Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Senat przyjął poprawki do ustawy o kontroli inwigilacji prowadzonej przez służby. Poprawki zgłosił senator Adam Bodnar, który jako RPO i minister sprawiedliwości głosił konieczność wzmocnienia kontroli nad służbami.
Senat przyjął z poprawkami ustawę wzmocnienia nadzoru sądowego nad kontrolą operacyjną służb. Sejm przyjął ją przed tygodniem.
Jest to kolejny krok we wzmacnianiu cywilnej kontroli nad służbami. W grudniu 2024 r. rząd przyjął zestaw rozporządzeń, dzięki którym sąd, podejmując decyzję, czy zgodzić się na kontrolę operacyjną, wiedział już, czy będzie to zwykły podsłuch, czy narzędzie tak inwazyjne jak oprogramowanie typu Pegasus. Może ono ściągać wszystkie dane z zainfekowanego urządzenia, włączać kamerę, zbierać informacje z otoczenia, przechwytywać hasła do aplikacji, zmieniać zawartość urządzenia.
Formalnie polskie prawo nie zna tak głębokiej inwigilacji – ale właśnie dlatego sędziowie wydawali na to zgody. Nie wiedzieli, że coś takiego jest możliwe. To na tej podstawie obrońcy Pegasusa mówią teraz, że jego użycie było legalne. Tymczasem zgody na jego użycie służby po prostu wyłudziły w sądach.
Senackie komisje wniosły o przyjęcie ustawy bez poprawek. Zgłosił je jednak senator Adam Bodnar. Zakładają one, że informacje o tym, jak sądy korzystają z nowych uprawnień, znajdą się w corocznym sprawozdaniu Prokuratora Generalnego. Informuje on w nim parlament, ile było wniosków o kontrolę operacyjną i ile wniosków sady odrzuciły.
Minister-koordynator służb specjalnych Tomasz Siemoniak poparł te poprawki i powtórzył zapewnienia z Sejmu, że ustawa jest tylko kolejnym krokiem do poprawy sytuacji. „Uznaliśmy, żeby trzeba stworzyć taki projekt, który będzie projektem kompromisowym, z szansą na kompromisowe przejście przez Sejm i Senat i szansą na podpis prezydenta, a więc nie rozszerzaliśmy tego na inne kwestie”.
W sprawie samej ustawy i poprawek senatorowie PiS wstrzymali się od głosu.
Ustawa jest pierwszą w XXI, która nie tylko nie daje dodatkowych uprawnień służbom, ale wprowadza mechanizmy kontroli. Mimo to obrońcy praw człowieka uważają, że szansa na realną zmianę została zmarnowana. Wszak obecna koalicja po aferze Pegasusa szła do wyborów 2023 r. z obietnicą postawienia realnej tamy nadużyciom służb.
O tym, że działania służb wymykają się spod kontroli, alarmowała w 2023 NIK.
Przeczytaj także:
Ustawa nie wprowadziła tymczasem narzędzia, które jest w stanie powstrzymać służby przed nadużyciami: obowiązku informowania osoby bezpodstawnie inwigilowanej o tym, że inwigilacja miała miejsce. Dziś o fakcie inwigilacji można się dowiedzieć z aktu oskarżenia. Jeśli sprawa nie trafi do sądu, człowiek nie wie, że był inwigilowany. Nie wie, co na jego temat zebrano i czy na pewno dane te zostały zniszczone, jak wymaga tego prawo.
Minister Siemoniak powiedział w Senacie, że rząd jest „otwarty na dyskusję” o wprowadzeniu instytucji zawiadamiania osoby bezpodstawnie inwigilowanej o tym fakcie.
Tyle że na wprowadzenie takiej zmiany obecny rząd nie ma już czasu – wybory są za rok.
Tymczasem prawo do informacji jest jedyną cywilizowaną metodą powstrzymania służb przed nadużyciami. Przekonywali o tym eksperci, którzy pod egidą RPO Adama Bodnara przygotowali w 2019 r. raport „Osiodłać Pegaza”.
Na podobnym stanowisku stanął Europejski Trybunał Praw Człowieka w wyroku w sprawie grupy polskich aktywistów (w sprawie Bychawska-Siniarska oraz Pietrzak i inni przeciwko Polsce) Próbowali się oni dowiedzieć, czy polskie państwo inwigiluje, ale nasze przepisy nie pozwalają tego ujawnić. Poszli więc z tym do Strasburga i wygrali: Trybunał w maju 2024 r. nakazał Polsce zmienić przepisy. Ówcześni ministrowie: sprawiedliwości Adam Bodnar i spraw wewnętrznych Tomasz Siemoniak zapewnili, że zaraz przystąpią do prac.
Przeczytaj także:
Jednak ustawa pojawiła się dopiero teraz. W okrojonej wersji. Minister Siemoniak wskazywał, że ujawnianie faktu podsłuchu mogłoby ostrzegać przestępców.
„Ustawa została napisana przez koordynatora służb specjalnych. Dla nich oczywiste są sytuacje, że jeśli namierzy się szpiega, to nie idzie się z tym do sądu. Perspektywa wywiadu nie pozwala jednak dostrzec, że sprawy szpiegów to zasadne wyjątki od reguły. Większość kontroli operacyjnych prowadzą zwykłe policyjne służby. Takie, które mają skierować sprawę do sądu. Tymczasem my nadal mamy system, że o podsłuchu dowiaduje się tylko oskarżony. Pozostali – czyli ci, o których państwo wie, że nic złego nie zrobili – nie. Więc nie mają szansy sprawdzić, co o nich zostało zebrane i czy na pewno zostało to zniszczone” – mówił nam przed tygodniem Wojciech Klicki z Fundacji Panoptykon.
Fundacja od lat zajmuje się ochroną prywatności w świecie, w którym zdobywanie i masowe przetwarzanie informacji o nas staje się coraz bardziej powszechne i łatwe.
Oto cała rozmowa:
Przeczytaj także:
Zdaniem Fundacji zmiany przyjęte przez Sejm nie zadziałają. Sądy nie dadzą rady przetworzyć dostarczanego im przez służby materiału – zwłaszcza, że teraz mają go dostawać dużo więcej do oceny. Zaś obowiązkowe teraz uzasadnienia zgody na kontrolę operacyjną przyjmą formę rozbudowanych pieczątek, którymi przeciążony pracą sędzia będzie stemplował dokumenty.
Panoptykon argumentował, że ustawa nie pozwoli nawet sprawdzić, czy przepisy działają. Bo nie będzie danych o tym, ile razy sędziowie domagali się dodatkowych informacji, albo przerwali kontrolę operacyjną jako niezasadną.
Takie poprawki przyjął właśnie Senat – teraz musi je ocenić Sejm.
Tymczasem nad raportem końcowym dotyczącym afery Pegasusa pracuje sejmowa komisja śledcza. Raport miał być gotowy do 30 czerwca, ale prace nadal trwają. Problemem jest m.in. pokazanie w raporcie wniosków bez ujawniania tajnych dokumentów.
Jezioro Pilchowickie zostało opróżnione z wody, żeby Tauron mógł naprawić tutejszą zaporę. Podczas osuszania zniszczono jednak cały ekosystem. Kontrola RDOŚ wykazała szereg nieprawidłowości i zaniedbań
Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska przeprowadziła kontrolę na Jeziorze Pilchowickim na Dolnym Śląsku. Na przełomie czerwca i lipca podczas ostatniego etapu osuszania zbiornika, niezbędnego do naprawy zapory, zginęły tysiące ryb. A to wszystko na terenie chronionego obszaru Natura 2000, w Parku Krajobrazowym Doliny Bobru, gdzie żyje wiele zwierząt, które korzystają z rzeki, w której najprawdopodobniej umarł cały ekosystem. Inwestycją i pracami zarządzała spółka Tauron Ekoenergia.
Kontrolerzy z RDOŚ ustalili, że na placu budowy nadzór przyrodniczy miał charakter wybiórczy. Nie wyznaczono bowiem specjalistów, którzy oceniliby ryzyko dla tamtejszej fauny. „Nadzór ornitologiczny z góry założył brak zagrożeń dla lęgów, nie uwzględniając wyników wcześniejszych inwentaryzacji przyrodniczych oraz występujących w okresie lęgowym wahań poziomu wody” – stwierdził RDOŚ. Co więcej, sprzęt budowlany skierowano w koryto rzeki, bez uprzedniego sprawdzenia dna przez ichtiologa, co mogło zniszczyć zimowiska gatunków dennych. Mimo pogarszających się warunków bytowych ryb oraz zaleceń nadzoru zoologicznego nie wstrzymano też zrzutu wody, co miało katastrofalne skutki. W rezultacie zebrano i przekazano do utylizacji 23,47 ton martwych ryb, a akcja ratunkowa ocaliła zaledwie około 2,22 tony żywych zwierząt.
„Wyniki kontroli i postępowania wyjaśniającego wskazują na naruszenia obowiązujących warunków, co miało negatywny wpływ na środowisko. Zaniechanie działań ochronnych doprowadziło do naruszenia warunków decyzji derogacyjnych i postanowienia naturowego” – napisali pracownicy RDOŚ.
I skierowali sprawę do Prokuratury Rejonowej w Lwówku Śląskim. Zarzucają spółce spowodowanie zniszczeń w świecie roślinnym i zwierzęcym w znacznych rozmiarach oraz wykonywanie czynności wbrew warunkom określonym w zezwoleniach na odstępstwa w stosunku do gatunków chronionych.
O cmentarzysku w Dolinie Bobru pisała już w lipcu w OKO.press Katarzyna Kojzar. „Na naszych oczach te zwierzęta umierały, próbując łapać tlen. Widok był makabryczny” — tak sytuację opisywał wówczas Igor Glinda, wędkarz, właściciel agroturystyki w dolinie rzeki Bóbr. „Nie chodzi tylko o ryby, ale też o bezkręgowce, płazy, gady, ptactwo wodne, które zniknęło momentalnie z tego odcinka rzeki” – dodawał. Straty dla całego ekosystemu są dziś trudne do oszacowania, ale poprzednia akcja spuszczenia wody, przeprowadzona w 1977 roku, zabiła życie na rzece Bóbr na wiele lat. Tauron w oświadczeniach wysyłanych do mediów przekonywał, że sytuacja była nie do uniknięcia, a o skali tragedii przesądziły przedłużające się upały. Według mieszkańców można było zadbać o zmniejszenie skali tragedii. „Przecież można było przewidzieć, że w okresie letnim temperatury będą najwyższe. Dlaczego nie zostało to przeprowadzone tak, aby końcowy etap spuszczania wody odbył się na przykład wczesną wiosną, kiedy mamy jeszcze duże pokłady śniegu w górach? Albo jesienią, kiedy temperatura wody jest niższa? Takie warunki byłyby znacznie korzystniejsze. Robiono dla tej inwestycji profesjonalne analizy, przecież to są fachowcy, wiedzieli, co może się stać. Ale dopóki tabelki w Excelu i wyniki finansowe dalej będą decydowały o przebiegu tego typu projektów, będzie się to kończyło w ten sposób – śmiercią ekosystemów” — mówił OKO.press Igor Glinda.
Przeczytaj także:
Konkurs na stanowisko prezesa IPN trzeba będzie zorganizować po raz trzeci. Tym razem kandydaturę Szpytmy zablokował Senat
W czwartek 6 sierpnia Senat nie wyraził zgody na powołanie dr Mateusza Szpytmy na stanowisko prezesa Instytutu Pamięci Narodowej. To już druga nieudana próba Parlamentu na obsadzenie wakatu po Karolu Nawrockim. Kandydatura Szpytmy wyszła z Sejmu z poparciem PiS, Konfederacji, PSL i części klubu Polski 2050. Jednak już po głosowaniu premier Donald Tusk zapowiedział, że Szpytma nie uzyska akceptacji klubu KO w Senacie.
I tak też się stało: 42 senatorów KO przy wsparciu 8 senatorów Lewicy odrzuciło kandydaturę Szpytmy. Za powołaniem go na urząd głosowało 38 osób, jedna – wstrzymała się od głosu.
Szpytma podczas czwartkowej dyskusji w Senacie zapewniał, że nie zamierza przeprowadzać rewolucji w IPN. „Jestem człowiekiem, który woli ewolucję, woli drobnymi krokami zmieniać instytucję” – mówił. Te deklaracje nie pomogły w uzyskaniu większego poparcia. Procedura związana z wyborem prezesa IPN rozpocznie się więc od początku.
Mateusz Szpytma jest związany z IPN od 2000 roku. Był ekspertem w Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Krakowie, asystentem i wicedyrektorem sekretariatu prezesa Janusza Kurtyki. W latach 2015-2016 kierował Muzeum Polaków Ratujących Żydów podczas II Wojny Światowej im. Rodziny Ulmów w Markowej. Dziesięć lat temu objął stanowisko wiceprezesa IPN, w czasie, gdy na czele instytucji stanął Jarosław Szarek.
W kwietniu 2026 roku ponad 170 historyków i naukowców podpisało się pod listem wzywającym Sejm i Senat do powstrzymania się przed wyborem Mateusza Szpytmy na prezesa IPN.
„Wsparcie udzielone tej kandydaturze przez grono, w którym przytłaczającą większość stanowią wybrani w 2023 r. nominaci obozu Zjednoczonej Prawicy, nie jest przypadkowe” – pisali autorzy skierowanego do parlamentarzystów apelu, komentując rekomendację kolegium IPN dla Mateusza Szpytmy.
„Wbrew budowanej narracji o swojej apolityczności i profesjonalizmie Mateusz Szpytma był i jest nadal jedną z twarzy skrajnego upolitycznienia IPN, który na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat stał się de facto partyjną przybudówką PiS” – napisali.
Przypomnieli, że Szpytma jest wiceprezesem IPN (najpierw przy Jarosławie Szarku, następnie przy Karolu Nawrockim) i „ponosi współodpowiedzialność za dewastację instytucji, która powinna służyć wszystkim obywatelkom i obywatelom Polski, bez względu na ich ideowe wybory i pochodzenie”. Autorzy apelu piszą, że pod obecnym kierownictwem IPN wpisuje się w „bieżące zapotrzebowania formułowane przez środowiska prawicowe, a nierzadko również skrajnie prawicowe”.
„Co więcej, władze IPN zatrudniały w Instytucie osoby wywodzące się ze środowisk neofaszystowskich. To na konto ówczesnego ścisłego kierownictwa IPN, w tym także Mateusza Szpytmy, należy zapisać chociażby fakt zatrudnienia na stanowiskach kierowniczych w IPN, najpierw w Opolu, następnie we Wrocławiu, dr. Tomasza Greniucha, wcześniej przez wiele lat związanego z Obozem Narodowo-Radykalnym” – czytamy.
Wśród sygnatariuszy apelu znaleźli się m.in.: dr hab. Dariusz Libionka, dr hab. Natalia Jarska, prof. Rafał Stobiecki, prof. Jacek Chrobaczyński, dr hab. Jan Skórzyński (profesor Collegium Civitas), prof. Stanisław Obirek, prof. Andrzej Friszke, prof. Andrzej Zakrzewski, prof. Antoni Dudek, prof. Paweł Machcewicz, dr Anna Machcewicz, prof. Marcin Kula, prof. Andrzej Leder, dr hab. Marcin Zaremba (profesor Uniwersytetu Warszawskiego), prof. Jerzy Kochanowski, dr hab. Dobrochna Kałwa, dr hab. Anna Straszewska, prof. Piotr Urbański, dr hab. Piotr M. Majewski (profesor Uniwersytetu Warszawskiego), prof. Barbara Engelking, dr hab. Anna Engelking (profesor PAN), dr Janusz Marszalec (wicedyrektor Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku), reportażystka i pisarka Małgorzata Szejnert, pisarz Łukasz Garbal (uhonorowany Nagrodą im. Giedroycia za biografię Jana Józefa Lipskiego).
Przeczytaj także:
Zajęcie majątku ma związek ze śledztwem w sprawie finansowania kampanii „Sprawiedliwe Sądy” ze środków Polskiej Fundacji Narodowej
„Postanowieniami Prokuratora Prokuratury Regionalnej w Rzeszowie z dnia 14 lipca 2026 r. o zabezpieczeniu majątkowym na mieniu podejrzanego Macieja Ś. dokonano zajęcia wierzytelności z rachunku bankowego do kwoty 200.000 zł. Bank na dzień sporządzenia komunikatu zabezpieczył kwotę w wysokości ok. 191.000 zł” – przekazał w komunikacie prokurator regionalny w Rzeszowie, Jaromir Rybczak.
„Ponadto na mieniu tego samego podejrzanego dokonano zabezpieczenia majątkowego poprzez ustanowienie hipoteki przymusowej na kwotę 1 mln zł na nieruchomości gruntowej zabudowanej stanowiącej współwłasność podejrzanego” – czytamy dalej.
Działanie prokuratury związane jest ze śledztwem w sprawie nieprawidłowości w działaniu Polskiej Fundacji Narodowej. Maciej Ś., były członek zarządu PFN i jej były prezes Cezary J. są oskarżani o nadużycie uprawnień i niedopełnienie obowiązków w związku z finansowaniem kampanii „Sprawiedliwe Sądy” w 2017 roku.
„Kampania polegała przede wszystkim na atakowaniu środowiska sędziowskiego i odpowiadała na zamówienie polityczne rządu PiS i dezawuowała niezawisłe sądy. Szkody finansowe fundacji wyniosły co najmniej 8,4 mln zł, szkody moralne są nie do oszacowania. Użycie środków fundacji do partyjnych celów musi zostać rozliczone!” – ocenił koordynator służb specjalnych Tomasz Siemoniak.
Maciej Ś. i Cezary J. nie przyznają się do popełnienia zarzucanych im czynów.
Polska Fundacja Narodowa została powołana w 2016 roku z inicjatywy rządu PiS. Finansowało ją kilkanaście spółek Skarbu Państwa. Zgodnie ze statutem jej zadaniem było promowanie Polski i budowanie jej wizerunku za granicą.
Jednym z najbardziej kontrowersyjnych projektów PFN była kampania „Sprawiedliwe Sądy”, prowadzona w 2017 roku. Obejmowała billboardy, spoty telewizyjne i internetowe oraz specjalną stronę internetową. Kampania przedstawiała wymiar sprawiedliwości i środowisko sędziowskie w negatywnym świetle, odwołując się m.in. do hasła o „specjalnej kaście”. Towarzyszyła forsowanym przez rząd PiS zmianom w sądownictwie. Jej koszt wyniósł ok. 16,5 mln zł.
W 2018 roku Sąd Rejonowy dla Warszawy-Śródmieścia orzekł, że kampania była niezgodna z celami statutowymi Polskiej Fundacji Narodowej. W uzasadnieniu wskazał, że kreowała „wyłącznie negatywny, oparty na jednostkowych przypadkach, obraz władzy sądowniczej”, zamiast realizować ustawowy cel promocji Polski.
Kampania „Sprawiedliwe Sądy” nie była jednak jedyną budzącą wątpliwości akcją PFN:
Przeczytaj także:
„Okno zmiany się otwiera. Stworzymy patriotyczny rząd” – zapowiedział w rocznicę zaprzysiężenia Karola Nawrockiego na prezydenta Jarosław Kaczyński. PiS szykuje „plan Czarnka”, który obejmie zmianę Konstytucji
„Pierwszą rocznicę urodzin prezydentury Karola Nawrockiego”, jak to określił Przemysław Czarnek, PiS uczcił konferencją „Ku nowemu rządowi”.
Rzecznik PiS, Rafał Bochenek, skończył z fikcją, którą było nazywanie Nawrockiego „kandydatem obywatelskim”. Po roku w PiS obowiązuje wersja, że był to kandydat PiS, a jego wygrana jest wielkim zwycięstwem PiS-u. „To jest wielki triumf naszej partii! Przeprowadziliśmy kampanię, zbudowaliśmy komitet społeczny i obroniliśmy polskie sprawy” – mówił Jarosław Kaczyński 6 sierpnia 2026.
Przemawiający na konferencji Przemysław Czarnek, przedstawiany dziś jako kandydat PiS na premiera, przypomniał radość partyjnych działaczy sprzed roku, wyrażoną religijną piosenką „Oto jest dzień, który dał nam pan”.
Zwycięstwo Nawrockiego jest według liderów PiS pierwszym krokiem do odzyskania władzy przez Prawo i Sprawiedliwość.
Jarosław Kaczyński stwierdził, że zaczyna się otwierać „okno możliwości”. Świadczy o tym, nie tylko zwycięstwo Nawrockiego, ale również zmieniający się układ sił w Europie. „Wyobraźcie sobie państwo Europę po zwycięstwie Frontu Narodowego w wyborach prezydenckich (...) mamy panią Meloni (...) i nowy rząd w Polsce. To jest zupełnie nowy układ sił. To możliwość rzeczywistej zmiany. Zmiany, która może przybierać różny charakter”. Przy czym o premierce Włoch, Giorgii Meloni, Kaczyński powiedział, że teraz „meandruje”, ale w przyszłości będzie można na nią liczyć.
Podczas tej samej rocznicowej konferencji Przemysław Czarnek zapowiedział zmianę konstytucji w następnej kadencji Sejmu, który ma zdominować prawica.
„To państwo [Polska] mogłoby być liderem, gdyby nie jechało na hamulcu. A ten hamulec jest przede wszystkim w konsytucji” – mówił Czarnek. Stwierdził, że „w Polsce trzeba ostatecznie dokonać wyboru między systemem kanclerskim a prezydenckim. Trzeba tego dokonać jak najszybciej, żeby państwo ruszyło do przodu”.
Czarnek chce też reformy administracyjnej, zmiany układu sił między samorządem terytorialnym a władzą państwową. Szczegółów jednak nie podał.
W poniedziałek 10 sierpnia 2026 Czarnek ma opowiedzieć, jak chce wyprowadzić Polskę z unijnego systemu ETS.
Karol Nawrocki został zaprzysiężony na prezydenta 6 sierpnia 2025 roku po wygranej w wybory prezydenckie. Pokonał Rafała Trzaskowskiego, zdobywając 10 606 877 (50,89 proc.) głosów.
W pierwszej turze Nawrocki zdobył rekordowo mało głosów wyborców PiS, do drugiej tury wprowadziły go głosy Sławomira Mentzena i Grzegorza Brauna. Od tego czasu partie, których liderami są Mentzen i Braun, Konfederacja i Korona, zwiększają sondażowe poparcie, a PiS traci zwolenników. Gdyby wybory odbyły się dziś, PiS nie miałby szans na samodzielne rządy. Formację Kaczyńskiego dodatkowo osłabiło pożegnanie z Mateuszem Morawieckim, który będzie tworzył nową partię.
Na godzinę 17 Kancelaria Prezydenta zapowiedziała imprezę z okazji rocznicy inauguracji prezydentury Karola Nawrockiego. W debacie przed Pałacem Prezydenckim udział wezmą: Krzysztof Stanowski, Rafał Ziemkiewicz i prof. Andrzej Nowak.
Przeczytaj także: