Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Karol Nawrocki zawetował ustawę, mającą uregulować rynek kryptoaktywów – od poprzedniej, również zawetowanej różniła się ona zaledwie jednym przepisem
Polska nie zdołała więc przyjąć unijnego rozporządzenia MiCA, regulującego rynek kryptoaktywów w UE. Czas na przyjęcie krajowych przepisów wykonawczych upływa 30 czerwca. Brak ustawy oznacza, że od 1 lipca 2026 r. krajowe firmy kryptowalutowe nie będą mogły legalnie działać w Polsce. Firmy z innych państw UE będą mogły jednak świadczyć usługi w Polsce na podstawie licencji uzyskanych za granicą.
Zawetowana 11 czerwca ustawa była w większości podobna do poprzednich dwóch. Różniła się przede wszystkim zaostrzeniem kar za naruszenia na rynku kryptoaktywów. Przewidywała m.in. grzywnę do 15 mln zł lub do trzech lat więzienia za wprowadzanie kryptoaktywów bez zgłoszenia KNF. To KNF miał być organem nadzorującym rynek i uzyskać uprawnienia m.in. do kontroli podmiotów, żądania informacji, zawieszania ofert tokenów, zakazywania świadczenia usług i nakładania sankcji.
W pracach nad trzecią wersją ustawy Sejm odrzucił łącznie 39 poprawek, w tym 15 poprawek zgłoszonych przez ministra Zbigniewa Boguckiego z Kancelarii Prezydenta. Przyjęto tylko jedną poprawkę prezydencką: obowiązek przygotowania raportu o rynku kryptoaktywów przez ministra finansów i przewodniczącego KNF. Raport ma obejmować m.in. informacje o podmiotach działających na rynku, nadużyciach, postępowaniach oraz kosztach nadzoru.
11 czerwca prezydent zawetował 3 z 10 ustaw przesłanych z Sejmu do podpisu. W przypadku ustawy o kryptowalutach jest to trzecie weto. Choć ustawy są podobne, między pierwszym a trzecim zmieniła się argumentacja prezydenta. Za pierwszym razem Karol Nawrocki ogłosił, że wetuje, bo „przepisy realnie zagrażają wolnościom Polaków, ich majątkowi i stabilności państwa”.
Teraz ogłosił, że rządowa ustawa „nieskutecznie chroni Polaków przed nadużyciami”. Podpisze ustawę, o ile Sejm przyjmie wersję prezydencką. Projekt jest w Sejmie i choć „jest w większości miejsc zbieżny z projektem rządowym”, to jest lepszy. Rząd tego nie widzi z powodu „politycznego uporu i niechęci”, a rynek „należy uregulować w sposób odpowiedzialny”.
Przy okazji Nawrocki powiedział, że karze rząd za jego działania. Nazwał „haniebnymi” informacje o „ruskim śladzie” w sprawie ustawy o kryptowalutach. Służby podległe rządowi wedle prezydenta nie sprawdziły niewiarygodnego świadka, ale wykorzystały jego opowieść do uderzenia w politycznych przeciwników. „Rządzący szukali haków na przeciwników, a nie zajmowali się ochroną Polaków”.
– Jestem zwolennikiem regulacji tego rynku. Jestem zwolennikiem ochrony konsumentów, tylko trzeba to robić skutecznie – wyjaśnił na koniec Nawrocki. Zapowiedział jednocześnie, że „ustawa uzyska podpis, jeśli zostanie poprawiona”.
Komentatorzy oceniali, że w sprawie kryptowalut Nawrocki się „zakiwał” i po dwóch wetach będzie musiał podpisać kolejną ustawę, mimo że jest podobna poprzednich. Nowym kontekstem dla ustawy stała się bowiem afera Zondacrypto, firmy kryptowalutowej, której klienci zgłaszali problemy z wypłatą środków. Firma upadła w kwietniu 2026 roku, prokuratura prowadzi śledztwo w sprawie. Poszkodowanych są już setki osób. W związku z tym zwrotu w sprawie kryptowalut dokonał PiS – wycofując ustawę proponowaną przez posła Janusza Kowalskiego, któremu media udowodniły niejasne kontakty z biznesmenami od kryptowalut. W to miejsce PiS złożył projekt radykalnie ograniczający rynek kryptowalut, w sposób sprzeczny z unijnymi przepisami.
Nawrocki jednak ogłosił, że nie ustąpi.
W kampanii wyborczej Karol Nawrocki zapowiadał, że nie podpisze żadnej ustawy regulującej rynek kryptowalut. Zrobił to na sponsorowanej przez Zondacrypto konferencji konserwatystów CPAC (Conservative Political Action Conference) w podrzeszowskiej Jasionce.
Obecnie prezydent Polski przyjął zaproszenie na urodzinową galę walk MMA Donalda Trumpa. Sponsorem imprezy jest giełda kryptowalut Crypto.com.
Przeczytaj także:
Prezydent nie zgodził się na przedłużenie terminu przedłożenia dowodu znajomości języka polskiego na poziomie B1. Prawo do wykonywania zawodu straciło już 441 lekarzy
Prezydent Karol Nawrocki zawetował nowelizację ustawy, która miała wydłużyć o rok termin na przedłożenie certyfikatu znajomości języka polskiego na poziomie B1 przez lekarzy spoza Unii Europejskiej. Ustawa wydłużała termin o kolejny rok, do 30 kwietnia 2027 roku. Prezydent tę ustawę odrzucił. A to może oznaczać realne konsekwencje dla części lekarzy pracujących w Polsce. W szczególności problem dotyczy osób pochodzących z Ukrainy.
W uzasadnieniu prezydent powołuje się na dobro pacjentów.
„Nie zgodziłem się na przedłużenie o kolejny rok obowiązywania wyjątkowych rozwiązań dotyczących wymogów językowych dla medyków spoza Unii Europejskiej bez przeprowadzenia rzetelnej debaty i bez uwzględnienia zastrzeżeń środowisk medycznych. Polskie rodziny, idąc do lekarza opłacanego z publicznych środków, z ich kieszeni, muszą uzyskać pomoc i po prostu móc zwyczajnie dogadać się z lekarzem” – przekazał Nawrocki.
W Polsce kwestia umiejętności językowych lekarzy spoza UE długo nie była uregulowana. Stało się tak w tej kadencji Sejmu. Lekarze ci otrzymali dwa lata na przedstawienie dyplomu dokumentującego umiejętność posługiwania się językiem polskim na poziomie B1.
Brak wydłużenia tego okresu ma realne konsekwencje dla wielu lekarzy. „Rzeczpospolita” pisze, że do 11 czerwca według Naczelnej Izby Lekarskiej z tego powodu prawo do wykonywania zawodu straciło 441 lekarzy. Izba przekazała wcześniej, że do końca kwietnia odpowiednich dokumentów nie przedstawiło łącznie 2321 lekarzy i 1014 lekarzy dentystów. Problem nie dotyczy tylko lekarzy pochodzących z Ukrainy. W Polsce pracuje około 3 tys. ukraińskich lekarzy. Jak pisał w OKO.press Sławomir Zagórski około 800 z nich nie dopełniło tego obowiązku.
Przeczytaj także:
Policja chciała, by Mentzen odpowiedział za odpalenie racy na Marszu Niepodległości. Lider Konfederacji złamał przepis z premedytacją
Sławomir Mentzen zachowuje swój immunitet poselski. Za uchyleniem go głosowało dziś w Sejmie 227 posłów. Do tego, by wniosek uzyskał większość zabrakło głosów czterech osób. Przeciwko głosowali m.in. jedna osoba z Koalicji Obywatelskiej, jedna z klubu Centrum i czwórka z Razem. W głosowaniu nie wzięło udziału 12 osób z koalicji rządzącej.
Po głosowaniu lider Konfederacji napisał w mediach społecznościowych:
„Sejm nie zgodził się na uchylenie mi immunitetu za racę na Marszu Niepodległości! Potrzeba było 231 głosów, Tuskowi udało uzbierać się ich tylko 227 :) Bardzo dziękuję wszystkim posłom, którzy nie zgodzili się na skazywanie opozycji za krytykę rządu!”
Wbrew temu, co sugeruje Mentzen, wniosek nie wynikał z tego, że polityk krytykował rząd. Policja chciała ukarać Mentzena za odpalenie racy podczas zeszłorocznego Marszu Niepodległości. W poście po głosowaniu Mentzen zamiecił zdjęcie na którym trzyma odpaloną racę, a w tle grupa osób trzyma transparent z napisem „Polska dziś się upomina, zwrócić Tuska do Berlina”.
We wniosku chodziło jednak tylko i wyłącznie o racę. Użycia środków pirotechnicznych podczas wydarzenia zakazał wojewoda mazowiecki. Mentzen popełnił więc wykroczenie, za które grozi grzywna, ograniczenie wolności lub areszt na okres 14 dni. Poseł Konfederacji stoi na stanowisku, że przepis o zakazie używania rac podczas zgromadzeń jest „głupi”, a jego wpisy w mediach społecznościowych jasno wskazują, że złamał go z premedytacją. Sejm zdecydował jednak, że Metzen nie stanie przed sądem.
Przeczytaj także:
Dzięki niej gminy miałyby dostać pieniądze na doraźne usługi dla seniora w miejscu zamieszkania. Zmiany miałyby ułatwić seniorom funkcjonowanie w ich własnym środowisku, a więc odwlekałyby potrzebę korzystania z domu opieki.
Sejm uchwalił 11 czerwca ustawę o koordynacji opieki długoterminowej i osobach starszych. Nowe przepisy wprowadzają m.in. bon senioralny, czyli świadczenie niepieniężne dla osób powyżej 65. roku życia.
Za uchwaleniem ustawy głosowało 415 posłów, jeden był przeciw, a 20 wstrzymało się od głosu. Teraz ustawę musi przyjąć Senat i podpisać prezydent.
Bon ma być dostępny dla każdego, kto ukończył 65. rok życia, jest obywatelem Polski, Unii Europejskiej (lub Europejskiego Obszaru Gospodarczego, Konfederacji Szwajcarskiej albo Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej), a jego średni dochód nie przekracza 3410 zł.
W takim przypadku gmina, w której senior mieszka, dostawałaby pieniądze na świadczenie usług doraźnych, trwające maksymalnie dwa tygodnie. Chodziłoby o pomoc w zaspokojeniu potrzeb życia codziennego (pomoc w ubraniu się, przygotowaniu posiłków, utrzymaniu porządku), ale też na wsparciu w korzystaniu ze świadczeń zdrowotnych czy zapewnieniu kontaktu z otoczeniem.
Program ma być wprowadzany stopniowo, w pierwszej kolejności w gminach, w których nie są realizowane publiczne usługi opiekuńcze na rzecz seniorów. Ma być realizowany w ramach trzyletnich programów rządowych. Ich wykonawcą będą gminy. Pierwszy program ma zostać uruchomiony w latach 2026-2028. Łączna pula środków z budżetu państwa na jego realizację to miliard złotych
Bon senioralny jest jednym z pomysłów obecnej koalicji rządzącej. Choć ustawa mówi o seniorach, to jej celem jest także odciążenie pracujących dzieci seniorów i pomoc w sytuacji, gdy dzieci nie mieszkają blisko rodziców. W założeniu ma też doprowadzić do rozwoju sektora usług wsparcia seniorów, zwłaszcza na terenach, na których aktualnie ich najbardziej brakuje.
Przeczytaj także:
Projekt wprowadza też przepisy określające zasady monitorowania realizacji usług i świadczeń opieki długoterminowej i ewaluacji ich jakości.
Rząd na różne sposoby próbuje zwiększyć podaż usług opiekuńczych. Przyjęta ustawa jest elementem szerszych zmian.
Dyskutowany obecnie i konsultowany na etapie prac rządowych projekt zmiany ustawy o pomocy społecznej zakłada, że samorządy, zanim skierują mieszkańca do domu opieki, musiałyby mu zaproponować wsparcie w miejscu zamieszkania (krytycy projektu mówią, że choć kierunek zmian jest słuszny, to bez dodatkowych pieniędzy z budżetu usługi zastępujące pomoc w instytucji opiekuńczej się nie rozwiną).
Na etapie prac w komisjach sejmowych jest projekt ustawy o asystencji osobistej, przewidujący budżetowe finansowanie wsparcia asystentów dla osób z niepełnosprawnościami. Ta ustawa, wedle ministerialnych założeń stworzyłaby ponad 100 tys. miejsc pracy dla asystentów – obecnie, w niestabilnym systemie finansowania, kiedy pieniądze raz są, a raz nie ma, pracuje 40 tys. asystentów.
Na asystencje przewidziano dużo większe środki niż na bon senioralny – do 65 mld zł w ciągu 10 lat. Przyjęcie tej reformy do sierpnia 2026 r. jest miara realizacji przez Polskę kamieni milowych Krajowego Planu Odbudowy.
Problem w tym, że nie ma gwarancji, że wszystkie te duże i systemowe zmiany uratują sytuację: starzenie polskiego społeczeństwa postępuje szybciej, niż rosną nakłady na pomoc i wsparcie. Brakuje też ludzi, którzy pracę opiekuńczą mogliby świadczyć – przekonanie, że będą to robić osoby z zagranicy, nie jest oparte na faktach.
„W Małopolsce kończymy właśnie badania dotyczące kadr opiekuńczych. To też są najczęściej osoby już w okolicach 50. roku życia. Nie ma realnych szans, że będą miały następców i następczynie – nawet z zagranicy. W Małopolsce cudzoziemcy stanowią dziś ledwie kilka procent kadr” – mówił niedawno w rozmowie z OKO.press Rafał Barański z Regionalnego Ośrodka Polityki Społecznej w Krakowie. Rekomendował w tej rozmowie, by zwiększać możliwości pomocy mieszkańcom w miejscu zamieszkania, wykorzystując fachowe kadry obecnych domów pomocy społecznej. Bowiem choć DPS nie są „ludzkim” sposobem na zapewnienie potrzebującym wsparcia, to ich pracownicy mają niezwykłe kwalifikacje i umiejętności.
Przeczytaj także:
Amerykański prezydent zapowiedział, że USA zaatakują, a w niedługiej przyszłości zajmą irańską wyspę. Trudno zrozumieć motywacje amerykańskiego prezydenta poza wyrażeniem frustracji
„Stany Zjednoczone uderzą w Iran (Których Marynarka Wojenna, Radary, Obrona Przeciwlotnicza i inne formy Obrony, razem z większością możliwości ofensywnych zostały ZNISZCZONE) BARDZO MOCNO DZIŚ W NOCY. W jakimś momencie w nie tak dalekiej przyszłości będziemy przejmować wyspę Chark i inne punkty z infrastrukturą związaną z ropą, i przejmiemy totalną kontrolę nad ich Ropą i Rynkami Gazu, tak jak zrobiliśmy z Wenezuelą, co działa wspaniale zarówno dla Wenezueli jak i dla Stanów Zjednoczonych” – napisał rano czasu waszyngtońskiego Donald Trump w mediach społecznościowych (zachowujemy oryginalną pisownię wpisu).
To kolejne podbicie napięcia w ostatnim tygodniu na linii Iran-USA. De facto wojna wróciła do Zatoki Perskiej, a USA i Iran wymieniają ciosy od dwóch dni. Żaden z tegotygodniowych ataków nie był na tyle poważny, by doprowadzić do deklaracji końca zawieszenia broni. Ale to, czym grozi Trump, mogłoby mieć taką wagę.
Trump mówi o ataku na wyspę Chark od... 1988 roku. Wówczas w wywiadzie mówił, że tak poradziłby sobie z Iranem, który jego zdaniem sprawił, że Amerykanie wyglądają „jak banda głupków”. Wówczas Trump, choć pewnie już o tym myślał, nie był oczywiście prezydentem USA. A refren na temat wyspy Chark powracał w tym roku wielokrotnie od początku wojny 28 lutego. W marcu po ataku powietrznym na instalacje militarne na wyspie dodał, że Amerykanie mogą uderzyć w nią jeszcze kilka razy „dla zabawy”. Na koniec marca zapowiadał, że zniszczy wyspę, jeśli porozumienie nie zostanie osiągnięte.
Wyspa ta jest kluczowym terminalem dla irańskiego eksportu ropy. Została zagospodarowana w ten sposób jeszcze w latach 60. XX wieku.
Taktyka negocjacyjna Trumpa jest już dobrze znana, choćby z zeszłorocznych wojen handlowych. Amerykański prezydent wielokrotnie stosuje groźby po to, by oponent wycofał się i zajął korzystniejszą dla USA pozycję w negocjacjach. Jednocześnie dobrze wiemy, że w wypadku Iranu taktyka ta nie działa. Przez ostatnie trzy miesiące widzieliśmy, że tego rodzaju zagrywki sprawiają, że Iran utwardza swoje stanowisko. Trump ewidentnie jest sfrustrowany, że jego działania militarne nie przyniosły spodziewanego efektu i nie zmusiły Iranu do przyjęcia warunków, jakie chciał Iranowi narzucić.
Scenariusz wenezuelski (zmiana lidera i bliska współpraca) jest w wypadku obecnych władz Iranu niemożliwy. Zajęcie wyspy wymagałoby desantu amerykańskich żołnierzy na wyspę i niemal na pewno łączyłoby się z amerykańskimi stratami w ludziach – być może nawet sporych. A to ogromny koszt polityczny dla Trumpa. Tak czy inaczej – trudno zrozumieć, jaki jest faktyczny cel Trumpa, gdy stosuje tego rodzaju groźby. Zysk z samej groźby jest niewielki, a potencjalny koszt jej spełnienia – bardzo duży.
Przeczytaj także: