Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
W sobotę dziesiątki tysięcy demonstrantów wyszły na ulice 34 największych miast Niemiec, żeby domagać się lepszej edukacji i niższych kosztów utrzymania. W wielu miastach demonstracja szybko przerodziła się w zamieszki. Najgorzej było we Frankfurcie. W stronę policjantów leciały koktajle Mołotowa. Sytuację opanował w nocy dopiero specjalny oddział komandosów
Fala protestów młodych ludzi niespodziewanie zalała Niemcy. W sobotę w 34 miastach, w tym w Berlinie, Frankfurcie i Monachium, doszło do demonstracji ruchu "Pokolenie Z przejmuje władzę”.
Grupa ta sprzeciwia się obowiązkowej służbie wojskowej i domaga się większych inwestycji w edukację, protestuje też przeciwko wysokim kosztom życia, z którymi zmaga się wielu młodych Niemców.
„Jesteśmy tu dzisiaj, aby walczyć o pokój i wolność, a nie o wojnę i przymus” – powiedziała w sobotę w Berlinie rzeczniczka ruchu Generacji Z, Lina Friedrich cytowana przez agencję Reuters.
„Najważniejsze jest dla nas lepsze wsparcie dla systemów opieki zdrowotnej i edukacji. Jesteśmy przeciwni obowiązkowej służbie wojskowej i opowiadamy się za sprawiedliwszym podziałem obciążeń” – dodała.
„Rząd nie odpowiedział na nasze obawy poza dalszymi cięciami i nakładaniem na nas dodatkowych obciążeń” – mówił z kolei podczas wiecu w Monachium 18-letni Steve.
„Będziemy nadal korzystać z naszego podstawowego prawa do zgromadzeń, dopóki nie przestaniecie nas ignorować” – zwracał się do kanclerza Friedricha Merza.
Demonstracje, które rozpoczęły się w wielu miastach wczesnym popołudniem, początkowo były pokojowe i nic nie zapowiadało tego, co wydarzy się kilka godzin później.
Według Reutersa organizatorzy demonstracji spodziewali się tego dnia około 182 tys. protestujących rozłożonych po różnych miastach Niemiec. Agencja podkreśla, że według oficjalnych danych jeszcze w sobotę po południu frekwencja był niższa niż ta spodziewana.
Policja we Frankfurcie, Monachium i Berlinie zgłosiła nawet 18 tys. protestujących, czyli połowę z około 36 tys podanych dla tych lokalizacji na stronie internetowej organizatorów.
Jednak wszystko zmieniło się wieczorem. We Frankfurcie nad Menem z początkowych 2,5 tys. protestujących tłum wzrósł do ok. 8 tys. i zrobił się agresywny. To tam sytuacja sobotniej nocy była najpoważniejsza.
„Trwają gwałtowne zamieszki. W centrum miasta wybito szyby w kilku sklepach. W służby rzucane są koktajle Mołotowa. Apelujemy do wszystkich przechodniów o unikanie centrum miasta lub o opuszczenie tego obszaru”
- informowała frankfurcka policja na platformie X.
Zamaskowani chuligani włamali się m.in. do sklepu z bronią. Rzucali w funkcjonariuszy petardami, kamieniami i butelkami. Użyto przeciwko nim gazu pieprzowego, armatek wodnych oraz opancerzonych pojazdów, ale to wcale nie pozwoliło opanować sytuacji. Za to ilośc użytego gazu była tak duża, że przypadkowi przechodnie uciekali do sklepów, by się ukryć.
Sytuacja we Frankfurcie została opanowana dopiero, gdy około 1 w nocy do akcji wkroczyli komandosi ze specjalnej jednostki SEK (Spezialeinsatzkommando). Zatrzymano około 100 osób, obrażenia odniosło kilku funkcjonariuszy, a co najmniej jeden z nich został ciężko ranny.
Pokojowe protesty przerodziły się w sobotni wieczór w zamieszki również w Berlinie, gdzie aresztowano 56 osób, a rannych zostało 27 funkcjonariuszy. Berlińska policja podkreśla, że sama demonstracja przebiegała spokojne i dopiero po jej zakończeniu zrobiło się niebezpiecznie.
W Kolonii z kolei policja skonfiskowała zamaskowanym uczestnikom protestów koktajle Mołotowa oraz młotki, dzięki czemu tam nie doszło do poważniejszych incydentów.
Natomiast w Stuttgarcie protestujący zeszli z oficjalnej trasy marszu. Wielu miało maski, odpalało fajerwerki, nie reagując na wezwania służb. Choć sytuacja ostatecznie nie wymknęła się spod kontroli, dwóch policjantów zostało rannych.
Przeczytaj także:
Protesty w Niemczech sprawiają wrażenie, jakby były kontynuacją tych, które w ostatnich tygodniach opanowały Francję.
Roman Poseck, minister spraw wewnętrznych Hesji (na obszarze której leży Frankfurt), powiedział:
„Wszyscy mamy w głowach obrazy z Francji – grabieże, podpalanie domów, podpalanie radiowozów i ataki na funkcjonariuszy. Francja nie może być pod tym względem stawiana za wzór.”
Według niego to, co wydarzyło się sobotniej nocy w wielu miastach Niemiec to efekt połączenia sił części skrajnie lewicowych, ekstremistycznych ruchów w Niemczech z grupami powiązanymi z zagranicznymi ruchami ekstremistycznymi.
Premier kraju związkowego Hesja, Boris Rhein, mówił o „szoku”, podkreślając, że wydarzenia ostatniej nocy są „haniebne”.
„Ten, kto zachowuje się tak jak napastnicy w centrum Frankfurtu, sam stawia się poza naszym społeczeństwem” – powiedział Rhein.
Tymczasem organizatorzy demonstracji twierdzą, że nie mają wpływu na to, co dzieje się po zakończeniu oficjalnych protestów i nie zamierzają rezygnować z mobilizowania Niemców do kolejnych manifestacji.
Przeczytaj także: