Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
447 agregatów prądotwórczych trafi wkrótce do marznących mieszkańców Ukrainy. Trwa załadunek sprzętu, pierwsze transporty pojadą w tym tygodniu. Projekt finansowany jest z funduszy UE
W weekend zapytaliśmy kilka ministerstw i urzędów (m.in.MSWiA, MSZ, KPRM) czy w związku z sukcesem zrzutki Polaków na agregaty dla marznących mieszkańców Kijowa, oraz dramatyczną sytuacją w stolicy Ukrainy, czy rząd planuje pomoc Ukraińcom w tej sprawie.
Rządowa Agencja Rezerw Strategicznych przekazała nam, że podjęto takie działania. 447 agregatów prądotwórczych ma trafić do końca stycznia na Ukrainę. Odbędzie się to w ramach projektu „rescEU – Sprzęt Energetyczny” finansowanego z rezerw unijnych. Komisja Europejska podjęła decyzję o tej pomocy 13 stycznia. – Obecnie przygotowujemy agregaty do transportu. Pierwsze ciężarówki planujemy wysłać do końca bieżącego tygodnia – pisze Jan Jałowczyk, rzecznik prasowy RARS.
Przygniatająca większość wysyłanych agregatów – aż 393 – ma moc 13,75 kVA. Takie starczą na dostarczenie prądu dla domu jednorodzinnego lub małej firmy. 52 agregaty mają moc 15kVa – to starczy na zasilanie większego domu/ warsztatu. Wysłane też będą pojedyncze sztuki o mocy 640 i 1000 kVA. To generatory przemysłowe, które już wystarczą na zasilanie np. całego szpitala, dużego budynku komercyjnego, a ten większy – nawet całego miasteczka.
RARS informuje iż ponadto, w ramach projektu Hub Logistyczny Unijnego Mechanizmu Ochrony Ludności, pośredniczy w przekazaniu czterech dużych transformatorów od darczyńcy z Niderlandów. Transformatory mają masę od 77 do 96 ton oraz moc w zakresie 40-60 MVA. Ich rozładunek planowany jest na 30 stycznia.
W grudniu 2025 roku z inicjatywy UE udało się przenieść z Litwy do Ukrainy całą elektrociepłownię. RARS pomagał w jej transporcie.
Przeczytaj także:
Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz i Paulina Hennig-Kloska ponownie będą walczyć o przywództwo w partii
W poniedziałek 19 stycznia Rada Krajowa Polski 2050 zdecydowała, że do 31 stycznia powtórzy drugą turę wyborów przewodniczącego partii. W wyborach ponownie zmierzą się zatem Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz i Paulina Hennig-Kloska.
Poprzednie głosowanie, które odbyło się 12 stycznia, zostało unieważnione z powodu rzekomej ingerencji zewnętrznej. Partia zawiadomiła o tym prokuraturę.
„Do 7 lutego zbierze się Rada Krajowa, podczas której wybrany zostanie Zarząd Krajowy” – poinformowała partia w mediach społecznościowych.
W obradach Rady Krajowej nie brał udziału Szymon Hołownia. Wicemarszałek Sejmu przebywa w Dubaju.
Wcześniej w poniedziałek Szymon Hołownia opublikował w mediach społecznościowych wpis, z którego wynikało, że rezygnuje z ubiegania się przywództwo w partii. „Decyzje Kandydatek walczących o fotel Przewodniczącej, skłaniają mnie do oddania w ich ręce pełnej odpowiedzialności za kolejne decyzje dotyczące partii” – napisał.
O tym, że rozważa powrót do roli przewodniczącego, Hołownia mówił dziennikarzom przed tygodniem. Jednak podczas pierwszej części obrad Rady Krajowej, która odbyła się w piątek 16 stycznia 2026, Hołownia spotkał się z oporem części uczestników. Przegrywał kolejne proceduralne głosowania, w końcu wylogował się z obrad, a prowadząca spotkanie Agnieszka Buczyńska ogłosiła przerwę.
Pełczyńska-Nałęcz proponowała Hennig-Klosce wspólne przewodniczenie partii. Ta jednak odmówiła.
Obie kandydatki sprawują funkcje w rządzie – Pełczyńska-Nałęcz jest ministrą funduszy i rozwoju regionalnego, Hennig-Kloska – ministrą klimatu.
Poniedziałkowe decyzje nie kończą kryzysu w Polsce 2050. O tym, jakie dylematy stoją przed partią i jakie są możliwe scenariusze dalszego rozwoju wydarzeń pisaliśmy tutaj:
Przeczytaj także:
Partia ma obecnie średnie sondażowe poparcie około 2 proc.
Prezydent Karol Nawrocki podpisał ustawę budżetową na 2026 r. i odesłał ją do Trybunału Konstytucyjnego. Czy to coś zmieni w sprawie budżetu? Raczej nie
„Ten budżet jest dowodem głębokiego kryzysu wiarygodności, skuteczności i sprawczości obecnego rządu. To budżet, który pokazuje bezradną kapitulację wobec wyzwań przed jakimi stoi Polska. To budżet niespełnionych obietnic z kampanii wyborczej, zawiedzionych oczekiwań Polaków” – powiedział prezydent Karol Nawrocki, decydując się – mimo to – ustawę budżetową podpisać.
Ustawa ma jednocześnie trafić do Trybunału Konstytucyjnego.
Podpisanie ustawy stało pod znakiem zapytania od kilku dni – odkąd budżet znalazł się na biurku prezydenta. Stało się to 10 stycznia po tym, jak Sejm przyjął wszystkie poprawki Senatu.
Jak Nawrocki uzasadnił swój podpis? "Podpisuję budżet, by chronić stabilność państwa i kieruję go do Trybunału Konstytucyjnego, by chronić przyszłość Polski. Podpisuję, dlatego, że brak budżetu nie rozwiązałby żadnego z problemów, przed którymi stoimy. Byłoby to natomiast ryzykiem dla stabilności i przewidywalności spraw państwa.
Niepodpisanie ustawy budżetowej nie naprawi sposobu rządzenia. Nie sprawi, że władza zacznie słuchać obywateli i realizować swoje zobowiązania wobec nich".
Ustawa budżetowa ma szczególny status – prezydent nie może jej zawetować. Może jednak skierować ją do Trybunału Konstytucyjnego.
Odkąd rządzi obecna koalicja (czyli od końca 2023 r.) prezydent (wcześniej Duda, teraz Nawrocki) za każdym razem podpisywał ustawę i jednocześnie odsyłał część jej przepisów do TK. W 2024 r. TK nie rozstrzygnął sprawy. W 2025 r., w maju, TK Bogdana Święczkowskiego uznał część przepisów budżetowych za niezgodne z konstytucją. To nie zmieniło nic w realizacji budżetu. Obecny rząd nie respektuje i nie publikuje orzeczeń TK, uznając go za sąd wadliwie obsadzony (zasiadają w nim dublerzy).
Przeczytaj także:
Po ponad roku od obalenia Baszszara al-Asada mamy dziś do czynienia z najpoważniejszym krokiem ku reintegracji autonomii północno-wschodniej Syrii. Wiodący w autonomicznym regionie Kurdowie nie dążyli do reintegracji, ale w dzisiejszej sytuacji nie mają politycznych argumentów, by ją utrzymać
W ostatnich dniach syryjski rząd Ahmada asz-Szar'y podjął najpoważniejsze kroki ku zakończeniu trwającej od 2014 de facto autonomi północno-wschodniej Syrii. Ponad dekadę istniała tam Autonomiczna Administracja Północnej i Wschodniej Syrii znana również pod kurdyjską nazwą Rożawa. Utworzenie autonomicznego i rządzonego niezależnie od Damaszku regionu było możliwe przez podział kraju w wyniku rozpoczętej w 2011 roku wojny domowej. Rożawa dysponuje także armią w postaci Syryjskich Sił Demokratycznych.
W niedzielę 18 stycznia rząd w Damaszku ogłosił zawieszenie pomiędzy siłami rządowymi a SSD. Umowa obejmuje przekazanie między innymi włączenie regionów rządzonych przez administrację autonomiczną do administracji zdjednoczonego państwa. SSD nie będzie włączona w struktury armii syryjskiej w całości, integracja będzie odbywać sie na zasadach indywidualnych.
Pod umową widnieją nazwiska prezydenta sz-Szar'y i generała SSD Mazluma Abdiego.
W piątek 16 stycznia asz-Szar'a podpisał prezydencki dekret, który ma w założeniu zapewnić syryjskim Kurdom pełne prawa obywatelskie. Uznaje on język kurdyjski za język narodowy Syrii, a kurdyjskie święto Nowruz ustanowił świętem narodowym. Ruch ma z całą pewnością na celu próbę włączenia Kurdów w życie nowej Syrii po obaleniu Baszszara al-Asada.
To duża zmiana w polityce syryjskiej. Siły SSD od upadku Asada w grudniu 2024 opierały się reintegracji, choć do otwartej wojny domowej nie doszło. Rożawa to projekt oparty na Kurdach, choć na terenach regionu autonomicznego mieszka również sporo Arabów. Znacząca ich część miała wątpliwości co do rządów SSD. Stąd, gdy w ostatnich dniach armia syryjska przejmowała kontrolę nad kolejnymi miastami (w tym byłą stolicą Państwa Islamskiego – Rakką), wiele osób witało ją z zadowoleniem. Pomimo porozumienia, nie wszędzie zakończyły się jeszcze strarcia, choć nie mają one charakteru rozwijającej się wojny domowej.
Konflikt między SSD i armią rządu w Damaszku eskalował w pierwszej połowie w znajdującym się na zachód od regionu autonomicznego Aleppo, największym mieście kraju. Siły kurdyjskie kontrolowały tam dzielnice Szejch Maksud i Aszrafije. Obie strony oskarżały się wzajemnie o złamanie zasad wcześniej ustalonych zawieszeń broni. W wyniku starć syryjska armia uzyskała jednak kontrolę nad spornymi dzielnicami.
SSD było ważnym ogniwem walki z Państwem Islamskim. Na terenach kontrolowanych przez grupę znajdują się więzienia, w których zamknięci są bojownicy PI. To jeden z trudniejszych elementów nieuniknionej integracji. Rząd syryjski ostrzega SSD, by nie wykorzystywały więźniów jako karty przetargowej w procesie przemian.
Amerykanie, przez lata czołowi międzynarodowi sojusznicy SSD, przyjmują porozumienie i krok ku reintegracji z zadowoleniem. Po upadku syryjskiego dyktatora pod koniec 2024 roku Amerykanie ułożyli sobie poprawne stosunki z nowym rządem. Wobec autonomii pod kurdyjskim przywódctwem wrogo nastawieni są i byli Turcy. Wynika to ze sporej kurdyjskiej mniejszości kurdyjskiej w Turcji i obawy przed kurdyjskim separatyzmem. A Turcja jest z kolei ważna dla USA w procesie przemian w Strefie Gazy. Dlatego międzynarodowy układ sił był dla SSD niekorzystny, a reintegracja wydawała się od początku nieuchronna.
Przeczytaj także:
Europa zaczyna zastanawiać się nad scenariuszem powołania własnego sojuszu wojskowego bez udziału Stanów Zjednoczonych, za to z Ukrainą, która jest doświadczona wojną.
Jak zauważa Politico, w obliczu narastających wątpliwości co do przyszłości NATO część europejskich urzędników zaczyna patrzeć na „koalicję chętnych” jak na zalążek nowego sojuszu bezpieczeństwa – już bez udziału Stanów Zjednoczonych.
Ten format „koalicji chętnych” (w której uczestniczą m.in. Francja, Wielka Brytania, Niemcy, Polska, Włochy, Hiszpania, Holandia i kraje nordyckie) mógłby stać się zalążkiem nowego sojuszu bezpieczeństwa w czasach, gdy wsparcie Stanów Zjednoczonych dla NATO i europejskiej obrony przestaje być pewnikiem. Taki układ nie wykluczałby współpracy z Ameryką, ale zakładałby, że nie można już traktować jej jako automatycznego gwaranta bezpieczeństwa.
Od powrotu Donalda Trumpa do Białego Domu relacje transatlantyckie są napięte. Dla wielu europejskich państw punktem zwrotnym stały się groźby Trumpa o nałożeniu ceł na państwa, które spróbują zablokować jego plany przejęcia Grenlandii.
Europejscy dyplomaci przyznają, że Ameryka pod rządami Donalda Trumpa może nie być już wiarygodnym partnerem handlowym, a tym bardziej pewnym gwarantem bezpieczeństwa. Jeśli podejście Waszyngtonu nie ulegnie zmianie, Europa – jak czytamy – może stanąć przed największą transformacją zachodniego systemu bezpieczeństwa od dekad – taką, która zachwieje globalną równowagą sił.
Obok rozmów o odwetowych represjach wobec USA i kryzysie wokół Grenlandii, dyplomaci zastanawiają się nad potencjalnymi skutkami długotrwałego rozstania z Waszyngtonem.
Ale w rozmowach regularnie pojawia się także Wołodymyr Zełenski, co oznacza, że kluczowym elementem nowego układu może być Ukraina.
Bo przecież dziś to najbardziej zmilitaryzowane państwo z ogromną armią, rozwiniętym przemysłem dronowym i unikalnym doświadczeniem bojowym, którego dziś nie ma żaden inny kraj w Europie.
Choć Ukraina od lat stara się o członkostwo w NATO, dziś – kiedy te napięcia są coraz powszechniejsze – ta perspektywa już nie wygląda zachęcająco. Równocześnie amerykańskie deklaracje o wspieraniu gwarancji bezpieczeństwa stają się coraz mniej pewne, a w europejskich stolicach rośnie poczucie, że parasol USA może się w każdej chwili zamknąć.
Gdyby do militarnego potencjału Ukrainy dołączyć siły Francji, Niemiec, Polski i Wielkiej Brytanii, to taka „koalicja chętnych” mogłaby stać się realnym graczem strategicznym. Taki układ miałby ogromną armię, doświadczenie z pola walki i połączenie państw posiadających broń jądrową z tymi, które jej nie mają, ale dysponują liczbą żołnierzy, sprzętem i zapleczem przemysłowym.
O potrzebie obrony Europy przy mniejszym wsparciu USA mówi się od dawna, ale w ostatnich dniach tempo wyraźnie przyspieszyło: z Brukseli płyną pomysły, zapowiedzi i politycznych sygnałów. Unia ogłosiła, że chce być gotowa do samodzielnej obrony do 2030 roku.
Europejski komisarz ds. obrony Andrius Kubilius zaproponował tydzień temu utworzenie stałej armii UE liczącej 100 tys. żołnierzy. Wrócił też do koncepcji Europejskiej Rady Bezpieczeństwa złożonej z około 12 państw, w tym również Wielkiej Brytanii. Ursula von der Leyen zaprezentowała z kolei nową Europejską Strategię Bezpieczeństwa, choć na razie ujawniono niewiele konkretów.
Jedno jest jednak wspólne dla większości europejskich stolic: rośnie przekonanie, że rozmowa o nowej architekturze bezpieczeństwa Europy nie może dłużej czekać. W najbliższych dniach przywódcy UE spotkają się na nadzwyczajnym szczycie, by wypracować odpowiedź na groźby Trumpa dotyczące Grenlandii, ale coraz więcej wskazuje na to, że agenda będzie znacznie szersza niż tylko ten jeden kryzys.
Dodatkowym punktem zapalnym ma być Światowe Forum Ekonomiczne w Davos. Jeśli Donald Trump rzeczywiście się tam pojawi, możliwe będą bezpośrednie rozmowy europejsko-amerykańskie.
Po rozmowach z Friedrichem Merzem, Emmanuelem Macronem, Keirem Starmerem oraz sekretarzem generalnym NATO Markiem Rutte, von der Leyen podkreśliła w niedzielę 18 stycznia, że Europejczycy pozostaną „niezłomni” w swoim zobowiązaniu do ochrony Grenlandii. „Stawimy czoła tym wyzwaniom dla naszej europejskiej solidarności z wytrwałością i determinacją” – mówiła.