Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Lew Szlosberg z opozycyjnej partii Jabłoko nawoływał tylko i aż do zawieszenia broni oraz powstrzymania rozlewu krwi. Sąd w Pskowie skazał go pod zarzutami „dyskredytacji sił zbrojnych” i rozpowszechniania fałszywych informacji". A jego partia właśnie została wykluczona z wyborów
17 sierpnia Sąd Miejski w Pskowie, 200-tysięcznym mieście w zachodniej części Rosji, skazał wiceprzewodniczącego opozycyjnej partii Jabłoko Lwa Szlosberga na 11 lat i miesiąc więzienia. Polityk, który trafi do kolonii karnej, był oskarżony o „dyskredytację sił zbrojnych” oraz „rozpowszechnianie fałszywych informacji”. Chodziło m.in. o republikację słynnej okładki brytyjskiego dziennika „Daily Mirror” z 25 lutego 2022 roku, na której widniej wizerunek Władimira Putina obok zakrwawionej kobiety. Całość podpisana jest hasłem: „Jej krew... Jego ręce”.
Jak podaje niezależny rosyjski portal Meduza, Szlosberg to „jeden z nielicznych rosyjskich polityków, którzy publicznie występowali przeciwko wojnie i jednocześnie pozostali w Rosji”. Polityk wielokrotnie apelował o zawieszenie broni. Zrobił to także w sądzie, podczas mowy końcowej, którą sędzia wielokrotnie mu przerywała, mówiąc, że to nie czas na „rozprawy o wolnościach obywatelskich”, czy „snucie przepowiedni”.
„24 lutego 2022 roku po raz pierwszy od czasów Wielkiej Wojny Ojczyźnianej do naszego kraju powrócił czas wojny. Ta wojna zmieniła życie każdego obywatela Rosji bez wyjątku. W tym czasie życie tysięcy ludzi zostało przerwane. Wcześniej czy później dokładna i pełna liczba poległych, wraz z ich nazwiskami, zostanie ujawniona, a cały kraj zadrży na myśl o tej martyrologii” – mówił w sądzie Szlosberg. „Prawo Federacji Rosyjskiej jest dziś stosowane w taki sposób, że ktoś, kto domaga się ochrony ludzkiego życia, współczucia i odpowiedzialności politycznej, jest oskarżany o dyskredytację sił zbrojnych. A ci, którzy domagają się dalszego rozlewu krwi, są wykorzystywani przez prokuraturę i sąd jako bezstronni świadkowie oskarżenia. W ten sposób zło próbuje wyprzeć dobro z życia kraju” – kontynuował.
Polityk stwierdził wprost, że wojna z Ukrainą to dla Rosji katastrofa.
Szlosberg, choć występował z antywojennymi odezwami, pozostawał w konflikcie z rosyjskimi politykami, dziennikarzami i blogerami, którzy krytykowali Rosję, będąc na emigracji. Twierdził, że udzielając publicznego wsparcia ukraińskiej armii, popierają działania zbrojne przeciwko współobywatelom. I nazywał ich „partią cudzej krwi”.
W 2014 roku lokalna gazeta, której redaktorem naczelnym był Szlosberg, opublikowała artykuł, ujawniający, że w Pskowie trwają pogrzeby lotników poległych w walkach na wschodzie Ukrainy. Rosyjskie ministerstwo obrony zaprzeczyło wówczas, że w operacji na Krymie i Donbasie biorą udział rosyjscy żołnierze. Oficjalna wersja mówiła o śmierci podczas ćwiczeń wojskowych. Kilka dni po publikacji tekstu Szlosberg został brutalnie pobity i trafił do szpitala. Od 2023 roku wiceprzewodniczący partii Jabłoko był uznawany za agenta zagranicznego, kilkukrotnie ukarano go też grzywną za antywojenne wypowiedzi.
17 sierpnia 2026 Jabłoko, jedyna opozycja partia działająca w Rosji, została wykreślona ze spisu partii startujących w wyborach do Dumy. Zarzuty są absurdalne: ma chodzić o darowizny od osób, które wcześniej dostawały przelewy zagraniczne. Suma zakwestionowanych dotacji wynosi 16 900 rubli, czyli 740 zł. Podczas rozprawy przed sądem apelacyjnym Nikołaj Rybakow, przewodniczący Jabłoka, oświadczył, że zarzuty stawiane partii są „profanacją wymiaru sprawiedliwości”. Inne partie również korzystają z finansowego wsparcia przedsiębiorstw, które otrzymują zagraniczne przelewy.
Argumenty merytoryczne nie miały jednak znaczenia – chodziło o wykluczenie partii, która jako jedyna w kraju krytykuje wojnę w Ukrainie.
Przeczytaj także:
Posłowie Koalicji Obywatelskiej zgłosili kandydaturę ex-ministra na sędziego Trybunału Konstytucyjnego. Głosowanie w tej sprawie zaplanowano na początek września
Informacja pojawiła się w poniedziałek 17 sierpnia na stronie Sejmu. Grupa posłów Koalicji Obywatelskiej zgłosiła kandydaturę Macieja Berka na sędziego Trybunału Konstytucyjnego. Berek, który w rządzie był prawą ręką Donalda Tuska i odpowiadał za przebieg procesu legislacyjnego, zrezygnował z funkcji niespełna tydzień temu. W czwartek 13 sierpnia premier Donald Tusk potwierdził doniesienia mediów (m.in. Polityki Insight i OKO.press), które informowały, że były minister zasili szeregi wadliwego TK. Podczas konferencji prasowej szef rządu przekazał, że Berek to „jeden z najwybitniejszych polskich prawników praktyków”, a ze swojej ”apartyjności i apolityczności" uczynił znak rozpoznawczy.
Tusk przyznał jednak, że wadą tej kandydatury jest fakt, że Maciej Berek był ministrem. „Biorę na siebie odpowiedzialność za to, że niektórzy mogą czuć się i czują się rozczarowani, bo przecież byłych ministrów miało nie być” – mówił Tusk. A decyzję tłumaczył wyższym dobrem, czyli chęcią naprawienia sytuacji w TK. "Miejcie do mnie pretensje, ale pomóżcie nam uzdrowić sytuację w Trybunale. I to jest kwestia najbliższych tygodni. Musimy to zrobić. I ja się nie cofnę” – mówił wówczas Tusk.
Oprócz Berka na sędziego TK będzie kandydować też Artur Kotowski, którego zgłosiła grupa posłów PiS. Głosowanie w tej sprawie odbędzie się najprawdopodobniej w dniach 2-4 września, podczas pierwszego po wakacjach posiedzenia Sejmu.
Maciej Berek jest doktorem nauk prawnych. Wcześniej był m.in. dyrektorem Centrum Informacyjnego Senatu i dyrektorem generalnym Biura Rzecznika Praw Obywatelskich Marcina Wiącka. W poprzednim rządzie Donalda Tuska oraz w rządzie Ewy Kopacz był prezesem Rządowego Centrum Legislacji. W obecnym rządzie rozliczał ministrów z realizacji priorytetów rządu. Prowadził też projekt deregulacji. Jego kandydaturę na sędziego TK krytykowali m.in. koalicjanci z Lewicy, wskazując, że rząd obiecywał przywrócenie praworządności, w tym apolityczności sądów i trybunałów. Do tych zarzutów również odniósł się premier Tusk, tłumacząc, że „sytuacja jest nadzwyczajna i dlatego wymaga nadzwyczajnych działań”.
Jeśli Berek zostanie wybrany sędzią TK, będzie ósmym sędzią wybranym przez rządzącą koalicję. A to da „nowym” sędziom większość w 15-osobowym gremium. Do tej pory zmiana władzy w TK była niemożliwa również dlatego, że prezydent Karol Nawrocki nie przyjął ślubowania od czterech nowych sędziów wybranych przez obecną większość sejmową: Krystiana Markiewicza, Marcina Dziurdy, Anny Korwin-Piotrowskiej i Macieja Taborowskiego. I na tej podstawie prezes TK Bogdan Święczkowski nie dopuszcza ich do orzekania.
Jak pisał w OKO.press Mariusz Jałoszewski, „po wyborze ósmego sędziego TK we wrześniu nowi sędziowie będą mieli większość na Zgromadzeniu Ogólnym Sędziów TK. Spekuluje się, że dodatkowo może ich popierać co najmniej dwóch starych sędziów TK, wybranych w Sejmie przez PiS. I to może pozwolić na zmianę władzy w Trybunale i przywrócenie w nim praworządności oraz jego odpolitycznienie. Do tej pory Trybunał orzekał po myśli PiS, często poza trybem”.
Przeczytaj także:
„Biorąc pod uwagę moje bardzo dobre relacje z Kim Dzong Unem z Korei Północnej, nie jestem zadowolony z faktu, że Stany Zjednoczone już dawno zgodziły się uczestniczyć we wspólnych ćwiczeniach wojskowych z Koreą Południową” – przekazał Donald Trump
Stany Zjednoczone „znacznie ograniczą” wspólne ćwiczenia wojskowe z Koreą Południową – poinformował na portalu Truth Social prezydent Donald Trump. Ogłaszając swoją decyzję, Trump powołał się na bardzo dobre stosunki z przywódcą Korei Północnej Kim Dzong Unem. „Ćwiczenia te są nie tylko kosztowne – przy czym znaczną część tych kosztów pokrywają USA (jak zwykle!) – ale także wysyłają całkowicie nieodpowiedni i wrogi sygnał do kraju, który od czasu objęcia urzędy prezydenta przez Donalda J. Trumpa nie stanowił żadnego zagrożenia i zachowywał się z szacunkiem” – stwierdził prezydent Stanów Zjednoczonych.
Dodajmy, że oświadczenie pojawiło się w niedzielę 16 sierpnia, dzień przed planowanym rozpoczęciem ćwiczeń. Coroczna akcja, organizowana pod hasłem „Ulchi Freedom Shield”, gromadzi ok. 18 tys. żołnierzy z obu krajów. Trump uznał, że skoro jest za późno, żeby odwołać ćwiczenia, to można jednak znacząco je ograniczyć. I dodał: „Choć może to nie mieć bezpośredniego związku (?), niedawno zapytałem prezydenta Korei Południowej, czy chcieliby dołączyć do nas w procesie denuklearyzacji Islamskiej Republiki Iranu, a oni odpowiedzieli: »Nie, dziękujemy!«”.
W ten sposób Donald Trump po razy kolejny dał wyraz swojemu rozczarowaniu z faktu, że sojusznicy USA nie chcą ani militarnie, ani logistycznie angażować się w działania wojenne przeciwko Iranowi.
Co ciekawe, resort obrony Korei Płd. już w poniedziałek 18 sierpnia zapewnił, że manewry wojskowe „przebiegają zgodnie z założeniami”.
Sytuacja nie jest jednak bez precedensu. W 2018 roku, podczas pierwszej prezydentury i negocjacji z Kim Dzong Unem w sprawie denuklearyzacji, Trump całkowicie zawiesił ćwiczenia z Seulem. Stwierdził wówczas, że coroczne manewry mają charakter „prowokacyjny” wobec Korei Północnej, a zaprzestanie tych „gier wojennych” pozwoli Stanom Zjednoczonym zaoszczędzić „ogromne kwoty”.
Władze w Pjongjangu regularnie potępiają wspólne ćwiczenia USA i Korei Pd., przedstawiając je jako wstęp do zbrojnej inwazji na Koreę Północną. Dlatego w ramach odwetu Korea Północna sama prowadzi „manewry wojskowe”, które ONZ określa jako „prowokacje”.
Dlaczego Trump znów robi ukłon w stronę reżimu Kim Dzong Una? Jak oceniają eksperci, po fiasku negocjacji z Iranem, Rosją i Ukrainą, czy Izraelem i Hamasem, Trump szuka innego spektakularnego dyplomatycznego sukcesu. I dlatego próbuje powrócić do rozmów przerwanych podczas szczytu w Hanoi w 2019 roku. Wówczas do porozumienia nie doszło z powodu rozbieżności zdań dotyczących denuklearyzacji i zniesienia sankcji. Trump liczy na to, że tym razem, gdy wszystkie strony usiądą do stołu, uda się wynegocjować pokój w konflikcie, który trwa już od ponad 70 lat.
Przeczytaj także:
Rodzeństwo w wieku 12 i 14 lat miało zostać zaatakowane w parku podczas zabawy, bo „rozmawiali ze sobą w języku ukraińskim”. Bydgoska policja potwierdza, że otrzymała zgłoszenie w tej sprawie
O incydencie poinformował Konsulat Generalny Ukrainy w Gdańsku. Do ataku miało dojść w piątek 14 sierpnia w parku przy dworcu kolejowym w Bydgoszczy.
„Dwoje nieletnich Ukraińców 14-letnia dziewczyna i 12-letni chłopiec, którzy są bratem i siostrą, doznało agresji ze strony dorosłych osób wyłącznie dlatego, że rozmawiali między sobą w języku ukraińskim” – relacjonuje konsulat.
Sprawcami ataku byli kobieta i mężczyzna na spacerze z małym psem. „Napastnicy dopuścili się nie tylko niecenzuralnych wyzwisk i gróźb na tle nietolerancji narodowościowej, ale także przemocy fizycznej. Wykręcili dziecku rękę, połamali zabawkowy dron i rzucili odłamkami w chłopca, powodując u niego zadrapanie” – informuje konsulat.
Rzecznik prasowy bydgoskiej policji potwierdził, że do funkcjonariuszy dotarło zgłoszenie w tej sprawie, ale na ten moment „nie przekazuje dalszych informacji”.
Konsulat poinformował, że matka dzieci otrzymała już pomoc psychologiczną i prawną, a zdrowiu dzieci nie zagraża niebezpieczeństwo. I zaapelował do świadków zdarzenia o zgłaszanie się na policję.
„Stanowczo potępiamy wszelkie przejawy ksenofobii. Kwestia przeciwdziałania nietolerancji i zapewnienia bezpieczeństwa Ukraińcom jest jedną z kluczowych podczas zaplanowanego na najbliższe dni w Konsulacie spotkania z kierownictwem województwa pomorskiego, prezydentami miast i komendantami policji. Nie pozostawiamy tego przypadku bez należytej reakcji prawnej” – przekazał Konsulat Generalny Ukrainy w Gdańsku.
Do ksenofobicznych ataków wobec Ukraińców dochodzi w Polsce w każdym tygodniu. Już pod koniec lipca, w odpowiedzi na brutalne pobicie Maksyma i Nastii na ulicach Wrocławia, premier Donald Tusk zaapelował do swoich ministrów o szybką reakcję wobec agresorów. Nie chodziło tylko o złapanie sprawców tego konkretnego ataku, ale również przygotowanie działań prewencyjnych. „Musimy wydać zdecydowaną wojnę tej przemocy. Patologiczna przemoc wobec Ukraińców ma polityczny patronat” – mówił Tusk. „Jeśli potrzebne będą zmiany w regułach postępowania, przepisach prawa, proszę natychmiast przygotować stosowne projekty zmian” – dodał szef rządu. Do tej pory nic się nie wydarzyło, a rozwiązanie tej sprawy wcale nie jest proste, bo emocje podsycane przez polityków mają silną bazę społeczną. Za to prawica, przygotowująca się już do przyszłorocznych wyborów, nadal nie zamierza wycofać się z antyukraińskiego kursu.
Przeczytaj także:
Amerykanie próbują wdrożyć pokojową „mapę drogową” dla Strefy Gazy. Hamas deklaruje, że zgadza się na rozbrojenie i przekazanie władzy w ręce technokratycznego rządu. Izrael stanowczo odrzuca porozumienie
Do spotkania Jareda Kushnera z zastępcą szefa politycznego Hamasu Chalilem al-Hajją doszło w niedzielę 16 sierpnia w Egipcie. Jak podają źródła cytowane przez amerykański portal Axios, trwało ono 90 minut i przebiegło „bardzo produktywnie”. W rozmowie z wysłannikiem Donalda Trumpa przywódca Hamasu potwierdził swoje zobowiązanie do rozbrojenia i demilitaryzacji Strefy Gazy. To podstawowy warunek pokoju, a przynajmniej wycofania izraelskich wojsk z palestyńskiej półenklawy.
Od zawieszenia broni, które nie przyniosło pełnego spokoju, a jedynie położyło kres najdotkliwszym atakom, minęło 10 miesięcy. Zamieszkana przez dwa miliony ludzi Strefa Gazy wciąż w 65 proc. znajduje się pod kontrolą izraelskich sił. I wciąż jest ostrzeliwana. A rozmowy pokojowe utknęły w martwym punkcie.
Podczas spotkania Kushner miał przekazać, że Amerykanie oczekują konkretów, a nie tylko słów. Chodzi m.in. o przekazanie władzy wykonawczej technokratycznemu rządowi i zapewnienie, że Hamas nie będzie brał udziału w przyszłym zarządzaniu strefą Gazy. Kushner dodał, że tylko wtedy Izrael może być gotowy do wycofania swoich żołnierzy.
A nawet to wcale nie jest pewne, dlatego w poniedziałek 17 sierpnia Jared Kushner spotka się z premierem Izraela. Binjamin Netanjahu kategorycznie odrzucił plan pokojowy dla Gazy. Stwierdził, że Izrael nigdy nie zgodzi się na „państwo palestyńskie w Strefie Gazy lub na Zachodnim Brzegu Jordanu”. Przekonuje też, że Izrael nie uwierzy w samodzielne złożenie broni przez Hamas. Plan pokojowy, zakładający demilitaryzację strefy i wycofanie izraelskich wojsk, opracowała Rada Pokoju powołana przez Donalda Trumpa. Od początku wojny Netanjahu nie zmienił jednak stanowiska – nadal uważa, że tylko całkowite, militarne zniszczenie Hamasu jest gwarancją bezpieczeństwa Izraela. W tle są oczywiście interesy polityczne i osobiste: wojna nie tylko konsumuje uwagę społeczną, ale też odracza proces o korupcję polityczną, który od 2020 roku toczy się przeciwko premierowi Izraela. Netanjahu czeka też trudna kampania przed październikowymi wyborami. Aby utrzymać się przy władzy, którą jego partia Likud sprawuje dziś tylko dzięki koalicji z religijnymi fundamentalistami, premier Izraela nie może „zmiękczyć” swojego stanowiska w sprawie Palestyny. Z drugiej strony, Amerykanie wyrażają coraz większe zniecierpliwienie brakiem współpracy ze strony Izraela.
Także kilka sojuszniczych regionalnych mocarstw, w tym Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie, wydało wspólne oświadczenie potępiające odrzucenie przez Izrael pokojowej „mapy drogowej”, stwierdzając, że to Izrael "ponosi teraz odpowiedzialność za utrudnianie wysiłków na rzecz przywrócenia pokoju w Strefie Gazy”.
W odpowiedzi partia Likud wydała oświadczenie, w którym stwierdziła, że „państwa arabskie chcą obalić” Netanjahu, aby centrowy konkurent Gadi Eisenkot i lider partii centrolewicowej Yair Golan „dali im wszystko, czego chcą".
Netanjahu, kontrolujący 65 proc. terenu Strefy Gazy, zapowiada, że zamierza „zacieśnić ucisk” na Hamasie „ze wszystkich stron”.
Przeczytaj także: