Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Rakieta, która naruszyła w czwartek polską przestrzeń powietrzną i spadła na Lubelszczyźnie, była rosyjską rakietą Ch-101, która może przenosić nawet głowice jądrowe — poinformował wieczorem wiceminister obrony narodowej Cezary Tomczyk. Jak dodał, nie wiadomo jeszcze, czy rakieta była wymierzona w Polskę intencjonalnie.
- Rozmawiałem z Dowódcą Operacyjnym gen. Ireneuszem Nowakiem i możemy z pełną odpowiedzialnością potwierdzić, że była to rosyjska rakieta Ch-101. To rakieta manewrująca, zdolna przenosić nawet głowice jądrowe, która wybuchła przy zderzeniu z ziemią. Potencjalnie bardzo niebezpieczna — przekazał Tomczyk w TVN24.
„Prokuratorzy właśnie zakończyli swoje czynności na miejscu zdarzenia. Lej został zasypany, a teren przekazany właścicielowi. WOT przeczesał teren o powierzchni ok 3 km kw. znajdując liczne szczątki rakiety w tym elementy napędu” — Onet cytuje komunikat prokuratury z Lublina.
Wiceminister obrony dodał, że zazwyczaj Rosjanie atakują Ukrainę dziesięcioma, dwudziestoma rakietami tego typu, a w nocy ze środy na czwartek wystrzelono łącznie ok. 70 rakiet, z czego – jak mówił – o 3.00 w nocy 20 rakiet leciało w kierunku Polski. Tomczyk podziękował także wszystkim żołnierzom Wojska Polskiego, lotnikom oraz sojusznikom, którzy wspierali operację polskiego wojska „od samego początku”.
Wiceszefowa MON Magdalena Sobkowiak-Czarnecka przekazała natomiast wieczorem w Polsat News, że strona amerykańska „od razu podjęła z nami kontakt”. – Z tego, co wiem – na miejscu są też już Amerykanie, którzy razem z naszymi służbami badają to miejsce, w którym spadła rakieta – przekazała Sobkowiak-Czarnecka.
Przeczytaj także:
Do wtargnięcia pocisku w polską przestrzeń powietrzną doszło w nocy ze środy na czwartek, gdy Rosjanie dokonali kolejnego zmasowanego ataku na Ukrainę, w tym m.in. na Lwów.
Rakietą w Polsce zajęła się intensywnie rosyjska propaganda. Każdy morderczy atak na ukraińskie miasta opatrywany jest w niej komentarzem, że „siły rosyjskie atakują wyłącznie wrogie instalacje wojskowe i obiekty przemysłu obronnego. Podczas ataków używają precyzyjnej broni kierowanej i dronów zdolnych do zniszczenia dowolnego celu zarówno w Kijowie, jak i na całym terytorium Ukrainy”.
Rakieta, która trafiła 90 km od zachodniej granicy Ukrainy, przeczy tej opowieści.
Propagandyści zarzucili więc premierowi Tuskowi, że zmyśla, bo nie ma żadnych dowodów, że pocisk był rosyjski. „Gdyby Rosja chciała coś trafić w Polsce, byłoby to lotnisko pod Rzeszowem” – powtarzali. Rosyjska wersja, że rakieta mogła być ukraińska, zaczęła się w Polsce szerzyć — taką linię dezinformacyjną zidentyfikowała w czwartek NASK.
Polskie oświadczenie nie ukróci tych bajań, ale może je trochę powstrzymać.
Przeczytaj także:
Opowieści o „precyzyjnych trafieniach w Ukrainie” są odpowiedzią propagandy kremlowskiej na coraz potężniejsze — i naprawdę precyzyjne — uderzenia ukraińskie w Rosji. Putin już 27 lipca mówił publicznie, że zastanawia się, czy nie uderzyć na Ukrainę „ciut, ciut mocniej”.
30 lipca Ukraińcy trafili m.in. w:
Telewizja pokazała 30 lipca — co jest nowością — jak gubernator obwodu moskiewskiego w czasie rutynowej audiencji u Putina mówi mu nie tylko o „dynamicznym rozwoju” i „poprawie życia ludności”, ale i o ukraińskich atakach i powodowanych tym stratach.
Przeczytaj także:
Komisja Polityki Społecznej przyjęła projekt rządowej ustawy o asystencji osobistej. Projekt, z wioskami mniejszości, trafi teraz do drugiego czytania w Sejmie. Ale dopiero po wakacjach, we wrześniu. Wtedy będzie też trzecie czytanie i głosowanie.
Projekt ustawy o asystencji osobistej po miesiącach prac opuścił wreszcie 30 lipca sejmową Komisję Polityki Społecznej. Pierwsze czytanie projektu odbyło się 21 listopada 2025 r. Potem komisja wyłoniła podkomisję i ta od stycznia mozolnie przepracowywała zdanie po zdanie projektu. Jest on bowiem bardzo szczegółowy, a mimo to wydawał się nieprecyzyjny.
Pierwszą propozycję podkomisji komisja odrzuciła w maju. Konieczne były dalsze poprawki i doprecyzowania.
Przeczytaj także:
Ustawa jest wielką reformą rządu Tuska, choć promuje go w nim tylko działająca na peryferiach rządu ministra Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz. Zabiegała ona o to, by ustawa o asystencji była kolejnym kamieniem milowym przy rozliczaniu KPO. Ale wtedy ustawa musiałaby zostać przyjęta w sierpniu, co na pewno się już nie stanie. Rząd musiał znaleźć inny sposób na udowodnienie, że realizuje zobowiązania cywilizowania państwa, co ma wspierać KPO.
Dzięki ustawie o asystencjio Polska wywiąże się w końcu z zobowiązania, jakie przyjęła w 2012 r., ratyfikując Konwencję ONZ o prawach osób z niepełnosprawnościami. Gwarantuje ona wszystkim prawo do niezależnego życia. Jest to możliwe tylko dzięki dodatkowemu wsparciu finansowemu, rekompensującemu wydatki związane z niepełnosprawnością (takie wsparcie już jest, od 2024 r. — nazywa się świadczeniem wspierającym).
Ale także dzięki wsparciu asystenta w codziennym życiu.
Taka finansowana z budżetu usługa nie tylko daje szansę na niezależne życie, ale też odciąża rodziny, zobowiązane do tej pory do świadczenia opieki.
Obecnie usługi asystenckie realizowane są w ramach programów konkursowych dla samorządów i organizacji pozarządowych. Nie są gwarantowane każdej potrzebującej osobie ani przez cały czas (pieniądze konkursowe trzeba najpierw zdobyć, a potem rozliczyć — w tym czasie usługi nie ma).
Wielu przedstawicieli władz, w tym sam premier Tusk, mówili już kilka razy, że rozwiązanie systemowe jest bardzo kosztowe i nie stać nas na to, skoro Polska musi się zbroić. Systemowa asystencja ma kosztować 40 mld zł w ciągu 10 lat.
Ostateczny kształt ustawy nie znamy, bo w wielu istotnych kwestiach są wnioski mniejszości do przyjętego projektu. Wiadomo, że od przyjęcia i podpisania ustawy przez prezydenta trzeba jeszcze 14 miesięcy na zbudowanie systemu informatycznego do obsługi oceny potrzeb asystencji i rozliczania pracy asystentów. Zatem systemowej asystencji nie będziemy mieli przed 2028 rokiem.
Przeczytaj także:
Kraje europejskie zrzeszone w UEFA zagroziły FIFA bojkotem rozgrywek w piłce nożnej, jeśli Infantino zrealizuje propozycję komercjalizacji Mistrzostw Świata i stworzenia spółki z siedzibą w USA dla prywatnych inwestorów. Pytanie, co zrobią pozostałe federacje piłkarskie
Wszystkich 55 członków UEFA, Europejskiej Federacji Piłkarskiej, podjęło 30 lipca decyzję o nieuczestniczeniu w kolejnych Mistrzostwach Świata i innych wydarzeniach organizowanych przez FIFA.
Następne Mistrzostwa Świata mężczyzn mają się odbyć w Hiszpanii, Portugalii i Maroku w 2030 roku. Ale zgodnie z wytycznymi UEFA, bojkot na poziomie seniorskim rozpocząłby się od przyszłorocznych Mistrzostw Świata Kobiet.
Pierwszym zbojkotowanym turniejem FIFA byłyby ro Mistrzostwa Świata Kobiet do lat 20.
Turniej rozpoczyna się 5 września w Katowicach meczem Polek z Argentynkami. Jeśli bojkot dojdzie do skutku, mecz nie odbędzie się. Sześć z 24 drużyn pochodzi z Europy
UEFA oświadczyła, że „jednogłośnie i jednoznacznie odrzuca” propozycję Gianni Infantino o komercjalizacji Mistrzostw Świata. Stanowisko zostało jednogłośnie, mimo obaw, że wyłamią się z niego mniejsze kraje, zachęcone pieniędzmi oferowanymi przez Infantino.
Plan Infantino zakłada stworzenie spółki zależnej FIFA Forward Enterprises o wartości 20 miliardów dolarów. Zarządzałaby ona Mistrzostwami Świata i innymi wydarzeniami organizowanymi w ich czasie. Mniejszościowe udziały mieliby w niej prywatni inwestorzy. W ofercie byłoby do 21% udziałów w FFE, a celem byłoby zebranie 4,2 miliarda dolarów. Pieniądze te mogłyby natychmiast trafić. Członkowie FIFA, którzy zaakceptowaliby propozycję Infantino do 19 września, dostaliby po 40 milionów dolarów.
„W wyniku dzisiejszej dyskusji żadna reprezentacja UEFA nie weźmie udziału w rozgrywkach FIFA, dopóki te propozycje będą obowiązywać i dopóki nie dostaniemy zapewnień, że FIFA nigdy więcej nie otworzy swojego systemu zarządzania ani rozgrywek na własność prywatną” – ogłosiła UEFA.
„Piłka nożna nie może zastawiać swojej przyszłości dla zysku finansowego”.
Kluczowe jest teraz stanowisko północnoamerykańskiej federacji CONCACAF. Wyraziła ona 30 lipca stanowczy sprzeciw wobec planów FIFA, ale w jej oświadczeniu nie ma mowy o bojkocie.
Gdyby CONCACAF również ogłosiłaby bojkot, Infantino byłby bliski porażki. Konfederacja zrzesza 41 krajów i terytoriów, choć 6 z nie należy do FIFA.
Wcześniej Azjatycka Konfederacja Piłkarska wystosowała miażdżący list do 47 stowarzyszeń członkowskich kontynentu i ostrzegła, że nie poprze pomysłu Infantino.
Propozycja Infantino pojawiła się po Mistrzostwach świata w Ameryce Północnej, które wzbudziły zainteresowanie tym sportem ekipy Donalda Trumpa
„To nie tylko poważny błąd w zarządzaniu, ale także abdykacja FIFA z obowiązku bycia strażnikiem światowego futbolu” – stwierdziła UEFA. – „Gdy zewnętrzni inwestorzy nabędą udziały w rozgrywkach FIFA, piłka nożna zmieni się na zawsze. Zysk komercyjny stanie się zobowiązaniem. Oczekiwania inwestorów będą tworzyć codzienną presję”.
UEFA, której elitarne rozgrywki klubowe przyniosły 4,4 miliarda euro (5 miliardów dolarów) tylko w sezonie 2024/25, i FIFA od dawna toczą walkę o władzę i kontrolę o piłkę nożną, która jest dziś maszyną do zarabiania pieniędzy.
Źródła w środowisku europejskiej piłki nożnej uważają, że decyzja UEFA zwiększa szanse kandydata popieranego przez Europę na start przeciwko Infantino – pisze „Guardian”.
Przeczytaj także:
Poziom Dunaju spadł do rekordowo niskiego poziomu. Węgierska elektrownia jądrowa Paks może w ciągu 24–72 godzin wstrzymać produkcję energii po raz pierwszy od 44 lat.
Premier Węgier Péter Magyar poinformował o konieczności tymczasowego wstrzymania produkcji prądu w elektrowni atomowej w Paks – donosi węgierski portal 24.hu. Powodem jest drastyczny spadek poziomu wody w Dunaju, która jest niezbędna do utrzymania prawidłowego chłodzenia reaktorów.
Poziom wody w Dunaju jest obecnie niższy o niemal metr od poziomu wymaganego dla prawidłowej pracy elektrowni i o 28 centymetrów niższy niż w rekordowym 2018 roku – informuje 24.hu. Elektrownia jest jednak do tego przygotowana i obecnie działa w tzw. trzecim stopniu gotowości na wypadek niskiego stanu wody. Jeśli poziom wody spadnie jeszcze bardziej, elektrownia automatycznie wstrzyma produkcję, co może nastąpić w ciągu 24-72 godzin.
Premier Péter Magyar podkreślił, że wstrzymanie produkcji prądu w elektrowni Paks nie wiąże się z żadnym ryzykiem dla prawidłowości działania elektrowni. Zaapelował jednak o bardzo oszczędne korzystanie z prądu, bowiem wstrzymanie produkcji w Paksie spowoduje znaczne zmniejszenie podaży energii elektrycznej do systemu.
Elektrownia jądrowa Paks odpowiada za około połowę produkcji energii elektrycznej na Węgrzech, dlatego jej całkowite wyłączenie stanowi poważne wyzwanie dla krajowego systemu energetycznego, zwłaszcza w okresie letnich upałów i zwiększonego zapotrzebowania na energię.
Według operatora MVM brakującą produkcję będzie można uzupełnić importem energii elektrycznej, a jednocześnie spółka prowadzi prace nad modernizacją systemu poboru wody, który ma umożliwić bezpieczną pracę elektrowni przy jeszcze niższym poziomie Dunaju. Na wypadek długotrwałej suszy przygotowano również awaryjny system pomp, który ma zapewnić chłodzenie wyłączonych bloków do czasu ponownego wzrostu poziomu wody.
Przeczytaj także:
Nawet trzy lata pozbawienia wolności grożą 40-letniemu mieszkańcowi powiatu nowosądeckiego, który wczoraj zamieścił w mediach społecznościowych wpis nawołujący do zabójstwa prezydenta Ukrainy.
Policjanci z Nowego Sącza zatrzymali 40-latka, który w czwartek 29 lipca zamieścił w mediach społecznościowych wpis nawołujący do zabójstwa prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego – poinformowała Komenda Wojewódzka Policji w Krakowie.
Mężczyzna usłyszał zarzuty publicznego nawoływania do popełnienia zbrodni zabójstwa i znieważenia Prezydenta Ukrainy. Za popełniony czyn grozi mu kara pozbawienia wolności do lat 3.
Mężczyzna jest mieszkańcem powiatu nowosądeckiego. Do jego zatrzymania doszło 30 lipca 2026 r. Treści opublikowane przez niego w mediach społecznościowych zostały ujawnione przez funkcjonariuszy Centralne Biuro Zwalczania Cyberprzestępczości podczas monitorowania sieci.
Postępowanie w tej sprawie prowadzone jest pod nadzorem Prokuratury Rejonowej w Muszynie.
W Polsce publiczne nawoływanie do popełnienia zbrodni jest zagrożone karą do trzech lat pozbawienia wolności na podstawie art. 255 § 2 Kodeksu karnego. Z kolei publiczne znieważenie głowy obcego państwa jest przestępstwem określonym w art. 136 § 3 Kodeksu karnego, również zagrożonym karą do trzech lat więzienia. Policja i Centralne Biuro Zwalczania Cyberprzestępczości monitorują media społecznościowe pod kątem gróźb oraz wpisów nawołujących do przemocy, w tym wobec osób pełniących funkcje publiczne.
Przeczytaj także: