Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Brytyjski dziennik „Guardian” cytuje relacje Rosjan z obwodu kurskiego. Wynika z nich, że państwo zwodziło mieszkańców na temat ukraińskiej operacji. Uchodźcy nie mają wystarczającej opieki państwa
„Byliśmy pewni, że rosyjska armia nas ochroni. Jestem w szoku, jak szybko Ukraińcy posunęli się do przodu” – powiedziała przez telefon brytyjskiemu „Guardianowi” z Kurska Liubow Antipowa. Rosjanka początkowo nie wierzyła, że Ukraińcy rzeczywiście weszli na teren Rosji. Nie miała wyjścia, gdy zobaczyła na zdjęciach ukraińskiej armii dobrze znany jej supermarket – dom jej rodziców znajduje się 50 metrów od niego.
W artykule czytamy, że Rosjanie byli źle przygotowani do inwazji i nie byli w stanie na czas i skutecznie ostrzec lokalnej ludności.
„Nawet nie wiem, kogo teraz nie cierpię bardziej: ukraińskiej armii, która zajęła naszą ziemię, czy naszego rządu, który na to zezwolił” – napisała na lokalnej kurskiej grupie w rosyjskich mediach społecznościowych Neli Tichonowa. Rosyjska telewizja państwowa mówiła głównie o skutecznych atakach Rosjan na Ukraińców, bez wspominania o postępach przeciwników wgłąb Rosji. Dopiero napływ uchodźców (których państwowa propaganda nazywała „tymczasowo ewakuowanymi”) uświadomił mieszkańcom Kurska o skali problemu.
„Pracuję w centrum miasta i codziennie widzę kolejki po pomoc humanitarną. Jest bardzo dużo uchodźców, nie mają niczego. Ludzie musieli uciekać w krótkich spodenkach i klapkach” – mówi brytyjskiemu dziennikowi mieszkaniec Kurska Stas Wołobujew.
Rosjanie mieli przeznaczyć 3 mld rubli (około 130 mln zł) na wzmocnienie granicy w obwodzie kurskim. Wspomniana na początku Liubow Antipowa mówi dziś, że ostatni raz w zajętej przez Ukrainę Sudży była w maju. Twierdzi, że mieszkańcy musieli organizować zrzutki na podstawowy sprzęt dla stacjonujących tam wojsk – drony czy bieliznę.
Antipowa nie ma kontaktu ze swoimi rodzicami, którzy najpewniej zostali na terenie okupowanym dziś przez Ukrainę.
„To straszne, gdy uświadamiasz sobie, że jesteś sama i nie ma się do kogo zwrócić. Wolontariusze wykonują całą pracę. A gdzie są lokalne władze? Nie wiadomo” – mówi mieszkanka Kurska.