Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Europa zaczyna zastanawiać się nad scenariuszem powołania własnego sojuszu wojskowego bez udziału Stanów Zjednoczonych, za to z Ukrainą, która jest doświadczona wojną.
Jak zauważa Politico, w obliczu narastających wątpliwości co do przyszłości NATO część europejskich urzędników zaczyna patrzeć na „koalicję chętnych” jak na zalążek nowego sojuszu bezpieczeństwa – już bez udziału Stanów Zjednoczonych.
Ten format „koalicji chętnych” (w której uczestniczą m.in. Francja, Wielka Brytania, Niemcy, Polska, Włochy, Hiszpania, Holandia i kraje nordyckie) mógłby stać się zalążkiem nowego sojuszu bezpieczeństwa w czasach, gdy wsparcie Stanów Zjednoczonych dla NATO i europejskiej obrony przestaje być pewnikiem. Taki układ nie wykluczałby współpracy z Ameryką, ale zakładałby, że nie można już traktować jej jako automatycznego gwaranta bezpieczeństwa.
Od powrotu Donalda Trumpa do Białego Domu relacje transatlantyckie są napięte. Dla wielu europejskich państw punktem zwrotnym stały się groźby Trumpa o nałożeniu ceł na państwa, które spróbują zablokować jego plany przejęcia Grenlandii.
Europejscy dyplomaci przyznają, że Ameryka pod rządami Donalda Trumpa może nie być już wiarygodnym partnerem handlowym, a tym bardziej pewnym gwarantem bezpieczeństwa. Jeśli podejście Waszyngtonu nie ulegnie zmianie, Europa – jak czytamy – może stanąć przed największą transformacją zachodniego systemu bezpieczeństwa od dekad – taką, która zachwieje globalną równowagą sił.
Obok rozmów o odwetowych represjach wobec USA i kryzysie wokół Grenlandii, dyplomaci zastanawiają się nad potencjalnymi skutkami długotrwałego rozstania z Waszyngtonem.
Ale w rozmowach regularnie pojawia się także Wołodymyr Zełenski, co oznacza, że kluczowym elementem nowego układu może być Ukraina.
Bo przecież dziś to najbardziej zmilitaryzowane państwo z ogromną armią, rozwiniętym przemysłem dronowym i unikalnym doświadczeniem bojowym, którego dziś nie ma żaden inny kraj w Europie.
Choć Ukraina od lat stara się o członkostwo w NATO, dziś – kiedy te napięcia są coraz powszechniejsze – ta perspektywa już nie wygląda zachęcająco. Równocześnie amerykańskie deklaracje o wspieraniu gwarancji bezpieczeństwa stają się coraz mniej pewne, a w europejskich stolicach rośnie poczucie, że parasol USA może się w każdej chwili zamknąć.
Gdyby do militarnego potencjału Ukrainy dołączyć siły Francji, Niemiec, Polski i Wielkiej Brytanii, to taka „koalicja chętnych” mogłaby stać się realnym graczem strategicznym. Taki układ miałby ogromną armię, doświadczenie z pola walki i połączenie państw posiadających broń jądrową z tymi, które jej nie mają, ale dysponują liczbą żołnierzy, sprzętem i zapleczem przemysłowym.
O potrzebie obrony Europy przy mniejszym wsparciu USA mówi się od dawna, ale w ostatnich dniach tempo wyraźnie przyspieszyło: z Brukseli płyną pomysły, zapowiedzi i politycznych sygnałów. Unia ogłosiła, że chce być gotowa do samodzielnej obrony do 2030 roku.
Europejski komisarz ds. obrony Andrius Kubilius zaproponował tydzień temu utworzenie stałej armii UE liczącej 100 tys. żołnierzy. Wrócił też do koncepcji Europejskiej Rady Bezpieczeństwa złożonej z około 12 państw, w tym również Wielkiej Brytanii. Ursula von der Leyen zaprezentowała z kolei nową Europejską Strategię Bezpieczeństwa, choć na razie ujawniono niewiele konkretów.
Jedno jest jednak wspólne dla większości europejskich stolic: rośnie przekonanie, że rozmowa o nowej architekturze bezpieczeństwa Europy nie może dłużej czekać. W najbliższych dniach przywódcy UE spotkają się na nadzwyczajnym szczycie, by wypracować odpowiedź na groźby Trumpa dotyczące Grenlandii, ale coraz więcej wskazuje na to, że agenda będzie znacznie szersza niż tylko ten jeden kryzys.
Dodatkowym punktem zapalnym ma być Światowe Forum Ekonomiczne w Davos. Jeśli Donald Trump rzeczywiście się tam pojawi, możliwe będą bezpośrednie rozmowy europejsko-amerykańskie.
Po rozmowach z Friedrichem Merzem, Emmanuelem Macronem, Keirem Starmerem oraz sekretarzem generalnym NATO Markiem Rutte, von der Leyen podkreśliła w niedzielę 18 stycznia, że Europejczycy pozostaną „niezłomni” w swoim zobowiązaniu do ochrony Grenlandii. „Stawimy czoła tym wyzwaniom dla naszej europejskiej solidarności z wytrwałością i determinacją” – mówiła.
Prezydent Karol Nawrocki otrzymał od Donalda Trumpa propozycję dołączenia do Rady Pokoju, której zadaniem ma być nadzór nad sytuacją na Bliskim Wschodzie – podaje Onet.
Podobną propozycję Donald Trump złożył także m.in. Władimirowi Putinowi oraz Viktorovi Orbánowi. Nie zabrakło także zaproszenia dla białoruskiego przywódcy Alaksandra Łukaszenki.
„Prezydent Putin otrzymał drogą dyplomatyczną propozycję dołączenia do Rady Pokoju. Obecnie analizujemy wszystkie szczegóły tej propozycji. Mamy nadzieję skontaktować się ze stroną amerykańską, aby doprecyzować wszystkie szczegóły” — powiedział rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow cytowany przez agencję TASS.
Rada ma koncentrować się na monitorowaniu procesu pokojowego w Strefie Gazy oraz wspieraniu lokalnych władz, tzw. Narodowego Komitetu Administracji Strefy Gazy. Według Trumpa gremium to ma składać się z „palestyńskich technokratów”.
Rada Pokoju w Strefie Gazy ma być międzynarodowym gremium, które miałoby nadzorować proces polityczny, rozmowy pokojowe oraz odbudowę enklawy.
Jak ustaliła agencja AFP, udział w Radzie Pokoju zaproponowano przedstawicielom prawie 60 państw, w tym przywódcom Kanady, Rumunii, Włoch i Turcji.
W piątek Biały Dom ujawnił, że w skład Rady Pokoju, mającej zarządzać Strefą Gazy, wchodzą m.in. sekretarz stanu USA Marco Rubio, specjalny wysłannik Steve Witkoff, zięć prezydenta USA Jared Kushner i były brytyjski premier Tony Blair. Na czele Rady stanie Donald Trump.
Agencja Bloomberga informuje, że administracja prezydenta USA Donalda Trumpa chce, by kraje wpłaciły co najmniej po 1 mld dolarów za stałe członkostwo w jego Radzie Pokoju.
W projekcie napisano, że każdy kraj należący do Rady byłby jej członkiem przez nie więcej niż trzy lata od wejścia statutu w życie. O odnowie członkostwa miałby decydować przewodniczący. Trzyletni okres członkostwa nie dotyczy krajów, które wpłacą do Rady Pokoju ponad 1 mld dolarów w ciągu pierwszego roku wejścia statutu w życie.
Bloomberg podkreślił, że krytycy tego rozwiązania obawiają się, iż Trump próbuje zbudować alternatywę czy wręcz rywala wobec ONZ, którą od dawna potępia.
Jedna z osób zaznajomionych z planem stwierdziła w rozmowie z „Financial Times”, że administracja USA postrzega Radę Pokoju jako „potencjalny substytut ONZ” i „rodzaj równoległego, nieoficjalnego organu zajmującego się konfliktami również poza Gazą”. Według dziennika nowe gremium mogłoby przyglądać się także sytuacji w Ukrainie oraz Wenezueli.
Pierwsze spotkanie Rady Pokoju Gazy ma się odbyć w tym tygodniu na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos w Szwajcarii.
Przeczytaj także:
Prezydent USA Donald Trump w specjalnym liście do premiera Norwegii zasugerował, że skoro nie dostał Pokojowej Nagrody Nobla, to nie zamierza już „myśleć wyłącznie o pokoju”
„Biorąc pod uwagę, że wasz kraj zdecydował się nie przyznać mi Pokojowej Nagrody Nobla za powstrzymanie ośmiu wojen i więcej, nie czuję już obowiązku myślenia wyłącznie o pokoju, choć zawsze będzie on najważniejszy. Mogę teraz myśleć o tym, co jest dobre i właściwe dla Stanów Zjednoczonych Ameryki” – napisał Donald Trump w liście skierowanym do norweskiego premiera. Dodał też, że dąży do „całkowitej kontroli nad Grenlandią”.
Treść pisma udostępnił w mediach społecznościowych Nick Schifrin, dziennikarz amerykańskiej stacji telewizyjnej PBS News.
Informacje potwierdził redakcji Politico premier Norwegii Jonas Gahr Støre.
Støre powiedział norweskiemu dziennikowi VG, że list Trumpa był odpowiedzią na krótką wiadomość wcześniej wysłaną tego samego dnia do prezydenta USA. Premier Norwegii działał w imieniu własnym oraz prezydenta Finlandii Alexandra Stubba. Obaj nordyccy przywódcy wezwali Trumpa do deeskalacji napięć i zaproponowali trójstronną rozmowę telefoniczną.
Nagroda nie jest przyznawana przez rząd Norwegii. Jej przyznawaniem zajmuje się niezależna komisja.
Trump napisał w liście też, że „Dania nie jest w stanie ochronić tego terytorium (Grenlandii, przyp. red.) przed Rosją ani Chinami. Dlaczego więc w ogóle miałaby mieć ‘prawo własności’? Nie istnieją żadne pisemne dokumenty, jest tylko fakt, że setki lat temu dopłynęła tam jakaś łódź. A przecież my również dopływaliśmy tam łodziami”.
Donald Trump jednak zapomniał, że Stany Zjednoczone uznały duńską suwerenność nad Grenlandią w ramach porozumienia z początku XX wieku, związanego ze sprzedażą przez Danię Wysp Dziewiczych USA. W zamian Waszyngton zobowiązał się nie kwestionować duńskich praw do Grenlandii.
„Zrobiłem dla NATO więcej niż jakakolwiek inna osoba od momentu jego powstania. Teraz NATO powinno zrobić coś dla Stanów Zjednoczonych. Świat nie będzie bezpieczny, dopóki nie będziemy mieć pełnej i całkowitej kontroli nad Grenlandią” – napisał Trump
W weekend Trump ogłosił, że od 1 lutego nałoży cła na państwa europejskie, które sprzeciwią się jego planom przejęcia Grenlandii. To skłoniło przewodniczącego Rady Europejskiej António Costę do zwołania nadzwyczajnego szczytu unijnych przywódców jeszcze w tym tygodniu.
W niedzielę 18 stycznia premier Norwegii oświadczył na konferencji prasowej, że jego kraj nie da się zastraszyć ani przymusić do zmiany stanowiska w sprawie Grenlandii i kwestii suwerenności. Podkreślił, że sprawy bezpieczeństwa i nienaruszalności granic nie mogą być rozgrywane poprzez naciski handlowe.
Odnosząc się do zapowiedzi Donalda Trumpa o cłach wobec ośmiu europejskich państw wspierających Grenlandię, zaznaczył, że Norwegia nie zaakceptuje sytuacji, w której instrumenty gospodarcze stają się narzędziem politycznej presji w fundamentalnych sprawach.
Trump od miesięcy intensywnie zabiegał o Pokojową Nagrodę Nobla, którą w 2009 roku otrzymał były prezydent USA Barack Obama. Wielokrotnie twierdził też, że doprowadził do zakończenia co najmniej ośmiu konfliktów zbrojnych, choć te deklaracje są podważane przez organizacje weryfikujące fakty.
Ostatecznie nagrodę przyznano wenezuelskiej liderce opozycji Marii Corinie Machado. W zeszłym tygodniu wręczyła ona Trumpowi swój medal, jednak Komitet Noblowski podkreślił później, że choć sam medal może zmieniać właścicieli, to wyróżnienia nie da się formalnie przekazać innej osobie.
Aż 73 proc. Amerykanów jest przeciwnych przejęciu Grenlandii przez USA siłą – wynika z sondażu przeprowadzonego przez YouGov 15 stycznia.
87 proc. wyborców Demokratów jest przeciwnych wykorzystaniu siły do przejęcia Grenlandii. Tak samo 73 proc. wyborców niezależnych i 60 proc. wyborców Republikanów. Zaledwie 15 proc. wyborców Partii Republikańskiej poparłoby takie rozwiązanie.
Przeczytaj także:
Europa szykuje się na starcie handlowe z USA. W czwartek na nadzwyczajnym szczycie przywódcy UE mają zdecydować, jak odpowiedzieć na rosnącą presję ze strony Waszyngtonu.
W Brukseli odbędzie się nadzwyczajne spotkanie ambasadorów państw UE, zwołane po groźbach prezydenta USA Donalda Trumpa. Chodzi o możliwość podniesienia ceł wobec ośmiu europejskich krajów, które wysłały wojska na Grenlandię. O planowanym spotkaniu poinformowała cypryjska prezydencja, która obecnie przewodniczy Radzie Unii Europejskiej.
Kilka krajów europejskich – w tym Dania, której Grenlandia jest terytorium autonomicznym – oświadczyło, że „są zjednoczone” przeciwko zapowiedzi Trumpa o uderzeniu w nie cłami w wysokości do 25 proc.
„Groźby celne podważają relacje transatlantyckie i niosą ryzyko niebezpiecznej spirali spadkowej”, ostrzegły we wspólnym oświadczeniu Wielka Brytania, Dania, Finlandia, Francja, Niemcy, Holandia, Norwegia i Szwecja.
Nawet skrajnie prawicowa premier Włoch Giorgia Meloni, jedna z najbliższych sojuszniczek Trumpa w Europie, skrytykowała jego groźbę.
„Uważam, że nakładanie dziś nowych sankcji byłoby błędem” – powiedziała dziennikarzom Meloni podczas podróży do Seulu.
Przywódcy UE mają w czwartek 22 stycznia spotkać się na nadzwyczajnym szczycie w Brukseli, by ustalić, jak odpowiedzieć na presję ze strony USA. Na stole są co najmniej dwa scenariusze, a oba oznaczają realne konsekwencje gospodarcze.
Pierwszy to reaktywacja pakietu ceł na import z USA o wartości 93 mld euro. To rozwiązanie było przez ostatnie pół roku zawieszone, ale jeśli UE zdecyduje się je odmrozić, taryfy mogłyby wejść w życie automatycznie 6 lutego.
Druga opcja to tzw. Instrument Antyprzymusowy (ang. Anti-Coercion Instrument, ACI) czyli narzędzie, którego – jak podaje Reuters – Unia nigdy wcześniej nie uruchomiła. W praktyce może ono uderzyć w amerykańskie interesy szerzej niż same cła, np. ograniczyć dostęp do unijnych przetargów publicznych, inwestycji czy działalności bankowej, a także wprowadzić restrykcje w handlu usługami. To szczególnie wrażliwy obszar, bo więcej pieniędzy płynie z Europy do USA za usługi, niż odwrotnie, m.in. w usługach cyfrowych.
Źródła unijne przekazały dziennikarzom Reutersa, że większe poparcie jako ma na razie wariant taryfowy. W sprawie ACI sytuacja jest znacznie mniej jednoznaczna i stanowiska państw członkowskich się mocno różnią.
Przewodniczący Rady Europejskiej Antonio Costa podkreślił w mediach społecznościowych, że rozmowy z krajami UE pokazały „zdecydowane zaangażowanie” we wsparcie Danii i Grenlandii oraz gotowość do obrony przed jakąkolwiek formą przymusu.
Tymczasem duński minister spraw zagranicznych Lars Løkke Rasmussen, przebywający z wizytą w Oslo, przypomniał o środowym porozumieniu Danii, Grenlandii i USA w sprawie powołania wspólnej grupy roboczej. Jak zaznaczył, nie zamierza sprowadzać relacji z Waszyngtonem wyłącznie do osoby prezydenta.
Wątki unijnej próby dialogu z USA mają też wybrzmieć w Davos. To tam podczas Światowego Forum Ekonomicznego Donald Trump wygłosi w środę przemówienie otwierające wydarzenie, po raz pierwszy od sześciu lat.
W sobotę Donald Trump zapowiedział, że od 1 lutego wprowadzi cła na osiem państw UE: Danię, Szwecję, Francję, Niemcy, Holandię i Finlandię, ale także na Wielką Brytanię i Norwegię, dopóki Stany Zjednoczone nie uzyskają zgody na zakup Grenlandii.
Trump i jego administracja argumentują, że przejęcie Grenlandii służyłoby „bezpieczeństwu narodowemu” USA. Twierdzą również, że Dania, mimo że jest sojusznikiem Stanów w NATO, nie byłaby w stanie obronić wyspy, gdyby Rosja lub Chiny kiedykolwiek próbowały dokonać inwazji.
Dania i kilku jej europejskich sojuszników z NATO odpowiedziało niedawnym wysłaniem niewielkich grup personelu wojskowego na Grenlandię w ramach ćwiczeń, na które zaproszono również USA. Wczoraj widziano niemieckich żołnierzy wsiadających do samolotu opuszczającego wyspę po zakończeniu misji rozpoznawczej.
W sobotę (17 stycznia) tysiące ludzi na Grenlandii i w Danii protestowało przeciwko amerykańskim dążeniom do kontroli nad arktyczną wyspą. Na czapkach wielu demonstrantów widniało hasło „Make America Go Away”, będące parodią sloganu Trumpa „Make America Great Again”.
Przeczytaj także:
Co najmniej 39 osób zginęło, a kilkadziesiąt zostało rannych w wyniku zderzenia pociągów dużych prędkości w południowej Hiszpanii. Władze ostrzegają, że liczba ofiar śmiertelnych może wzrosnąć. To najgorsza katastrofa kolejowa w Hiszpanii od ponad dekady.
Służby ratunkowe zwróciły się do wszystkich ocalałych o skontaktowanie się z rodzinami lub umieszczenie na portalach społecznościowych informacji, że żyją.
Do zderzenia doszło około dziesięciu minut po odjeździe pociągu z Malagi do Madrytu o godzinie 18:40 czasu lokalnego w niedzielę. W miejscowości Adamuz koło Kordoby wagony pociągu wykoleiły się i zjechały na przeciwległy tor. Tam zderzyły się z nadjeżdżającym z naprzeciwka pociągiem z Madrytu do Huelvy.
Większość ofiar śmiertelnych i rannych znajdowała się w pierwszych wagonach tego pociągu.
Pociąg do Huelvy jechał w chwili zderzenia z prędkością około 200 km/h – podał El Pais. Nie jest jasne, do jakiej prędkości rozpędził się pociąg do Madrytu. Rzecznik włoskiej firmy kolejowej Ferrovie dello Stato powiedział agencji Reuters, że w wypadku brał udział pociąg Freccia 1000, który może osiągnąć prędkość 400 km/h.
Przyczyna wypadku nie jest jeszcze znana – powiedział dziennikarzom na konferencji prasowej na stacji Atocha w Madrycie hiszpański minister transportu Oscar Puente. Powiedział też, że to „naprawdę dziwne”, że pociąg wykoleił się na prostym odcinku torów. Ten odcinek torów został odnowiony w maju.
Iryo, prywatna spółka kolejowa obsługująca trasę z Malagi, poinformowała, że w pociągu, który jako pierwszy się wykoleił, znajdowało się około 300 pasażerów, w drugim pociągu – obsługiwanym przez finansowaną przez państwo spółkę Renfe – około 100 pasażerów. Większość wracała po weekendzie do domu.
Wszystkie połączenia kolejowe między Madrytem a Andaluzją mają być zawieszone co najmniej przez cały poniedziałek.