Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej wydał alerty pierwszego stopnia dla czterech województw. Prognozowane są intensywne opady śniegu i zamiecie. W kilku regionach wciąż obowiązuje alert II stopnia
Najnowsze alerty pierwszego stopnia zostały wydane dla woj. kujawsko-pomorskiego, części woj. łódzkiego, południowej części woj. podkarpackiego i dla zachodniego Mazowsza. Będą obowiązywać do końca dnia.
IMGW prognozuje opady powodujące przyrost pokrywy śnieżnej miejscami o 10 cm do 15 cm. „Północno-zachodni wiatr o średniej prędkości do 25 km/h, w porywach do 50 km/h, może powodować zawieje i zamiecie śnieżne” – czytamy w ostrzeżeniu Instytutu. Wciąż obowiązują ostrzeżenia pierwszego stopnia wydane w sobotę dla Małopolski, Opolszczyzny, Dolnego Śląska, Wielkopolski i Śląska.
W mocy pozostają także ostrzeżenia II stopnia przed intensywnymi opadami śniegu dla woj. pomorskiego i części woj. zachodniopomorskiego. Będą obowiązywać do niedzielnego wieczora. „Prognozowane są zawieje i zamiecie śnieżne spowodowane opadami śniegu i wiatrem o średniej prędkości do 50 km/h, w porywach do 85 km/h, z kierunków północnych. Najsilniejszy wiatr wystąpi w strefie wybrzeża” – czytamy w ostrzeżeniu dla powiatów lęborskiego, puckiego, Słupska, słupskiego i wejherowskiego.
W całym kraju temperatura jest minusowa, najintensywniejsze opady śniegu przewidywane są szczególnie na Pomorzu i w Karpatach.
„Takie warunki mogą utrudniać codzienne funkcjonowanie i stwarzać zagrożenie dla zdrowia i życia, dlatego warto zachować szczególną ostrożność – w domu, w podróży i podczas aktywności na świeżym powietrzu” – ostrzega Rządowe Centrum Bezpieczeństwa.
Ostrzeżenie I stopnia oznacza warunki sprzyjające wystąpieniu niebezpiecznych zjawisk meteorologicznych mogących powodować straty materialne, zagrożenie zdrowia i życia.
Ostrzeżenie II stopnia przewiduje wystąpienie niebezpiecznych zjawisk meteorologicznych powodujących duże straty materialne oraz zagrożenie zdrowia i życia.
Przeczytaj także:
Trzecią dobę trwa niemal całkowita blokada dostępu do internetu w Iranie. Zdjęcia i informacje, które do nas docierają są jednak bardzo niepokojące
Protesty antyrządowe w Iranie trwają już dwa tygodnie. Jednocześnie trzecią dobę trwa wywołany przez władze blackout internetu. To utrudnia dokładnie zorientowanie się w sytuacji na miejscu. Irańczykom udaje się jednak przełamywać rządową blokadę, np. przy pomocy sieci Starlink. W ten sposób z docierających do nas informacji można wyrobić sobie ogólny obraz sytuacji.
Jasne jest, że intensywne protesty trwają, a władza dalej używa siły do ich tłumienia i mamy do czynienia z ofiarami śmiertelnymi.
Na podstawie dostępnych materiałów udostępnianych przez Irańczyków Institute fot the Study of the War zarejestrował 10 stycznia przynajmniej 60 protestów w całym kraju. Analitycy Instytutu zaznaczają jednak, że są to z pewnością dane niepełne, w dużej mierze z powodu blokady dostępu do internetu. Władze irańskie coraz częściej nazywają protestujących terrorystami. A do tłumienia protestów zaczęto wykorzystywać armię, która nie jest wyszkolona w technikach kontrolowania tłumu.
Nie istnieją wiarygodne i dokładne szacunki liczby ofiar śmiertelnych. Obraz sytuacji możemy odtwarzać na podstawie skrawków informacji. Niektóre materiały z Iranu pokazują obszerne sale, w których na podłogach leżą liczne ciała w czarnych workach. To jednak wciąż niezweryfikowane doniesienia i należy podchodzić do nich z ostrożnością. Iran jest też areną wojny informacyjnej.
9 stycznia bardzo dużą popularność zdobył w mediach społecznościowych post, który informował, że irański przywódca Ali Chamenei został zamordowany. Milion osób zobaczyło też post internetowej platformy predykcyjnej Polymarket z 10 stycznia, w którym przekonywano odbiorców, że irańskie władze niemal straciły kontrolę nad trzema z pięciu największych miast: Teheranem, Maszhadem i Szirazem.
Oba były kompletnie nieprawdziwe.
Organizacje broniące praw człowieka starają się zbierać konkretne informacje o zabitych. Hengaw Organization for Human Rights pisze o zastrzeleniu 7 stycznia przez służby bezpieczeństwa 40-letniej Akram Pirgazi w Niszapur w północno-wschodnim Iranie. Na stronie Hengaw z newsami można znaleźć nazwiska i twarze kolejnych potwierdzonych zabitych.
Informacje, które wychodzą z Iranu, są bardzo niepokojące i sugerują, że faktyczna liczba ofiar może być bardzo duża. W 2019 roku, gdy władza także odcięła dostęp do internetu w trakcie protestów o podłożu ekonomicznym, zginęło najprawdopodobniej około 1500 osób.
Silne protesty znacznie zwiększyły też ryzyko wznowienia wojny pomiędzy Iranem a Izraelem i USA. Donald Trump w styczniu co najmniej dwukrotnie groził Irańczykom, że pożałują, jeśli będą zabijali protestujących. Mamy dziś wystarczająco dowodów na to, że tak się stało. Amerykański prezydent robił też już krok w tył, twierdząc, że śmierci są spowodowane paniką tłumu.
Wiemy jednak, że Trump otrzymał już briefing na temat dostępnych dla USA opcji militarnych. Na razie nie oznacza to, że amerykański atak z pewnością nastąpi w ciągu kilku następnych dni. Dotychczas nie zaobserwowaliśmy nietypowej aktywności amerykańskiej armii w Zatoce Perskiej na wzór tej sprzed czerwcowego ataku. Ale poziom napięcia jest dzisiaj najwyższy od zakończenia starcia z czerwca 2025. A obie strony na razie wciąż podkręcają retorykę. Przewodniczący Madżlesu (odpowiednik naszego marszałka Sejmu) Mohammad Bagher Ghalibaf powrótrzył dziś, że jeśli Amerykanie uderzą w Iran, Irańczycy będą uznawać amerykańskie cele wojskowe i Izrael za legalne cele odwetu.
Przeczytaj także:
„Ataki te są częścią operacji Hawkeye Strike, która została rozpoczęta i ogłoszona 19 grudnia 2025 r. na polecenie prezydenta Trumpa” – podało w oświadczeniu Centralne Dowództwo Sił Zbrojnych USA
W sobotę 10 stycznia około godz. 22 polskiego czasu Centralne Dowództwo Sił Zbrojnych USA opublikowało oświadczenie na portalu X, informując, że przeprowadziło ataki na obiekty ISIS w Syrii. Była to część operacji Hawkeye Strike, rozpoczętej w grudniu 2025 na polecenie Donalda Trumpa (na zdjęciu: przygotowania do rozpoczęcia operacji). Był to także odwet za „śmiertelny atak ISIS na siły amerykańskie i syryjskie w Palmyrze w Syrii 13 grudnia 2025 r. Ta zasadzka, przeprowadzona przez terrorystę z ISIS, zakończyła się tragiczną śmiercią dwóch amerykańskich żołnierzy i jednego amerykańskiego cywilnego tłumacza” – czytamy.
W operacji wzięły też udział siły powietrzne Jordanii. Jak podaje CNN, wystrzelono ponad 90 precyzyjnych pocisków, trafiając w ponad 35 celów, przy użyciu ponad dwudziestu samolotów.
Dowództwo podkreśla: „Nasze przesłanie pozostaje niezmienne: jeśli skrzywdzisz naszych żołnierzy, znajdziemy cię i zabijemy gdziekolwiek na świecie, bez względu na to, jak bardzo będziesz próbował uniknąć sprawiedliwości”. Dodaje także, że siły zbrojne USA i partnerów „pozostają zdecydowane w ściganiu terrorystów, którzy chcą zaszkodzić Stanom Zjednoczonym”.
Stany Zjednoczone i Jordania przeprowadziły poprzednią serię ataków w ramach operacji Hawkeye Strike w grudniu 2025, po ataku na amerykańskich żołnierzy w Palmyrze. Dwóch zabitych przez ISIS żołnierzy – 25-letni sierżant Edgar Brian Torres Tovar i 29-letni sierżant William Nathaniel Howard — stacjonowało w Syrii w ramach międzynarodowej operacji Inherent Resolve, która ma na celu walkę z Państwem Islamskim. W jej ramach w 2014 r. zajęto duże obszary terytorium Syrii i Iraku.
Jak podaje „Guardian”, Donald Trump od dawna sceptycznie odnosił się do obecności amerykańskich wojsk w Syrii. Już w trakcie swojej pierwszej kadencji wydał rozkaz wycofania wojsk, ale ostatecznie żołnierze zostali na miejscu.
Pentagon ogłosił w kwietniu 2025 r., że w najbliższych miesiącach Stany Zjednoczone zmniejszą o połowę liczbę żołnierzy stacjonujących w Syrii. W czerwcu 2025 r. specjalny wysłannik USA do Syrii, Tom Barrack, poinformował, że Waszyngton zredukuje liczbę swoich baz w tym kraju do jednej.
Amerykański atak z 10 stycznia zbiegł się w czasie ze starciami w Aleppo, stolicy Syrii. Obie walczące strony – syryjska armia i Syryjskie Siły Demokratyczne (koalicja zawiązana w 2015 roku pod przewodnictwem i z przewagą Kurdów) – wzajemnie oskarżają się o wszczęcie walk i eskalację napięć. Od wtorku (6.01) w starciach zginęły co najmniej 22 osoby. Według informacji AFP, w tym czasie swoje domy musiało opuścić blisko 150 tysięcy osób.
Przeczytaj także:
Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz i Paulina Hennig-Kloska znalazły się w drugiej turze wyborów na szefową Polski 2050.
W sobotę odbyły się wybory nowego szefostwa partii Polska 2050. W internetowym głosowaniu wzięło udział ponad 650 działaczy.
„Minister funduszy i polityki regionalnej Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz otrzymała 277 głosów. Na minister klimatu i środowiska Paulinę Hennig-Kloskę głosowało 131 członków partii” – informuje Polska Agencja Prasowa.
O przywództwo w partii starali się też Joanna Mucha (119 głosów), Ryszard Petru (95) i Rafał Kasprzyk (34). Druga tura odbędzie się w poniedziałek 12 stycznia.
W październiku 2025 roku Szymon Hołownia ogłosił, że nie wystartuje w wyborach na przewodniczącego partii Polska 2050. Miesiąc później zrezygnował z funkcji marszałka Sejmu.
Już wcześniej zaczął starania o funkcję Wysokiego Komisarza ONZ do spraw Uchodźców. Otrzymał w tej kwestii poparcie rządu oraz prezydenta. W 2025 roku Hołownia odbył szereg podróży zagranicznych, które miały przybliżyć go do objęcia stanowiska. Ostatecznie jednak funkcję objął Barham Salih, były prezydent Iraku.
Przeczytaj także:
Prezydent USA kolejny raz powtórzył swoje groźby dotyczące przejęcia Grenlandii. W odpowiedzi zareagowali liderzy pięciu grenlandzkich partii, którzy wydali wspólne oświadczenie.
Donald Trump ponownie zasugerował użycie siły w celu zajęcia duńskiego terytorium autonomicznego. „Jeśli tego nie zrobimy, Rosja lub Chiny przejmą Grenlandię. A Rosji ani Chin nie będziemy mieć za sąsiada” – powiedział prezydent USA podczas spotkania w Białym Domu z z dyrektorami firm naftowych i gazowych, które dotyczyło przyszłości sektora naftowego w Wenezueli.
Przeczytaj także:
W odpowiedzi na słowa Trumpa w piątek wieczorem (9 stycznia) liderzy pięciu grenlandzkich partii politycznych w parlamencie wydali wspólne oświadczenie. „Nie chcemy być Amerykanami, nie chcemy być Duńczykami, chcemy być Grenlandczykami” – oświadczyli.
I dodali: „O przyszłości Grenlandii muszą decydować Grenlandczycy”.
W przyszłym tygodniu sekretarz stanu USA Marco Rubio spotka się z ministrem spraw zagranicznych Danii i przedstawicielami Grenlandii. W piątek rozmawiał za to z Markiem Rutte, sekretarzem generalnym NATO. Jak podały służby prasowe NATO dyskutowali oni o "znaczeniu Arktyki dla naszego wspólnego bezpieczeństwa i o tym, jak NATO pracuje nad wzmocnieniem naszych zdolności na Dalekiej Północy”.
Trump już kilkakrotnie zapowiadał przejęcie (lub odkupienie) Grenlandii od Danii. Pierwszy raz w 2019 roku podczas pierwszej prezydentury. Według „Guardiana” sondaże pokazują, że tylko 7 proc. Amerykanów popiera ideę militarnej inwazji USA na to terytorium.
W odpowiedzi na groźny Trumpa duńska premier Mette Frederiksen stwierdziła ostatnio, że atak USA na Grenlandię oznaczałby „Koniec NATO”. W piątek Trump nawiązał do tej wypowiedzi i stwierdził: „Gdyby nie ja, nie byłoby teraz NATO”.
Przypomnijmy, że także podczas szczytu w Paryżu liderzy państw „koalicji chętnych” we wspólnym oświadczeniu ws. zapędów Trumpa dotyczących przejęcia wyspy ogłosili, że „tylko Dania i Grenlandia mogą decydować o sprawach Danii i Grenlandii”. Przywódcy europejscy przypomnieli, że bezpieczeństwo i suwerenność Arktyki są kluczowe dla stabilności NATO.
W opublikowanym oświadczeniu (jego oryginał w języku angielskim można przeczytać m.in. na stronie duńskiej szefowej rządu) politycy ogłosili, że zamierzają – tak jak inne państwa członkowskie NATO – zwiększyć swoją obecność, działania i inwestycje na rzecz zapewnienia Grenlandii bezpieczeństwa oraz „odstraszyć przeciwników”.
Jak pisaliśmy we wtorek (6 stycznia) w OKO.press premier Jens-Frederik Nielsen próbuje studzić emocje. „Sytuacja nie wygląda tak, ze Stany Zjednoczone mogą podbić Grenlandię.(…) nie powinniśmy więc panikować. Powinniśmy wrócić do dobrej współpracy, która nas kiedyś łączyła” – mówił premier.
Przeczytaj także: