga Ukrainie. Natomiast cały czas pamiętajmy o tym, co jest najważniejsze. Najważniejsze jest pokonanie imperializmu rosyjskiego – powiedział minister Kierwiński w porannej rozmowie RMF FM.
Minister zapowiedział również, że na decyzję prezydenta Żeleńskiego na pewno zareaguje odpowiednio polski MSZ.
Tymczasem Rzecznik MSZ Maciej Wewiór poinformował w piątek rano, że doszło już do rozmowy w tej sprawie wiceministra spraw zagranicznych Marcina Bosackiego z ambasadorem Ukrainy w Polsce Wasylem Bodnarem.
„Jednoznacznie negatywnie oceniamy nadanie ukraińskiej jednostce imienia Bohaterów UPA" – napisał w piątek rano Maciej Wewiór na portalu X.
Rzecznik podkreślał, że decyzja Żeleńskiego "rani pamięć o ofiarach tej organizacji i „może być wykorzystana przez propagandę Rosji, która chce nas podzielić i podważyć wsparcie dla broniącej się Ukrainy. Kwestię tę podnosimy w rozmowach z partnerami z Ukrainy”.
Przeczytaj także:
W Polsat News z kolei wypowiadał się na ten temat mer Lwowa Andrij Sadowy.
„Jak słyszę, że prezydent Nawrocki chce odebrać order prezydentowi Zełenskiemu, to jestem bardzo zdziwiony, czy to jest dobry czas” – mówi Sadowy.
„Każde państwo ma swoich bohaterów. To jest nasza historia i wspieramy ją. Były ciężkie czasy między Polakami i Ukraińcami, ale teraz jesteśmy z jednej strony, walczymy z Rosją, która atakuje demokrację, nie tylko w Ukrainie — powiedział mer Lwowa.
„Jestem przekonany, że ta debata będzie bardzo korzystna dla Rosji i ona będzie to wykorzystywać. Musimy pamiętać, że każde państwo ma swoich bohaterów. Nie wiemy, jak to dokładnie było 50-100 lat temu. Często ta historia była przekręcana. Rosja wszystko zrobiła, żeby informacje nie były wiarygodne na 100 proc. Znam wypadki, kiedy sowiecka armia ubierała mundury UPA — mówił Sadowy, próbując tłumaczyć zarówno stronę Ukraińską dziś, jak i UPA wtedy.
Ukraina oskarża Rosję o atak na żeglugę cywilną na Morzu Czarnym. Drony miały zaatakować statki pływające pod banderami Komorów i Panamy i Vanuatu. Ten ostatni należał do Turcji. Na jego pokładzie wybuchł pożar, dwie osoby odniosły lekkie obrażenia
Marynarka Wojenna Ukrainy informuje, że w nocy z czwartku na piątek 29 maja rosyjskie drony zaatakowały trzy statki handlowe pływające pod obcą banderą. Statki płynęły wzdłuż ukraińskiego morskiego korytarza eksportowego na Morzu Czarnym.
Władze portów morskich Ukrainy poinformowały, że statki pływają pod banderami Vanuatu, Komorów i Panamy – podaje Reuters.
Natomiast ukraińska marynarka wyjaśnia w mediach społecznościowych, że jeden ze statków, który pływał pod banderą Vanuatu, należał do Turcji. Masowiec ANT z ładunkiem na pokładzie płynął z jednego z portów obwodu odeskiego właśnie do Turcji. W wyniku ataku dronowego na pokładzie wybuchł pożar, który udało się szybko ugasić, jednak dwóch członków załogi odniosło lekkie obrażenia.
Ranni członkowie załogi zostali ewakuowani przez ukraińską jednostkę i przewiezieni do placówki medycznej – podaje strona ukraińska.
W piątek rano wicepremier Ukrainy Ołeksij Kułeba napisał w serwisie Telegram:
"Rosja przeprowadziła kolejny atak na żeglugę cywilną na Morzu Czarnym. Wieczorem i nocą wrogie bezzałogowe statki powietrzne zaatakowały trzy zagraniczne statki handlowe poruszające się korytarzem morskim”.
Natomiast dowództwo marynarki wojennej Ukrainy przekazało:
"Federacja Rosyjska nadal celowo stwarza zagrożenie dla międzynarodowej żeglugi morskiej, atakując infrastrukturę cywilną i statki handlowe.”
Wszelkie informacje na temat tego ataku pochodzą od strony ukraińskiej. Władze Turcji nie skomentowały i nie potwierdziły dotychczas tych informacji.
Anglojęzyczny portal turkiyetoday.com pisze zaś: „ani Rosja, ani Ukraina nie przyznały się do odpowiedzialności.”
W 2023 roku Ukraina utworzyła tymczasowy korytarz na Morzu Czarnym dla statków handlowych płynących do i z ukraińskich portów. To działanie w reakcji na odstąpienie Rosji od „porozumienia zbożowego”, które umożliwiało bezpieczny eksport zboża i nawozów z Ukrainy przez Morze Czarne.
Reuters przypomina, że w ciągu ostatnich czterech lat od inwazji na Ukrainę Rosja wielokrotnie atakowała morskie szlaki eksportowe i porty mające kluczowe znaczenie dla handlu zagranicznego i gospodarki w czasie wojny.
Turkiyetoday.com przypomina, że na początku tego roku należący do Turcji tankowiec Altura został zaatakowany przez drony i bezzałogowe jednostki nawodne w pobliżu cieśniny Bosfor, co spotęgowało obawy o bezpieczeństwo żeglugi handlowej w regionie.
Tankowiec należący do tureckiej firmy Pergamon Denizcilik Isletmeleri A.S. wypłynął z rosyjskiego miasta portowego Noworosyjsk na północno-wschodnim wybrzeżu Morza Czarnego. Był on objęty sankcjami Unii Europejskiej i sklasyfikowany jako statek „Floty cieni”.
W grudniu 2025 roku Turcja doświadczyła serii podobnych incydentów związanych z konfliktem rosyjsko-ukraińskim, prezydent Turcji Reçep Tayyip Erdogan ostrzegał przed tym, że Morze Czarne stanie się „obszarem konfrontacji” między walczącymi stronami.
Przeczytaj także:
Minister Obrony Narodowej wysłał w piątek rano 100 żołnierzy Wojsk Obrony Terytorialnej do pomocy przy gaszeniu pożaru w powiecie wołomińskim pod Warszawą. Pożar wybuchł w czwartek po południu, zmuszając do zamknięcia drogi krajowej i ewakuacji części okolicznych mieszkańców
Pożar lasu, który wybuchł w powiecie wołomińskim na Mazowszu w czwartek 28 maja o godz. 13:37, objął dotąd 100 hektarów lasu, jednak akcja gaśnicza obejmuje obszar 300 hektarów – wyjaśniał w piątek rano na antenie TOK FM wiceminister spraw wewnętrznych i administracji Wiesław Szczepański.
Ogień pojawił się w rejonie miejscowości Międzyleś niedaleko drogi krajowej nr 50. Z powodu akcji gaśniczej jeszcze w czwartek całkowicie wstrzymano ruch na drodze krajowej nr 50 i skierowano kierowców na objazdy drogą wojewódzką nr 637 i lokalnymi trasami, a wieczorem ewakuowano część mieszkańców wsi Ołdakowizna i Rządza, położonych najbliżej płonącego lasu.
Szef stołecznej policji mł. insp. Krzysztof Ogroński informował, że ewakuowano 42 osoby z 20 budynków, z czego sześć osób zostało tymczasowo zakwaterowanych w szkole podstawowej w Stanisławowie, reszta rozjechała się do rodzin.
W nocy z czwartku na piątek 29 maja szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz poinformował, że do akcji gaszenia pożaru zostanie skierowanych 100 żołnierzy Wojsk Obrony Terytorialnej, którzy są już na miejscu.
W akcji gaśniczej obecnie bierze udział blisko 400 strażaków i 75 specjalistycznych pojazdów oraz specjalne grupy ratownicze, które wyspecjalizowane są w gaszeniu pożarów leśnych.
Wykorzystywane są również cztery samoloty gaśnicze Dromader i policyjny śmigłowiec Black Hawk, którego zdaniem są zrzuty wody z wykorzystaniem zbiornika bambi bucket o pojemności trzech tysięcy litrów.
Dodatkowo w nocy dostarczony został również statek bezzałogowy Bayraktar, którego zdaniem jest obrazowanie terenu ogarniętego pożarem.
Wiceszef MSWiA Wiesław Leśniakiewicz mówił na antenie TVN24 w piątek rano, że pożar nadal nie jest opanowany, wciąż są zarzewia ognia „i to dosyć dynamiczne”.
„Jeśli w ciągu dnia pojawi się mocny i porywisty wiatr, to ten pożar będzie się dynamicznie rozprzestrzeniał” – mówił Wiesław Leśniakiewicz. Dodał, że front pożaru sukcesywnie się przesuwa.
Służby zapowiadają wycinkę fragmentów lasu, żeby ograniczyć dalsze rozprzestrzenienie się pożaru, jednak na razie nie jest przewidywana dalsza akcja ewakuacyjna, choć decyzje będą podejmowane na bieżąco.
Przyczyny pożaru nie są znane. Służby nie wykluczają podpalenia, jednak bezsprzecznie trudnej sytuacji sprzyja susza, która dotyka znaczną część Polski. Tego konkretnego dnia – w czwartek – problem był również silny wiatr, który przenosił ogień przez korony drzew.
Tego typu pożar nazywany jest pożarem wierzchołkowym i jest to jeden z najtrudniejszych i najbardziej niebezpiecznych typów pożaru lasu. Jak informują Lasy Państwowe, obecnie pożar z wierzchołkowego zamienił się w tzw. pożar dolny.
Przeczytaj także:
Jak wynika z relacji Lasów Państwowych, w nocy z czwartku na piątek płomienie miały wysokość mniej więcej do kolan, czyli intensywność ognia była niższa dzięki spadkowi temperatury i wzrostowi wilgotności. Strażacy próbowali tę sytuację wykorzystać, by pożar „złapać”. Obszar objęty ogniem oborano za pomocą ciągników, by zapobiec rozprzestrzenianiu się ognia w dolnych partiach lasu.
Prognozy pogody jednak strażakom nie sprzyjają. Już w czwartek st. kpt. Wojciech Gralec podkreślał, że najbliższe dni mają być podobne, czyli słoneczne, z dosyć wysoką temperaturą i dość silnym wiatrem.
Mapa opublikowana przez Laboratorium Ochrony Przeciwpożarowej Lasu Instytutu Badawczego Leśnictwa wskazuje, że na znacznej części terytorium Polski obowiązuje trzeci, najwyższy stopień zagrożenia pożarowego lasu.
W nocy z 28 na 29 maja rosyjski bezzałogowy statek powietrzny uderzył w dach budynku mieszkalnego w miejscowości Gałacz. Dwie osoby odniosły obrażenia
„Zabłąkany" rosyjski dron wywołał pożar 10-piętrowego bloku mieszkalnego, na który spadł. Ranne zostały dwie osoby, które same ewakuowały się z budynku. Gałacz (rum. Galați), to jedno z największych miast wschodniej Rumunii, zamieszkałe przez prawie 300 tys. osób. Służby ewakuowały uszkodzony blok.
Minister spraw zagranicznych Rumunii Oana Toiu zareagowała stanowczo na wydarzenia z nocy: „Ten incydent stanowi poważną i nieodpowiedzialną eskalację ze strony Federacji Rosyjskiej. [...] Rumunia poinformowała kraje UE, sojuszników i Sekretarza Generalnego NATO o okolicznościach tego wydarzenia i zażądała działań na rzecz przyśpieszenia transferu systemu antydronowego do Rumunii".
Jak pisze szefowa rumuńskiej dyplomacji, gdy dron zbliżał się do przestrzeni powietrznej kraju, Bukareszt poderwał dwa myśliwce F-16 i wojskowy helikopter. Piloci mieli pozwolenie na zestrzelenie obiektu.
Rumunia, która dzieli z Ukrainą 650 km granicy, już wielokrotnie miała do czynienia ze wtargnięciem rosyjskich pocisków i dronów na swoje terytorium. Jak pisze agencja Reuters, cytując rumuńskie ministerstwo obrony, do naruszenia przestrzeni powietrznej Rumunii doszło już 28 razy, a 47 razy zabezpieczono na rumuńskim terytorium fragmenty dronów. Incydenty mają związek z rosyjskimi atakami na ukraińskie porty nad Morzem Czarnym.
Podobne problemy mają wszystkie kraje sąsiadujące z Ukrainą, a nawet te, które z nią nie graniczą, jak Litwa, Łotwa i Estonia, w których przestrzeń powietrzną zabłąkały się drony atakujące Kijów. Według ukraińskich i litewskich władz zrobili to sobie sami Rosjanie, zagłuszając i falsyfikując sygnały GPS w krajach ościennych.
Siły NATO przygotowują się do wprowadzenia do Rumunii elementów Zintegrowanej Obrony Przeciwlotnicznej i Przeciwrakietowej w ramach operacji Eastern Sentry, która została zainicjowana jesienią 2025 roku po słynnej „nocy dronów" w Polsce.
Przeczytaj także:
Na cztery miesiące przed wyborami parlamentarnymi na Łotwie doszło do zmiany rządu. Na jego czele stanął opozycyjny dotąd poseł centroprawicowego ugrupowania Zjednoczona Lista, Andris Kulbergs.
Łotewski parlament zatwierdził w czwartek nowy rząd, na którego czele stanął Andris Kulbergs, centroprawicowy poseł opozycyjnej dotąd Zjednoczonej Listy. Do zmiany doszło cztery miesiące przed wyborami parlamentarnymi, po serii incydentów z dronami, które doprowadziły do rozpadu dotychczasowej koalicji.
Za nowym gabinetem zagłosowało 66 posłów w parlamencie liczącym 96 osób. Nową koalicję tworzą cztery ugrupowania: oprócz Zjednoczonej Listy Kulbergsa w jej skład wchodzą Nowa Jedność byłej premier Eviki Siliņy, Sojusz Narodowy oraz Związek Zielonych i Rolników. Poza rządem znalazła się partia Postępowi, która wchodziła w skład poprzedniej koalicji. Oznacza to przesunięcie gabinetu bardziej na prawo, pisze agencja Reutera.
Nowy rząd zapowiedział, że utrzyma dotychczasowe wsparcie Łotwy dla Ukrainy. Koalicjanci wskazali też jako priorytet bezpieczeństwo narodowe oraz działania mające „osłabiać i izolować Rosję”.
— Nic się nie zmienia w sprawie Rosji i Ukrainy — powiedział cytowany przez Reutersa premier Kulbergs tuż po głosowaniu. Dodał, że Łotwa będzie „mocno i głośno” domagać się od Unii Europejskiej wsparcia obrony wschodniej flanki Unii Europejskiej. Kulbergs powiedział też, że wybory zaplanowane na 3 października będą politycznym sprawdzianem jego rządu.
Bezpośrednią przyczyną kryzysu politycznego były incydenty z ukraińskimi dronami, które zbłądziły w przestrzeni powietrznej regionu bałtyckiego. 7 maja jeden z nich uderzył w pusty zbiornik na ropę w Łotwie.
Premier Siliņa odwołała wtedy ze stanowiska ministra obrony Andrisa Sprūdsa z partii Postępowi, która w reakcji opuściła koalicję.
Incydenty z dronami zwiększają napięcie między państwami bałtyckimi a Moskwą. Kraje regionu oskarżają Rosję o elektroniczne zakłócanie lotów dronów, które następnie naruszają nadbałtycką przestrzeń powietrzną. Kreml z kolei zarzuca Bałtom, że umożliwiają Ukrainie ataki ze swojego terytorium. Państwa bałtyckie temu zaprzeczają.
Łotwa, podobnie jak jej sąsiedzi, Litwa i Estonia, należy do najbliższych sojuszników Ukrainy w wojnie z Rosją. Na Łotwie i w Estonii Rosjanie stanowią około 20-25 proc. społeczeństwa, a na Litwie – ok. 5 proc.