Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Dwa państwa na wschodniej flance NATO ostrzegły, że Rosja przygotowuje możliwą prowokację w państwach bałtyckich lub Polsce. Putin może próbować w ten sposób przetestować spójność zachodniego sojuszu wojskowego — napisał „The Guardian”
Według źródeł z dwóch krajów Kreml może próbować przetestować spójność NATO, ponieważ Rosja znajduje się pod rosnącą presją ze strony Ukrainy – podaje brytyjski dziennik.
Łotewski wywiad poinformował: „Widzimy przesłanki, że Rosja przygotowuje prowokacje wojskowe przeciwko krajom bałtyckim lub Polsce”. Nie będzie to jednak atak na pełną skalę.
Podobne oświadczenie w zeszłym tygodniu złożyło wysoko postawione źródło polityczne z drugiego państwa NATO. Stwierdziło, że „zbieramy informacje wywiadowcze”, że Władimir Putin „planuje coś przeciwko państwom bałtyckim”. Może być bowiem skłonny przetestować wsparcie USA dla niektórych z mniejszych państw członkowskich NATO – Estonii, Łotwy i Litwy – w desperackiej próbie zmiany sytuacji, gdy Rosja nie radzi sobie z atakami Ukrainy.
W czwartek wieczorem premier Polski publicznie wyraził swoje obawy.
„Podzielamy również, bez wyjątku, opinię, że sytuacja jest bardzo niestabilna i w nadchodzących tygodniach i miesiącach można spodziewać się różnego rodzaju eskalacji” – powiedział Donald Tusk na konferencji prasowej po szczycie Wschodniej Flanki w Gdańsku. „Będziemy chcieli przygotować się jako grupa państw bezpośrednio narażonych na to ryzyko”.
Zmiana sytuacji na wojnie postawiła Rosję w nowej sytuacji. Tradycyjne groźby użycia broni atomowej, cudownych pocisków o niszczycielskiej sile, przestały działać. Do tego jasne się stało, że Putin źle ocenił intencje i możliwości Donalda Trumpa. Sądził, że Trump na Alasce obiecał mu w sierpniu 2025 r., iż zmusi Ukrainę do ustępstw terytorialnych i politycznych. Amerykanie mówią teraz, że żadnej takiej umowy nie było. Kreml więc nie kryje irytacji i podkreśla, że w takim razie „Amerykanie nie są neutralną stroną w konflikcie”.
Ukraińskie ataki na Rosję — do 2 tys. kilometrów za linią frontu — destabilizują kraj. Brakuje benzyny, największe aglomeracje — Petersburg i Moskwa — żyją w stałym zagrożeniu atakiem dronów. Na Krymie obowiązuje stan wyjątkowy: nie ma nie tylko paliwa, ale i prądu. Z przerwani działa transport, a zaopatrzenie półwyspu szwankuje. 2500 samochodów stoi w kolejce przy wyjeździe z Krymu przez most kerczeński (wieczorem kolejka zmniejszyła się do tysiąca pojazdów).
Wszystko to na skutek ukraińskiego ostrzału.
Przeczytaj także:
Kremlowska oficjalna narracja za tym nie nadąża. Zatrzymała się obecnie na etapie, że Ukraina nie jest w stanie produkować tak zaawansowanej broni, zatem Rosję atakuje Zachód. I Zachód powinien za to zapłacić.
Jak mówił w niedawnej rozmowie z OKO.press Marek Menkiszak z Ośrodka Studiów Wschodnich, w ten sposób Kreml z jednej strony próbuje wystraszyć Zachód i powstrzymać od pomocy Ukrainie, z drugiej – opowieścią o większej wojnie tonować pogarszające się nastroje w Rosji.
„Tworzy się więc na naszych oczach psychologiczny grunt dla potencjalnej eskalacji po stronie rosyjskiej. Zarówno eskalacji wertykalnej, czyli zwiększenia agresywności ataków na Ukrainę i zwiększenia sił rosyjskich poprzez mobilizację, jak i eskalacji horyzontalnej, czyli potencjalnie poszerzenia agresywnych działań rosyjskich również poza Ukrainę, czyli na państwa członkowskie NATO” – mówi Menkiszak. –
„Póki co to jest straszenie, wojna psychologiczna. Ale jeśli Kreml postrzegać będzie Zachód jako osłabiony, podzielony i niegotowy do czynnego oporu, to może zaryzykować spełnienie części gróźb”.
Przeczytaj także: