Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Donald Trump musi zmierzyć się z pytaniem: przyznać się do błędu podjąć poważne rozmowy czy eskalować wojnę bez gwarancji łatwego zwycięstwa
Wznowiona wymiana ognia pomiędzy USA i Iranem trwa już ponad dwa tygodnie. Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej przekazał dziś, że Iran drugi raz uderzył dziś w centrum danych Amazona w Bahrajnie. Pierwszy atak miał nastąpić w środę. Ani Amazon, ani Bahrajn nie potwierdziły jeszcze informacji o uderzeniu. Poza tym w najnowszej fali ataków Irańczycy uderzyli też w cele w Kuwejcie, Iraku i Jordanii.
W nocy Amerykanie kontynuowali ataki na cele na terenie Iranu. Jednen z celów znajdował się w mieście Piranszahr w prowincji Azerbejdżan Zachodni, blisko granicy z Irakiem.
Irańskie Ministerstwo Zdrowia podało dziś, że liczba ofiar wznowionych amerykańskich ataków wynosi 55 zabitych i 645 rannych.
W czwartek wieczorem Iran odrzucił propozycję zawieszenia broni ze strony USA. Amerykanie przekazali ją za pośrednictwem nowego premiera Iraku Alego Az-Zaidiego. Zaidi w zeszłym tygodniu spotkał się z Donaldem Trumpem w Waszyngtonie. W czwartek iracki premier odbył pierwszą wizytę w Teheranie.
Na horyzoncie nie widać oznak deeskalacji. Wczoraj Donald Trump przekazał mediom, że jest bliski decyzji o „ogromnym ataku”. W trakcie pierwszej fazy wojny w marcu Trump wielokrotnie groził zintensyfikowaniem ataków, posunął się nawet do groźby „zniszczenia całej cywilizacji”. I ostatecznie nigdy tych gróźb nie spełniał. Wówczas jednak kanały dyplomatyczne dawały nieco więcej optymizmu niż dziś. Odrzucenie amerykańskiej propozycji zawieszenia broni przez Iran może być dla Trumpa sygnałem, że w danym momencie nie jest w stanie niczego osiągnąć dyplomatycznie.
Jeśli więc Amerykanie faktycznie zdecydują się na poważną eskalację, stanie się to najpewniej w najbliższych dniach. Koszt kampanii, która byłaby jednak w stanie zatrząść władzami Republiki Islamskiej byłby ogromny. Trump musi zmierzyć się z pytaniem: przyjąć do wiadomości, że nie udało się osiągnąć założonych celów wojny i usiąść do poważnych rozmów, czy zwiększyć nacisk militarny, bez gwarancji łatwego zwycięstwa.
Przeczytaj także:
Od niespełna dwóch miesięcy Albańczycy protestują w stolicy kraju przeciwko planom budowy luksusowego kompleksu wypoczynkowego na wyspie Sazan przez Jareda Kushnera, zięcia Donalda Trumpa. Policja oprócz brutalnych metod tłumienia demonstracji sięgnęła po najbardziej radykalny krok – aresztowała aktywistów, inicjatorów protestu, a nawet dziennikarkę.
„Czy policja ma prawo zatrzymywać ludzi protestujących pokojowo?” – pyta Małgorzata Rejmer, dziennikarka i reporterka pisząca o Albanii.
54. dnia Rewolucji Flamingów – zakrojonych na szeroką skalę demonstracji w kraju – policja aresztowała Edisona Likę, jednego z głównych organizatorów protestów. Jak pisze Rejmjer, aktywistę schwytano podczas udzielania wywiadu miejscowej telewizji News24. „To człowiek wykształcony, wrażliwy i bezgranicznie oddany Albanii. Władze chcą go zastraszyć, ale Edisona zastraszyć się nie da” – pisze Rejmer.
W czwartek, 23 lipca, do aresztu trafili również Elsa Paja, Arnen Sula, Mirela Ruko, aktywiści zaangażowani w ruch flamingów, a także Vjolanda Peca, dziennikarka Citizens.al relacjonująca antyrządowe demontracje w Albanii. Wszyscy zostali już wypuszczeni na wolność.
Policja sięgnęła po brutalne metody pacyfikacji protestu. Armtki wodne, gaz pieprzowy i łzawiący został użyty pod parlamentem w Tiranie przeciwko, jak podaje agencja AFP, tysiącom osób. Część z nich skandowała hasła wprost wymierzone w rząd premiera Ediego Ramy, jak „Sprzedajna opozycja”, „Przestępczy parlament” inni zdecydowali się na obrzucenie posłów Socjalistycznej Partii Albanii, która sprawuje władzę w kraju, butelkami i jajkami.
17 osób, demonstrujących i policjantów, trafiło do szpitala.
Od przełomu maja i czerwca na ulice Albanii każdego dnia wychodzą tysiące ludzi. Planowana na kluczowym dla bioróżnorodności wybrzeżu inwestycja rodziny Donalda Trumpa rozpoczęła ruch, który z protestów środowiskowych przerodził się w demonstracje mogące zakończyć wieloletnie rządy premiera Ediego Ramy.
Jak pisze na łamach OKO.press Jakub Mirowski, spółka Atlantic Incubation Partners LLC, blisko powiązanej z Jaredem Kushnerem i Ivanką Trump, córką obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych chce przekształcić wyspę Sazan, niezamieszkanej wyspy otoczonej Morskim Parkiem Narodowym Karaburun-Sazan oraz fragment parku narodowego w lagunie Narta w rejonie delty rzeki Vjosa (ostatniej dzikiej rzece Europy) w eliterny resort pełen hoteli, willi, lokali i przystani dla jachtów.
Oprócz Kushnera i Ivanki Trump projekt wspierają finansowo także albańscy i katarscy inwestorzy.
Razem z Albańczykami przeciwko inwestycji protestują ekolodzy. Ponad 40 organizacji środowiskowych z całej Europy już w styczniu wezwało albański rząd do zatrzymania tej inwestycji, przestrzegając przed jej zgubnym wpływem na naturalne środowisko.
Mirowski pisze: „Media okrzyknęły ruch nazwą „Rewolucji Flamingów” – bo rzeczywiście, narysowane, dmuchane czy wycinane ptaki regularnie pojawiają się na zdjęciach z protestów – ale aspekt środowiskowy działa też jako wentyl dla innych frustracji. Albańczycy mają przede wszystkim dość samowoli swojej klasy rządzącej, która woli zajmować się sprzedażą chronionego fragmentu wybrzeża zagranicznym inwestorom, niż zająć się kwestiami takimi jak wszechobecna korupcja czy masowa emigracja młodych”.
Czwartkowy pokaz miał też inny wymiar: był gestem sprzeciwu wobec organizacji w Tiranie wielkiego koncertu Kanyego Westa. Państwo wydało 4 miliony euro z publicznej kasy na przygotowanie wydarzenia kontrowersyjnego rapera znanego z antysemickich wypowiedzi, którego na scenie nie chciało większość państw Europy.
„Dziękujemy Trumpowi za to, że nas zjednoczył” – skandują dziś Albańczycy. Dziś, oprócz ochrony przyrody, domagają się dymisji Ediego Ramy. Ten jest pod ścianą: albo wycofa się z projektu licząc na ustanie protestów, albo zostanie obalony przez Albańczyków.
– W Albanii od 35 lat, od zmiany ustroju, nie było podobnego ruchu, głośno odrzucającego cały system polityczny. W tym kontekście powiedziałbym, że możliwe jest odsunięcie od władzy Ediego Ramy i rozpisanie nowych wyborów, które radykalnie odmieniłyby albańską scenę polityczną. To dla mnie największa nadzieja na przyszłość – mówi OKO.press Redi Muçi, parlamentarzysta z lewicowego Ruchu Razem (Lëvizja BASHKË).
Przeczytaj także:
W nocy 24 lipca w Sankt Petersburgu i obwodzie leningradzkim ukraińskie drony zaatakowały dwa kluczowe centra logistyczne firmy Wildberries. Oprócz tego ukraińskie Siły Obronne rakietą „Flamingo” uderzyły w fabrykę „Avitek” w Kirowie.
Dziś nad ranem Aleksandr Begłow, gubernator Sank Peterburga poinformował, że nocy w mieście doszło do ataku na obiekt infrastruktury cywilnej przy szosie moskiewskiej. Obecnie trwają prace związane z usuwaniem skutków tego zdarzenia.
Gubernator obwodu leningradzkiego Aleksander Drozdzenko oświadczył, że rosyjska obrona przeciwlotnicza rzekomo zestrzeliła 59 bezzałogowych statków powietrznych.
Kanał na Telegramie Exilenova poinformował, że w Sankt Petersburgu i obwodzie leningradzkim drony zaatakowały kluczowe centra logistyczne firmy Wildberries.
W Sankt Petersburgu uderzono w kompleks „Szuszary”. Jest on jednym z największych centrów logistycznych firmy w północno-zachodniej Rosji. Jego powierzchnia wynosi około 106 000 m². Kompleks ten stanowi kluczowe centrum obsługi i dystrybucji towarów dla Sankt Petersburga, obwodu leningradzkiego oraz innych regionów Północno-Zachodniego Okręgu Federalnego.
Płonął też magazyn Wildberries we wsi Nowosaratowka w obwodzie leningradzkim („Utkina Zawod”). To centrum logistyczne znajduje się tuż za granicą administracyjną Sankt Petersburga i obsługuje ono to miasto.
Firma Wildberries potwierdziła uszkodzenia dwóch kompleksów magazynowych: „Działalność kompleksów logistycznych Wildberries w Szuszarach i Utkinie Zawodzie została tymczasowo wstrzymana”.
Ponadto w nocy zaatakowano magazyn Wildberries w Symferopolu. Była tam ewakuacja pracowników.
Oprócz tego ukraińskie Siły Obronne zaatakowały fabrykę „Avitek” w Kirowie za pomocą pocisku „Flamingo”. Według portalu Militarnyj, zakład specjalizuje się w produkcji sprzętu lotniczego oraz środków ratowniczych dla pilotów.
„Przedsiębiorstwo jest jedynym w kraju seryjnym producentem foteli katapultowych do wszystkich typów samolotów myśliwskich i szturmowych, a także wytwarza lotnicze systemy dźwigowe, w szczególności wciągarki i uchwyty belkowe.
Produkuje również przeciwlotnicze pociski kierowane, pociski-celowe oraz symulatory celów powietrznych” – pisze Militarnyj. Dodaje, że „Avitek” objęty jest międzynarodowymi sankcjami z powodu udziału w produkcji komponentów dla rosyjskiego kompleksu wojskowo-przemysłowego.
Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski potwierdził, że Siły Obronne przeprowadziły atak na zakład w Kirowie. Jak powiedział, zakład ten dostarcza komponenty do rosyjskiej techniki lotniczej i rakietowej, która jest wykorzystywana między innymi podczas masowych ataków na ukraińskie miasta i gminy.
Ukraińskie Siły Obronne coraz bardziej rozszerzają listę atakowanych obiektów w Rosji. Jest to już co najmniej czwarty atak na rosyjskie terminale logistyczne. 18 lipca pod ukraińskim ostrzałem były magazyny Wildberries w obwodach moskiewskim i tambowskim. W nocy 20 lipca ukraińskie bezzałogowce uderzyły w bazę paliwową oraz cztery magazyny logistyczne w pobliżu Moskwy. W nocy 22 lipca ukraińskie drony uderzyły w dwa centra logistyczne Wildberries w Krasnodarze i Niewinnomyssku w obwodzie stawropolskim w Rosji.
Jak pisze Meduza, po atakach ukraińskich dronów na terminale Wildberries rosyjski „Yandex Market” zmienił warunki umów ze sprzedawcami i odmówił ponoszenia odpowiedzialności za skutki ataków bezzałogowych statków powietrznych.
Przeczytaj także:
W nocy też Rosja atakowała Ukrainę. Rosyjskie siły zbrojne wystrzeliły w kierunku Ukrainy pięć kierowanych pocisków lotniczych oraz 180 dronów bojowych. Odnotowano trafienie jednej kierowanej rakiety oraz 14 bezzałogowców w dziewięciu lokalizacjach. Są uszkodzenia w obwodzie odeskim, charkowskim, czernihowskim, kirowohradskim, mikołajowskim. Są informacje o rannej kobiecie i czteroletnim dziecku.
24 lipca rano, jak informuje Doniecka Prokuratura Obwodowa, armia rosyjska zrzuciła bomby lotnicze na Słowiańsk. Na chwilę obecną wstępnie wiadomo o co najmniej czterech ofiarach śmiertelnych i dziewięciu rannych. Według szefa donieckiej administracji wojskowej Wadyma Fiłaszkina, Rosjanie zrzucili na miasto dwie bomby lotnicze. Uszkodzonych zostało 10 domów prywatnych, zakład oraz siedziba honorowego konsulatu Republiki Łotewskiej.
Jarosław Kaczyński ogłosił, że trzydziestu kilku posłów, którzy nie złożyli do północy tzw. lojalki zostanie usuniętych z partii. Ostateczną decyzję podejmie Komitet Polityczny w najbliższy wtorek.
O godz. 12.00 w siedzibie PiS na Nowogrodzkiej Jarosław Kaczyński ogłosił decyzję w sprawie parlamentarzystów PiS, którzy nie złożyli do czwartku do północy tak zwanej lojalki.
„Nie jestem członkiem organizacji podejmujących działalność o charakterze politycznym, nie prowadzę działalności o takim charakterze w ramach takich ciał oraz nie uczestniczę w pracach, spotkaniach, wydarzeniach czy projektach realizowanych przez takie organizacje” – głosiła deklaracja, którą zobowiązani byli złożyć politycy PiS.
Dokument był w oczywisty sposób wymierzony w środowisko Mateusza Morawieckiego i jego stowarzyszenie Rozwój Plus. Rozmowy ostatniej szansy, które odbyły się w czwartek o godz. 12.00, nie przyniosły porozumienia. Kaczyński co prawda miał nie domagać się całkowitego rozwiązania stowarzyszenia, ale jego zamrożenia do czasu wyborów. Jednak punktem nie do pominięcia było podpisanie przez stronników byłego premiera lojalki.
Morawiecki odmówił. „Nie ma naszej zgody na podpisywanie lojalek, wymuszanie podpisów ani składanie upokarzających deklaracji” – napisał Piotr Müller w oświadczeniu opublikowanym na X.
Do końca dnia nie było wiadomo, ilu parlamentarzystów postanowi zignorować lojalkę. Na pierwotnej liście poparcia dla byłego premiera znalazło się 45 nazwisk (w tym kilkoro europosłów). Wiedzieliśmy na pewno, że w ciągu tego tygodnia co najmniej dwie osoby z tamtej listy podpisały dokumenty – Daniel Obajtek i Anita Czerwińska.
„Trzydziestu kilku posłów naszej formacji zrezygnowało z członkostwa„ – ogłosił w piątek o godzinie 12.00 Jarosław Kaczyński. „We wtorek odbędzie się posiedzenie Komitetu Politycznego, który przyjmie ten fakt do wiadomości”.
Prezes PiS podkreślał, że „wszyscy wiedzieli, jakie są skutki niepodpisania deklaracji".
„Nie chcemy się rozstawać w niechęci, czy silniejszych jeszcze uczuciach negatywnych, ale tak się niestety ułożyło" – stwierdził.
Kaczyński w tajemniczy sposób zaczął opowiadać także, że w sprawie nie chodziło już tylko o stowarzyszenie, ale także o „propozycję, by podzielić partię”. Ta propozycja miała pochodzić „od osoby bardzo wiarygodnej w partii". Była powtarzana w dwóch rozmowach i jej świadkami były także osoby spoza polityki. Nie powiedział jednak, kto takie propozycje składał, w czyim imieniu, kto był tego świadkiem, ani kto właściwie w tych rozmowach uczestniczył.
„Podpisanie prostej deklaracji miało być tylko zdeklarowaniem, że w takim przedsięwzięciu nie będzie się uczestniczyło” – podsumował Kaczyński.
Przeczytaj także:
Michał Dworczyk odmówił podpisania „lojalki”, której od członków Rozwoju Plus domagało się kierownictwo PiS. Zapewnia, że środowisko Mateusza Morawieckiego nie planuje secesji i chce jedynie działać na rzecz poszerzenia oferty dla elektoratu. W południe stanowisko ma przedstawić Jarosław Kaczyński.
Michał Dworczyk, europoseł Prawa i Sprawiedliwości był gościem Porannej Rozmowy RMF FM. Polityk zadeklarował, że jest gotowy do rozliczenia swojej 24-letniej działalności w partii zarówno jako samorządowiec, poseł, europoseł jak i członek rządu, jednak zdecydował się nie podpisywać „lojalki” – czyli deklaracji o nieprzynależeniu do stowarzyszeń, której złożenia oczekiwało kierownictwo PiS. Komentował:
„Chrzest święty bierze się raz w życiu. Ja nie dokonywałem żadnego aktu apostazji, więc dlaczego miałbym coś podpisywać?”.
Zapytany o ewentualne wyrzucenie z ugrupowania przez Jarosława Kaczyńskiego, stwierdził, że nie wyobraża sobie takiej sytuacji. Odwołał się do kwietniowych ustaleń prezesa PiS i Mateusza Morawieckiego, zgodnie z którymi stowarzyszenie Rozwój Plus miało funkcjonować – jak określił Kaczyński – „jakby wewnątrz partii”, zapewniając tym samym poszerzenie oferty dla elektoratu.
Zapytany o ewentualne utworzenie klubu parlamentarnego przez nieco ponad 40 członków stowarzyszenia Morawieckiego, Dworczyk stwierdził „W ogóle nie mamy na razie tego typu dywagacji w agendzie”. Przypomniał, że członkowie Rozwój Plus zadeklarowali kierownictwu partii gotowość zrzeczenia się funkcji kierowniczych i koordynatorskich. Mateusz Morawiecki ma być gotowy do rezygnacji z roli wiceprezesa PiS. Jarosław Kaczyński oczekiwał jednak „zamrożenia” działalności inicjatywy do przyszłorocznych wyborów parlamentarnych. Zdaniem gościa RMF FM takie rozwiązanie byłoby de facto likwidacją stowarzyszenia.
Dworczyk podkreślał, że jego zdaniem trwający w Prawie i Sprawiedliwości kryzys nie jest sam w sobie efektem nieporozumień frakcji Mateusza Morawieckiego z Przemysławem Czarnkiem:
„Obecny kryzys jest wywołany przez wąską grupę ludzi, którzy realizując jakieś swoje partykularne interesy, próbują wywalić Mateusza Morawieckiego i nas – jego współpracowników – z partii”.
Europoseł wspomniał, że choć stowarzyszenie Rozwój Plus nie miało dotychczas struktur terenowych, ze względu na chęć działania na terenie całego kraju „jakieś formy organizacyjne zapewne będą nam potrzebne”. Zapytany chwilę później przez Piotra Salaka, czy podczas organizowanego przez Morawieckiego grilla zostanie ogłoszone powstanie nowej partii, odparł: „Mam nadzieję, że będziemy nadal członkami Prawa i Sprawiedliwości”.
Dopytywany o ewentualną koalicję powstającego wokół Mateusza Morawieckiego ugrupowania z Polskim Stronnictwem Ludowym lub Katarzyną Pełczyńską-Nałęcz, Dworczyk stwierdził, że to „kompletne science fiction”.
Prowadzący Poranną Rozmowę RMF FM zapytał europosła o to, czy ten pamięta, jak dotychczas kończyli secesjoniści z PiS. Polityk skwitował: „To byli ludzie z Solidarnej Polski, to byli ludzie z PJN-u. My nie robimy żadnej secesji. W najgorszym razie – co może się zdarzyć – zostaniemy wyrzuceni z partii. Ale mam nadzieję, że do tego nie dojdzie”.
W Prawie i Sprawiedliwości trwa kryzys związany z walką o wpływy i przyszłe przywództwo po Jarosławie Kaczyńskim. Jedną z głównych osi sporu jest konflikt między obozem Mateusza Morawieckiego, który buduje własne polityczne zaplecze, a Przemysławem Czarnkiem, uznawanym za jednego z faworytów prezesa PiS.
W połowie lipca PiS wprowadził uchwałę zakazującą członkom partii uczestnictwa w innych strukturach o charakterze politycznym. Politycy mieli czas na ich opuszczenie do piątku 24 lipca o północy.
O godzinie dwunastej Jarosław Kaczyński ma wygłosić oświadczenie, w trakcie którego – ze sporym prawdopodobieństwem – może poinformować o usunięciu członków stowarzyszenia Rozwój Plus z szeregów Prawa i Sprawiedliwości.
Przeczytaj także: