Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Premier Izraela wciąż liczy na to, że bombardowania doprowadzą do narodowego zrywu, który obali irański reżim. Eksperci wskazują, że to myślenie życzeniowe
Nowruz, czyli Perski Nowy Rok, świętuje się od 19 do 21 marca. Rodzinne celebracje poprzedza starożytne święto ognia (Chaharshanbe Suri), które przez reżim postrzegane jest jako pogański zwyczaj. Podczas jego obchodów często dochodziło do protestów. Do wyjścia na ulice także w tym roku, pomimo wojny, zachęcał Irańczyków premier Izraela Benjamin Netanjahu.
„Nasze samoloty atakują terrorystów na ziemi, na skrzyżowaniach, na placach miejskich” – mówił Netanjahu 17 marca, ogłaszając zabicie Alego Laridżaniego, drugiego po Alim Chameneim najważniejszego irańskiego polityka, który zginął podczas amerykańsko-izraelskiej wojny z Iranem. „Ma to na celu umożliwienie dzielnemu narodowi Iranu świętowanie Święta Ognia” – mówił Netanjahu.
„Świętujcie i Wesołego Nowego Roku” – apelował Netanjahu, zapewniając, że Izrael ochroni ewentualnych protestujących. „Patrzymy na was z góry”.
Nie pierwszy raz premier Izraela otwarcie wyraża nadzieję, że bombardowania i eleminacja kluczowych polityków irańskiego reżimu będzie bodźcem do narodowego powstania i obalenia obecnej władzy w Teheranie.
„Zwracam się do irańskiego narodu" – mówił Netanjahu podczas konferencji prasowej w ubiegłym tygodniu. „Zbliża się chwila, w której będziecie mogli wyjść na ulice w imię wolności. Stoimy po waszej stronie i pomagamy wam. Ale ostatecznie wszystko zależy od was”.
Amerykanie również przekonywali, że ich działania wojskowe mogą prowadzić do masowego zrywu. Jednak 13 marca prezydent Donald Trump wywiadzie dla Fox News pierwszy raz przyznał, że to coraz mniej prawdopodobne. „Mówią, że jeśli ktokolwiek będzie protestował, zabiją go na ulicy. Myślę, że to ogromna przeszkoda dla ludzi, którzy nie mają broni” – mówił prezydent USA.
Irańczycy nie zdążyli otrząsnąć się z tragedii z początku roku, gdy reżim krwawo stłumił protesty, zabijając dziesiątki tysięcy osób.
Szef irańskiej policji Ahmadreza Radan na antenie państwowej telewizji już po wybuchu wojny groził potencjalnym demonstrantom. „Od tej pory, jeśli ktoś będzie działał z polecenia wroga, nie będziemy już traktować go jako protestującego ani nikogo w tym rodzaju. Będziemy go uważać za wroga i traktować tak, jak traktujemy wroga” – zapowiedział.
Jak podaje The New York Times, Izrael stara się osłabić zdolność operacyjną irańskich służb bezpieczeństwa. Głównym celem jest Basidż, czyli ochotnicza milicja znana z brutalnego tłumienia protestów. Przerwanie łańcucha dowodzenia miałoby utrudnić skuteczne działanie szeregowych członków formacji, a nawet dezercję. A mowa o milionie osób. Tyle że dobrze uzbrojonych i walczących o swoje bezpieczeństwo i bezpieczeństwo swoich rodzin.
Dlatego według większośćci ekspertów, nadzieje na powstanie to myślenie życzeniowe. „Istnieje ogromna nienawiść do Islamskiej Republiki” – mówi Vali Nasr, profesor studiów bliskowschodnich na Uniwersytecie Johna Hopkinsa. „Ale obecnie panuje również nienawiść do Stanów Zjednoczonych i Izraela oraz poważne obawy o przyszłość kraju”.
Społeczeństwo 90 mln kraju jest rozdarte: część może i wierzy, że amerykańsko-izraelskie bomby ich wyzwolą, ale boją się aparatu represji.
Przeczytaj także:
Ministra edukacji Barbara Nowacka ogłosiła, że zakaz będzie dotyczyć szkół podstawowych. Telefony znikną z lekcji i przerw. Wyjątkiem może być decyzja nauczyciela o wykorzystaniu smartfonów do nauki
18 marca podczas konferencji prasowej w Olsztynie ministra edukacji Barbara Nowacka ogłosiła, że w jej resorcie kończą się prace nad dużą zmianą legislacyjną dla szkół. „Od 1 września 2026 r. w szkołach podstawowych wprowadzimy zakaz używania telefonów komórkowych. Jest to decyzja przyspieszona po mojej rozmowie z premierem Donaldem Tuskiem” – mówiła Nowacka.
Dzieci nie będą mogły korzystać z telefonów na przerwach i lekcjach. Za wyjątkiem sytuacji, w których nauczyciel będzie chciał wykorzystać telefony do procesu dydaktycznego albo na wypadek sytuacji losowych – ze względów zdrowotnych lub potrzebą kontaktu z rodzicem.
Telefony będą mogły być wnoszone do szkół, ale to szkoły będą decydować, gdzie je przechowywać w czasie zajęć. „To może być szafka przed każdą salą, woreczek, czy koszyk u nauczyciela” – mówiła ministra edukacji.
Ogłaszając zmiany, Nowacka przypomniała, że z diagnozy opracowanej na zlecenie MEN wynika, że już dziś ponad 50 proc. szkół samodzielnie wprowadziła ograniczenia w korzystaniu z telefonów komórkowych.
„Dzisiaj nauczyciele borykają się z tym i bardzo często o tym mówią, że jeżeli zabraniają, to młodzież mówi: »nie ma żadnego zakazu«. A tak będą mogli spokojnie powiedzieć: jest zakaz, jest prawo, są to przepisy wprowadzone odgórnie przez ministerstwo i macie obowiązek ich przestrzegać” – mówiła szefowa resortu edukacji.
Zakaz smartfonów to tylko część całego pakietu higieny cyfrowej, który ma wejść do szkół razem z nowymi podstawami programowymi. MEN w porozumieniu z ministerstwem cyfryzacji przygotowuje też zakaz social mediów dla nastolatków, polegający na skutecznej weryfikacji wieku na popularnych platformach oraz ograniczenie dostępu do pornografii.
Całkowity zakaz używania telefonów dla uczniów wprowadziły Belgia i Holandia. W Finlandii smartfon może służyć tylko do nauki. Za to Portugalia ograniczyła liczbę dni, w których można korzystać z urządzeń.
Z badań realizowanych w ramach Narodowego Programu Zdrowia w 2023 roku wynika, że ze smartfona korzysta codziennie 86 proc. uczniów szkół podstawowych. Diagnoza, którą zleciło ministerstwo edukacji pokazuje, że 60 proc. nastolatków odczuwa chroniczne zmęczenie w związku z używaniem telefonów.
W 2025 roku SOS dla edukacji sprawdziło, jak wygląda smartfonoza oczami rodziców, nauczycieli i uczniów. Z ankiety wynikało, że telefon posiada niemal każdy uczeń w Polsce, za wyjątkiem klas 1-3 – tam ze smarfona korzysta co drugie dziecko. Tylko połowa badanych nauczycieli uważała, że szkolne obostrzenia już dziś są przestrzegane. A uczniowie zwracali uwagę, że z pilnowaniem zasad i stosowaniem się do ograniczeń problem mają sami dorośli.
„Patrząc na wyniki naszego badania, należy stwierdzić, że co najmniej 20 proc. uczniów, a więc ci, korzystający z telefonu na każdej bądź prawie każdej lekcji i/lub przerwie, może to robić kosztem np. interakcji z innymi uczniami, czy zdrowego odpoczynku – dla ciała, po spędzeniu 45 minut w szkolnej ławce, i dla umysłu, który oprócz przyswajania nowej wiedzy, jest bombardowany kolejnymi bodźcami płynącymi ze smartfona” – pisało SOS dla edukacji.
Z drugiej strony, twardych dowodów naukowych na destrukcyjny wpływ technologii na dobrostan młodych, w tym znaczące ubytki w uwadze, nadpobudliwość, niską samoocenę, czy problemy behawioralne, nie ma. Jedyne „badania”, które wskazują na takie połączenia, oparte są na korelacjach, a nie związkach przyczynowo-skutkowych.
Sami uczniowie nie wierzą, że ograniczenia w korzystaniu ze smartfonów poprawiłoby ich wyniki w nauce lub atmosferę w szkole. I uważają, że to problem, którym powinni zająć się rodzice.
Najbardziej radykalne obostrzenia wspierają dorośli. Ponad 60 proc. nauczycieli i rodziców opowiada się za całkowitym zakazem korzystania z telefonów w szkołach. Wśród uczniów, bez zaskoczeń, ten odsetek wynosi zalewie 8 proc.
Uczniowie woleliby, żeby zakaz obejmował tylko lekcje, ale nie przerwy (54 proc. badanych). Ale wiele z nich chciałoby, żeby żadnych regulacji nie było (38 proc.).
Oto część ich odpowiedzi:
Tylko część nauczycieli widzi alternatywne ścieżki, w których szkoła mogłaby być miejscem, gdzie uczniowie uczą się bezpiecznych zasad korzystania z telefonów. Do zakazu przydałaby się też pozytywna oferta dla uczniów i uczennic – zamiast nudy na przerwach, zabawy, gry planszowe, sport, karaoke.
Eksperci zwracają też uwagę, że szkolne zakazy nie są kompleksowym rozwiązaniem. Niezbędna jest edukacja rodziców.
"Skuteczna profilaktyka nadużywania e-mediów wśród dzieci powinna rozpoczynać się od zmiany zachowań rodziców – w pierwszej kolejności od redukcji ich własnego nasilenia nadużywania urządzeń elektronicznych, a w drugiej od poprawy jakości więzi między rodzicem i dzieckiem, poprzez stymulowanie bezpiecznego wzorca przywiązania między nimi. Dopiero w trzeciej kolejności oddziaływania należy skierować na samo dziecko – w tym zarówno na wybrane cechy psychospołeczne, jak i bezpośrednio na zmianę zachowań i świadomą ich kontrolę” – wskazywało SOS dla edukacji.
Przeczytaj także:
Prezydent USA Donald Trump zapewnił w środę wieczorem, że nie wiedział o izraelskim ataku na irańskie złoże gazowe South Pars. Zapowiedział jednocześnie, że jeśli Iran jeszcze raz uderzy w katarskie obiekty LNG, to USA wysadzą w powietrze całe złoże South Pars. Administracja Trumpa szykuje się do wysłania wojsk w strefę konfliktu
„Izrael, rozzłoszczony tym, co dzieje się na Bliskim Wschodzie, agresywnie uderzył w duży obiekt znany jako złoże gazowe South Pars w Iranie. Została zaatakowana stosunkowo niewielka część całości. Stany Zjednoczone nie wiedziały nic o tym konkretnym ataku i Katar w żaden sposób ani w żadnej formie nie był w to zaangażowany, ani nie miał pojęcia, że do tego dojdzie” – napisał Trump w serwisie Truth Social.
South Pars to irański sektor największego na świecie złoża gazu ziemnego. Iran dzieli je z Katarem, bliskim sojusznikiem USA i gospodarzem największej bazy wojskowej Stanów Zjednoczonych w Zatoce Perskiej.
Przeczytaj także:
„Niestety Iran nie wiedział ani o tym, ani o żadnych innych istotnych faktach dotyczących ataku na South Pars i w sposób nieuzasadniony i niesprawiedliwy zaatakował część obiektu gazowego LNG Kataru. IZRAEL NIE PRZEPROWADZI WIĘCEJ ATAKÓW na niezwykle ważne i cenne złoże South Pars, chyba że Iran nierozsądnie zdecyduje, by zaatakować bardzo niewinny w tym przypadku Katar. W takim przypadku USA, za pomocą i zgodą Izraela albo bez, wysadzą w powietrze całość South Pars z taką siłą i mocą, jakich Iran nigdy wcześniej nie widział” – napisał Trump.
W odwecie za atak na South Pars Iran zaatakował gigantyczną katarską instalację LNG w Ras Laffan. Obiekt, zarządzany przez QatarEnergy, odpowiada za ok. 20 proc. światowej podaży skroplonego gazu ziemnego (LNG). Nie jest jeszcze jasne, czy irański atak spowoduje zakłócenia w dostawach katarskiego LNG do Polski, niemniej wydaje się to prawdopodobne.
Tymczasem Reuters podaje, że administracja Trumpa rozważa wysłanie tysięcy żołnierzy USA na Bliski Wschód. Wojsko ma się teraz przygotowywać się do możliwych kolejnych kroków w kampanii przeciwko Iranowi.
Chodzi przede wszystkim o zabezpieczenie Cieśniny Ormuz. To jednak musiałoby oznaczać wysłanie wojsk amerykańskich na irańską linię brzegową. Administracja Trumpa omawiała również opcje wysłania wojsk lądowych na irańską wyspę Kharg – centrum irańskiego eksportu ropy naftowej – mówią informatorzy Reutersa. Jeden z nich stwierdził, że taka operacja byłaby bardzo ryzykowna. Iran ma możliwość dotarcia na wyspę za pomocą pocisków i dronów.
Urzędnicy administracji Trumpa mieli też rozmawiać o możliwość wysłania sił amerykańskich w celu zabezpieczenia irańskich zapasów wysoko wzbogaconego uranu.
Jakiekolwiek użycie amerykańskich wojsk lądowych – nawet w ramach ograniczonej misji – mogłoby wiązać się ze znacznym ryzykiem politycznym dla Trumpa, biorąc pod uwagę niskie poparcie w USA dla kampanii na rzecz Iranu i obietnice wyborcze samego Trumpa, że nie wciągnie Ameryki w nowe konflikty.
„Trump ma ma trudność z realizacją swojego planu na Bliskim Wschodzie ”– mówi Paulinie Pacule z OKO.press Jacob Funk Kirkegaard, starszy ekspert ds. polityki bezpieczeństwa europejskiego think tanku Breugel. – Domaga się pomocy NATO w Cieśninie Ormuz, bo US Navy uznała taką operację za zbyt niebezpieczną dla swoich marynarzy.
Przeczytaj także:
Trzydniowa wojna Trumpa z Iranem trwa już trzy tygodnie. Eskalacja konfliktu potęguje zakłócenia w globalnych dostawach energii, co podniosło stawkę polityczną dla Trumpa.
Katarski państwowy gigant naftowy QatarEnergy poinformował o „rozległych szkodach” po tym, jak irańskie rakiety uderzyły w przemysłowe miasto Ras Laffan, przetwarzające około jednej piątej światowych dostaw gazu.
Arabia Saudyjska poinformowała, że w środę przechwyciła i zniszczyła cztery rakiety balistyczne wystrzelone w kierunku Rijadu oraz podjęła próbę ataku dronów na obiekt gazowy na wschodzie kraju.
W czwartek Iran ponownie zaatakował katarskie instalacje gazowe, a jego rakiety trafiły również w stolicę Arabii Saudyjskiej.
Od początku konfliktu Teheran atakuje nie tylko Izrael, ale także amerykańskie placówki dyplomatyczne i wojskowe w Zatoce Perskiej i ostrzegał swoich sąsiadów, aby nie organizowali ataków na Iran.
Grupa krajów, w tym Polska, w przeddzień energetycznego szczytu w Brukseli, wezwało przewodniczącą KE Ursulę von der Leyen do gruntownego przeglądu systemu handlu uprawnieniami do emisji CO2 (ETS).
Kraje, które domagają się zmian w unijnym systemie ETS, to: Polska, Włochy, Austria, Bułgaria, Chorwacja, Czechy, Grecja, Węgry, Słowacja i Rumunia. W liście do Ursuli von der Leyen wskazują, że ich zdaniem ETS ma coraz większy wpływ na rosnące ceny energii elektrycznej. Domagają się szybkiej rewizji systemu handlu uprawnieniami do emisji CO2 – najlepiej do końca maja, mimo że plan Komisji Europejskiej zakłada rewizję ETS do lipca 2026.
Sygnatariusze apelują również o przedłużenie obowiązywania bezpłatnych uprawnień do emisji CO2 (które są przyznawane m.in. w sektorze ciepłownictwa). Do tej pory KE planowała stopniowe wygaszenie bezpłatnych uprawnień od 2026 do 2034 roku.
Przywódcy 10 krajów podpisani pod listem podkreślają, że aktualne plany dotyczące przyszłości ETS w połączeniu z wysokimi cenami energii i wycofywaniem bezpłatnych uprawnień stały się „egzystencjalnym zagrożeniem dla wielu strategicznych sektorów przemysłu europejskiego” (cytat za money.pl).
List trafił do przewodniczącej KE w przeddzień unijnego szczytu dotyczącego cen energii. Liderzy krajów członkowskich domagają się od Komisji „konkretnych działań mających na celu obniżenie cen energii elektrycznej w perspektywie krótkoterminowej, z uwzględnieniem zróżnicowanej sytuacji w poszczególnych państwach”.
Polska jest jednym z krajów, które najgłośniej domagają się zmian w ETS.
„Będziemy domagać się ulg w ETS1 dla sektorów pracujących na rzecz przemysłu obronnego, takich jak stalowy, cementowy czy chemiczny. Kolejnym naszym postulatem będzie kontynuacja bezpłatnych pozwoleń dla przemysłu i ciepłownictwa” – zapowiadał w lutym 2026 cytowany przez „Business Insider” Krzysztof Bolesta, wiceminister klimatu i środowiska.
Jak pisał w OKO.press Szymon Bujalski, rząd będzie domagał się ukrócenia spekulacji uprawnieniami. Pomóc ma w tym powołanie Europejskiego Banku Węglowego, zwiększenie puli uprawnień trzymanych w rezerwie na czasy kryzysu i utworzenie tzw. korytarza cenowego. Jeżeli ceny uprawnień do emisji CO2 wzrosłyby na rynku zbyt wysoko, obniżałyby je ponownie wprowadzane przez rządy bezpłatne pule.
Przeczytaj także:
Dyskusja o rewizji systemu ETS1 i przyszłości jeszcze nieobowiązującego ETS2 zbiegła się w czasie z zapowiedziami kandydata na polskiego premiera Przemysława Czarnka. Poseł PiS ogłasza, że Polska z ETS w ogóle wyjdzie – jeśli jego ugrupowanie wróci do władzy.
„Dyrektywa nie przewiduje żadnej formy »wypowiedzenia« jej przez państwo, podobnie jak każda inna dyrektywa. Dyrektywa wskazuje, które jednostki [sektory gospodarki – red.] mają obowiązek uczestniczyć w systemie. Nie ma możliwości uczestnictwa w unijnym handlu emisjami w sposób dobrowolny” – komentowała w 2025 roku dla TVN24 prof. Anna Wyrozumska z Katedry Europejskiego Prawa Konstytucyjnego Uniwersytetu Łódzkiego.
„Taki scenariusz [wyjście z ETS] wymagałby albo wyjścia Polski z Unii Europejskiej, albo płacenia kar” – wyjaśniał w OKO.press Mikołaj Gumulski z Greenpeace Polska.
Tymczasem „wyjście z ETS” popiera prezydent Karol Nawrocki, który wysłał w tej sprawie pismo do premiera Donalda Tuska. "Polska nie może zgadzać się na politykę, która niszczy nasz przemysł i podnosi rachunki obywateli.” – napisał na platformie X prezydencki minister Karol Rabenda.
Przeczytaj także:
Przeczytaj także:
Sąd Rejonowy w Warszawie zdecydował o ekstradycji rosyjskiego archeologa Aleksandra Butiagina do Ukrainy. Naukowiec prowadził wykopaliska na okupowanym Krymie.
„W środę warszawski sąd okręgowy stwierdził prawną dopuszczalność wydania rosyjskiego archeologa Aleksandra Butiagina stronie ukraińskiej” – powiedział pełnomocnik Rosjanina mec. Adam Domański. Postanowienie nie jest prawomocne. Według obrońcy Butiagina argumentacja obrony, na tym etapie, nie przekonała sądu. „Będziemy składać zażalenie na tę decyzję, czekamy na doręczenie pisemnego uzasadnienia” – zaznaczył Domański.
Ukraina oskarża Butiagina, który jest kierownikiem działu archeologii starożytnej w muzeum „Ermitaż” w Petersburgu, o nielegalne wykopaliska i kradzież zabytkowych artefaktów na okupowanym Krymie i na tej podstawie ogłosiła za nim list gończy. Jeśli archeolog zostanie wydalony do Ukrainy, zostanie postawiony przed sądem na podstawie art. 298 ust. 4 ukraińskiego Kodeksu karnego – nielegalne prowadzenie prac poszukiwawczych na obiekcie dziedzictwa archeologicznego oraz jego uszkodzenie lub zniszczenie. Grozi mu do pięciu lat pozbawienia wolności.
Jak informuje inicjatywa „Adwokat dla Aleksandra Butiagina”, według obrońcy Rosjanina w aktach sprawy „nie ma dowodów na zniszczenie zabytku, a wysokość szkód nie została w żaden sposób potwierdzona”. Zdaniem obrony ekstradycja Butiagina do Ukrainy jest niedopuszczalna „ze względu na ryzyko naruszenia praw człowieka”. Według adwokata Domańskiego proces sądowy w Ukrainie może być niesprawiedliwy. Oprócz tego jakoby istnieje „bezpośrednie zagrożenie dla jego życia i zdrowia w przypadku umieszczenia w ukraińskim areszcie śledczym”.
Orzeczenie wydał sędzia Dariusz Lubowski. Według adwokata rosyjskiego archeologa Lubowski nie może być neutralny w tej sprawie, ponieważ w 2025 roku podjął decyzję o niewydawaniu Niemcom Ukraińca podejrzanego o wysadzenie gazociągu Nord Stream.
Jewgienij Primakow, szef rosyjskiej agencji „Rossotrudniczestwo”, która zajmuje się wsparciem Rosjan za granicą, cytowany przez rosyjską propagandową agencję TASS, nazwał tych, którzy podjęli w Polsce decyzję o ekstradycji naukowca, „potworami”.
Wcześniej rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow określał zatrzymanie Butiagina przez Warszawę jako „bezprawne”. Zapowiadał, że Rosja zrobi wszystko, by doprowadzić do uwolnienia zatrzymanego archeologa.
Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego zatrzymała Aleksandra Butiagina na początku grudnia 2025 r. W Warszawie archeolog znalazł się przejazdem w drodze z Holandii na Bałkany, gdzie miał serię wykładów. ABW działała na polecenie Prokuratury Okręgowej w Warszawie w związku z wnioskiem strony ukraińskiej o międzynarodową pomoc prawną.
Zdaniem Kijowa po rosyjskiej okupacji półwyspu Butiagin miał wraz ze współpracownikami dokonywać nielegalnych prac wykopaliskowych w obiekcie „Starożytne miasto Myrmekion” w Kerczu na wschodnim krańcu Półwyspu Krymskiego. Miało to doprowadzić do zniszczenia obiektów należących do ukraińskiego dziedzictwa narodowego. Straty szacowane są na ponad 200 mln hrywien (niemal 17 mln złotych).
Myrmekion, gdzie prowadził wykopaliska rosyjski archeolog, jest pozostałością kolonii greckiej założonej przez Milet w VI wieku p.n.e. Zamieszkiwany był do XV wieku n.e. Badania ruin zaczęły się w XIX wieku, a w XX wieku badali go także naukowcy z Polski – pisała w grudniu w OKO.press Agnieszka Jędrzejczyk.
Przeczytaj także:
Aleksander Butiagin pracował na okupowanym już Krymie, a wyniki badań publikował w czasie pełnoskalowego najazdu Putina na Ukrainę. Ukraińcy zarzucają mu, że pod jego kierownictwem podczas działań ekspedycji archeologicznej w 2022 roku odkryto i skonfiskowano na rzecz Federacji Rosyjskiej skarb – 30 złotych monet, z których 26 było z wyrytym imieniem Aleksandra Wielkiego, a cztery zostały wybite za panowania jego przyrodniego brata Filipa III Arridajosa.
Rosja przerabia okupowany od 2014 r. Krym na „kolebkę państwa rosyjskiego”. Ukraina stoi na stanowisku, że Krym leży w uznawanych międzynarodowo granicach Ukrainy, a podejmowane tam przez okupanta działania są ścigane na mocy prawa.
Przeczytaj także: