Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Rosjanie planują w przyszłym roku wydać niemal jedną trzecią budżetu federalnego na potrzeby wojny. To równowartość 145 mld dolarów
Władimir Putin zatwierdził budżet na 2025 rok. A w nim znalazły się rekordowe wydatki na armię. Aż 32,5 proc. całego budżetu to wydatki przypisane do kategorii „obrona narodowa”. Chodzi o 13,5 biliona rubli, równowartość ponad 145 miliardów dolarów. Gdyby zastosować obecny kurs złotego do dolara, da to niemal 600 mld zł. Dla porównania, budżet polskiego rządu na 2025 rok zakłada wszystkie wydatki na poziomie 921 mld zł.
To z jednej strony pokazuje, jak Rosja wciąż potrafi znaleźć ogromne środki na prowadzenie wojny. Z drugiej to też świadectwo tego, jak wojna drenuje rosyjskie zasoby.
Jak łatwo się domyślić, członkowie rosyjskiego parlamentu bez problemu zaaprobowali plany budżetowe Władimira Putina. Nie będziemy mogli się jednak mu dokładnie przyjrzeć. Niemal jedna trzecia wszystkich planów wydatkowych nie jest dostępna publicznie.
Oficjalnie wszystko dzieje się przy zmniejszającym się deficycie budżetowym – z 1,7 proc. w tym roku do zaledwie 0,5 proc. w przyszłym. Z powodu międzynarodowych sankcji bankowych Rosja może pożyczać pieniądze tylko na rynku wewnętrznym. Przy spadających dochodach ze sprzedaży paliw kopalnych oznacza to konieczność podniesienia podatków (głównie korporacyjnych). Dochody ze sprzedaży surowców to jednak wciąż ogromna część rosyjskich dochodów budżetowych. W tym roku Rosjanie zamierzają uzyskać ze sprzedaży m.in. ropy i gazu niemal 11 biliona rubli, czyli około 115 mld dolarów. To prawie cały koszt wydatków militarnych w przyszłym roku.
Zbliżamy się powoli do trzeciej rocznicy rozpoczęcia rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Jak dobrze pamiętamy, Rosjanom nie udało się szybko opanować Kijowa i zakończyć wojny w krótkim czasie. Wojna generuje ogromne koszty dla obu stron. Ukrainę miliardami dolarów pomocy wojskowej wspierali dotychczas Amerykanie. W styczniu w Białym Domu zmieni się jednak gospodarz.
Zwycięzca amerykańskich wyborów prezydenckich Donald Trump obiecywał w kampanii wyborczej, że zamierza jak najszybciej zakończyć wojnę w Ukrainie.
29 listopada Trump ogłosił, że jego specjalnym wysłannikiem do spraw Rosji i Ukrainy będzie emerytowany generał Keith Kellog. W kwietniu Kellog wyłożył swoje poglądy na temat wojny w Ukrainie dla instytutu America First. Przekonywał, że wojna wybuchła ze względu na niekompetencję administracji Joe Bidena.
Zdaniem Kelloga, Ukraina powinna otrzymać więcej pomocy wojskowej tuż przed inwazją i na jej początku, by mogła się skuteczniej bronić. Dziś jednak USA zainwestowały już zbyt dużo swojej broni, co sprawia, że jest bardziej narażona w wypadku ewentualnego konfliktu z Chinami. Dlatego USA powinny domagać się zawieszenia broni i zamrożenia konfliktu na czas negocjacji pokojowych i utworzenia strefy zdemilitaryzowanej. Jeśli Rosja zgodzi się na takie warunki, otrzymałaby częściowe zluzowanie sankcji. Ich pełne zniesienie nastąpiłoby dopiero po podpisaniu porozumienia pokojowego.
Takie podejscie nowej amerykańskiej administracji sprawia, że czekają nas teraz krwawe i trudne miesiące na linii frontu. Obie strony będą chciały uzyskać jak najwięcej, gdy ostatecznie dojdzie do ewentualnych rozmów. Rosyjska polityka budżetowa pokazuje jednak, że Rosjanie są też gotowi na przedłużający się konflikt. Choć doniesienia z Rosji sugerują, że państwo rządzone przez Putina może bardzo ciężko znieść kolejne lata wojny.
Przeczytaj także: