Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Wydatkowania setek milionów złotych z RARS dla Pawła Szopy i firmy Red is Bad nie da się ani obronić, ani uzasadnić, ani usprawiedliwić – mówi w pierwszym wywiadzie po wyjściu z aresztu Justyna Gdańska, była dyrektorka biura zakupów w Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych
„Nazywam się Justyna Gdańska, byłam dyrektorem biura zakupów w Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych. W lipcu 2024 roku usłyszałam zarzut, tu zacytuję: »przekroczenia uprawnień w związku z pełnieniem funkcji publicznych, które miały polegać na preferencyjnym traktowaniu niektórych kontrahentów«. Pragnę przeprosić za swoje postępowanie, którego się wstydzę i bardzo żałuję” – mówi we wstępie wywiadu dla Wirtualnej Polski była urzędniczka RARS.
W tym samym śledztwie prokuratura chce postawić zarzuty byłemu prezesowi Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych Michałowi K. Oskarża go o udział w zorganizowanej grupie przestępczej, przekroczenie uprawnień i niedopełnienie obowiązków w celu osiągnięcia korzyści majątkowej. Michałowi K. grozi 10 lat więzienia. Mężczyzna został zatrzymany w Londynie i czeka na ekstradycję. Pod lupą śledczych jest też Paweł Szopa, szef firmy Red is Bad, który ukrywa się za granicą. Chodzi m.in. o zamówienie od spółki Szopy agregatów prądotwórczych za 350 mln zł, mimo że RARS kupił je wcześniej w Chinach za niespełna 70 mln zł.
Przeczytaj także:
Podczas wywiadu Justyna Gdańska odmówiła odpowiedzi na wiele pytań z uwagi na toczące się śledztwo. Mimo to opowiedziała m.in. o strukturze zarządzania i hierarchii w RARS.
Na „górze drabinki” miał stać premier, który nadzorował departament instrumentów rozwojowych KPRM. "Stamtąd decyzje tworzące płynęły do prezesa RARS. Zakupy dotyczące rezerw były przekazywane w trybie niejawnym z KPRM, pozostałe realizowaliśmy w przetargach publicznych. Każdy miał więc swojego szefa. Prezes też nie miał decyzyjności w każdej sprawie.
Ostateczny stempelek na decyzjach kierunkowych stawiał KPRM" – opowiadała Gdańska.
Według byłej urzędniczki o wszystkich większych transakcjach miało być informowane CBA. Potem sprawą zainteresowali się kontrolerzy z NIK. „Gdy coś budziło zastrzeżenia, ale drobne, to kontrolujący przyjmowali nasze wyjaśnienia. Pierwsze zarzuty pojawiły się w kontroli budżetowej w 2024 roku. Ze względu na to 26 kwietnia otrzymałam wypowiedzenie” – mówiła była urzędniczka.
Zapytana o współpracę agencji z Pawłem Szopą i firmą Red is Bad, stwierdziła, że „wydatkowania dla niego setek milionów złotych nie da się ani obronić, ani uzasadnić, ani usprawiedliwić”. „Nic więcej – poza tym, że starałam się unikać z nim kontaktu – nie zdradzę. To jednak właśnie po zakupie agregatów od Szopy powiedziałam »dość« i nie zrealizowałam kilku zadań” – dodała.
Pracę w rządowej agencji Gdańska dostała po znajomości. Została zatrudniona na stanowisku głównego specjalisty w biurze zakupów, a po dwóch latach awansowała na stanowisko dyrektora. Przez pierwszych kilka miesięcy po awansie wszystko miało być w porządku, ale później – jak twierdzi – towarzyszyło jej „zdziwienie i wewnętrzna niezgoda na to, co widzi".
Dlaczego więc sama się nie zwolniła? "Z perspektywy kanapy łatwo mnie krytykować i udzielać porad po czasie. Zapewniam, że gdyby do takiej sytuacji doszło teraz, nie wahałabym się ani przez moment. Wtedy okoliczności były takie, że po pierwsze nie mogłam pozwolić sobie na utratę pracy, a po drugie nie wiedziałam, komu miałabym zaufać.
Drabinka kończyła się na politykach wysokiego szczebla.
Nie znałam nikogo w służbach, a jeślibym znała i poszła, to jaką miałam gwarancję, że nie dowiedzą się o tym zainteresowane osoby?" – tłumaczyła.
Pytana, czy poszła na współpracę ze służbami, odpowiedziała: „Tylko tak mogę naprawić w jakimś stopniu to, co się stało za sprawą mojej akceptacji”.