Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Po perturbacjach i odmowach, amerykańscy i irańscy dyplomaci mają podjąć rozmowy w piątek 6 lutego w Omanie. Obie strony mają do siebie bardzo ograniczone zaufanie
W piątek 6 lutego w Omanie mają się odbyć rozmowy między przedstawicielami rządów Iranu i USA. A stawka jest wysoka – ryzyko amerykańskiego ataku na Iran ponownie jest wysokie.
Mało brakowało, a do rozmów w ogóle by nie doszło. Początkowo miały odbyć się w Stambule, ale Irańczycy zaproponowali alternatywną lokalizację. Chcieli też, by rozmowy odbywały się tylko między oboma zainteresowanymi krajami, bez obecności krajów arabskich. Te warunki początkowo sprawiły, że Amerykanie odwołali rozmowy. Ale po nacisku ze strony krajów regionu (m.in. Egiptu i Arabii Saudyjskiej) powrócono do planów spotkania. Amerykanie zgodzili się, by spotkać się w Omanie.
Czego dotyczyć będą rozmowy?
4 lutego Al Dżazira opublikowała ramy porozumienia, które zaproponowali wspólnie mediatorzy z Kataru, Turcji i Egiptu. Według nich:
Obie strony są głęboko sceptyczne co do możliwości skutecznych negocjacji. Poziom zaufania między stronami jest niski. Irańczycy nalegają na rozmowy „niebezpośrednie”, by dochować swojej strategii niepodejmowania rozmów z Amerykanami. W praktyce oznacza to, że wiadomości między dwoma pokojami z kolejno irańskimi i amerykańskimi dyplomatami przekazywaliby dyplomaci innego kraju – najpewniej omańscy. To znacznie spowalnia rozmowy i utrudnia zbudowanie zaufania.
Amerykanie publicznie wyrażają frustrację kontaktami z Irańczykami. Wiceprezydent J.D. Vance w wywiadzie 4 lutego powiedział, że trudno prowadzi się rozmowy z krajem, gdy nie można porozmawiać z faktycznymi liderem, czyli Alim Chameneim. Dodajmy, że nie wynika to z zawiłości irańskiego systemu politycznego, a ze stosunku Republiki Islamskiej do USA. Chamenei rozmawiał choćby z Xi Jinpingiem, gdy ten odwiedził Iran w 2016 roku.
Irańsk program atomowy został już skuteczie ograniczony umową Joint Comprehensive Plan of Action (JCPOA) z 2015 roku, której stronami były Stany Zjednoczone. W 2018 roku Donald Trump uznał, że była to zła umowa i z niej wystąpił. Iran w międzyczasie przyspieszył prace nad wzbogacaniem uranu. Amerykanie prowadzili rozmowy z Iranem w pierwszej połowie zeszłego roku, ale postępy w nich były powolne, a przerwała je wojna Izraela z Iranem, do której ostatecznie dołączyli również Amerykanie, przeprowadzając atak na irańskie instalacje nuklearne.
Temat Iranu wrócił na agendę Trumpa po protestach w Iranie z połowy stycznia. W dniach 8-10 stycznia irański rząd, po odłączeniu obywatelom dostępu do sieci, krwawo stłamił protesty. Nie znamy dokładnej liczby ofiar, ale najpewniej są to tysiące zabitych osób. Również w styczniu, by podnieść presję na Iran, Donald Trump zarządził koncentrację amerykańskich wojsk w regionie, w tym w Zatoce Perskiej.
Wiele okoliczności sugeruje, że do ewentualnego porozumienia jest daleko, a rozmowy będą bardzo trudne i prowadzone pod dużą presją. Z drugiej jednak strony można znaleźć sygnały, że obie strony podchodzą do sprawy poważnie i faktycznie chcą uniknąć konfrontacji militarnej.
3 lutego Axios pisał, że Trump wolałby uniknąć wojny, na którą naciskają Izraelczycy. Nie chcą jej kraje regionu, dlatego Turcja, Egipt czy Arabia Saudyjska intensywnie wspierają dyplomację. Pochodząca z Iranu dziennikarka Negar Mortazavi, powołując się na źródła w Teheranie, pisze, że Irańczycy wiedzą, że groźba wojny jest poważna.
Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z obecnym planem, jutro w Omanie będą obecni amerykańscy wysłannicy Steve Witkoff i Jared Kushner oraz irański minister spraw zagranicznych Abbas Arakczi. Nie wiadomo jednak, czy spotkają się w jednym pomieszczeniu
Przeczytaj także:
Jak wskazał ambasador Thomas Rose, powodem zerwania kontaktów z Czarzastym mają być „oburzające i nieuzasadnione obelgi pod adresem prezydenta Donalda Trumpa". Chodzi o wypowiedzi marszałka Czarzastego w związku z odmową podpisania listu w sprawie nagrody Nobla.
„Ze skutkiem natychmiastowym zaprzestajemy utrzymywania kontaktów oraz komunikowania się z Marszałkiem Sejmu Czarzastym, którego oburzające i nieuzasadnione obelgi pod adresem prezydenta Donalda Trumpa poważnie zaszkodziły naszym doskonałym relacjom z premierem Tuskiem i jego rządem. Nie pozwolimy nikomu szkodzić stosunkom polsko-amerykańskim ani okazywać braku szacunku wobec Donalda Trumpa, który tak wiele uczynił dla Polski i Polaków" – napisał ambasador USA w Polsce Thomas Rose na Twitterze (X).
W ubiegłym tygodniu do marszałka Sejmu Włodzimierza Czarzastego przyszło pismo w sprawie poparcia Donalda Trumpa do pokojowej nagrody Nobla.
„Żadna inna osoba nie zrobiła więcej na rzecz promowania pokoju w 2025 roku niż prezydent Trump. Mało kto w historii, jeśli w ogóle, zrobił więcej na rzecz propagowania sprawy pokoju. I nikt nie jest bardziej godny tego zaszczytu" – argumentowano w dokumencie przeczytać w dokumencie, którego inicjatorami są przewodniczący Izby Reprezentantów USA Mike Johnson oraz przewodniczący izraelskiego Knesetu Amir Ochanna. Politycy rozesłali pismo do kilkudziesięciu krajów z myślą, by te przesłały je komitetowi noblowskiemu i w ten sposób zwiększyły szansę prezydenta USA na uzyskanie nagrody.
Na początku tego tygodnia Włodzimierz Czarzasty ogłosił oficjalnie podczas konferencji prasowej, że wniosku nie poprze i nie wyśle dalej pisma. Stwierdził wprost, że Trump na Nobla nie zasługuje i obszernie skrytykował działania prezydenta USA. Marszałek Sejmu powiedział między innymi, że
Wyświetl ten post na Instagramie
Przeczytaj także:
Donald Tusk złożył wizytę w Kijowie na zaproszenie Wołodymyra Zełenskiego. „To ważna wizyta prawdziwego przyjaciela. Polska jest liderem wsparcia Ukrainy, w tym w zakresie pomocy energetycznej" – napisał szef ukraińskiego MSZ w mediach.
Premier Donald Tusk odwiedził w czwartek Kijów na zaproszenie prezydenta Wołodymyra Zełenskiego. O planowanej wizycie szef polskiego rządu informował już kilka dni temu. „W tym dramatycznym czasie Ukraina nie może pozostać sama" – pisał Donald Tusk, nawiązując do rosyjskich ataków na ukraińską infrastrukturę energetyczną, które nasiliły się w czasie trwających mrozów.
Polską delegację w Ukrainie przywitał minister spraw zagranicznych Ukrainy Andrij Sybiha.
„To ważna wizyta prawdziwego przyjaciela. Polska jest liderem wsparcia Ukrainy, w tym w zakresie pomocy energetycznej. Doceniamy taką solidarność oraz nasze partnerstwo strategiczne" – napisał szef ukraińskiego MSZ w mediach społecznościowych.
Premierowi Polski na Ukrainie towarzyszy między innymi minister finansów i gospodarki. Jak podaje PAP, Andrzej Domański przygotowuje światową konferencję odbudowy Ukrainy, która odbędzie się w czerwcu w Gdańsku.
„Mamy taką nadzieję, po rychłym zakończeniu wojny, a przynajmniej po zawieszeniu ognia, że będzie można przystąpić do wielkiego planu odbudowy Ukrainy. A to także oznacza wielkie inwestycje, wielkie pieniądze, wielkie przedsięwzięcia. Polska chce w nich uczestniczyć” – mówił we wtorek, przed wizytą szef rządu.
W Kijowie Donald Tusk spotkał się z prezydentem Wołodymyrem Zełenskim. Rano obaj politycy udali się do Monasteru Michajłowskiego, gdzie wspólnie złożyli kwiaty pod ścianą upamiętniającą obrońców Ukrainy.
Przeczytaj także:
„Każdemu, kto chce mieć zdanie na temat tzw. Rady Pokoju, radziłbym najpierw przeczytać jej nietypowy statut" – ostrzega szef MSZ.
Radosław Sikorski przebywa obecnie w USA. Podczas konferencji prasowej w środę 4 lutego w Waszyngtonie odniósł się do pytań o ewentualne dołączenie przez Polskę do Rady Pokoju Donalda Trumpa.
„Ustawa o umowach międzynarodowych mówi, że żeby w ogóle podpisać umowę międzynarodową, potrzebna jest zgoda Rady Ministrów w formie uchwały. Zaproszenie zostało zaadresowane osobiście na prezydenta Karola Nawrockiego. Więc prezydent musiałby wykazać inicjatywę, że chce przystąpić do tej Rady i rząd wtedy to rozważy i ewentualnie uchwałę na „tak” lub na „nie” podejmie” – mówił szef MSZ.
„Ja się przygotowuję, aby prezydentowi przekazać ocenę wszystkich szans i zagrożeń związanych z tą Radą. Także zagrożeń wizerunkowych
chociażby dla niego, bo, jak wiemy, członkiem Rady już została Białoruś, kraj niekoniecznie wobec nas życzliwy. Zaproszona została Federacja Rosyjska i to wtedy, gdy Putin bombarduje Kijów” – dodawał.
„Każdemu, kto chce mieć zdanie na temat tzw. Rady Pokoju, radziłbym najpierw przeczytać jej nietypowy statut. Waszyngton nie jest zobowiązany do jego ratyfikacji, ale wiele krajów, które przyjmą zaproszenie amerykańskiego prezydenta, ma taki obowiązek. Donald Trump jest w nim określony jako jednoosobowy i dożywotni szef Rady Pokoju z prawem mianowania następcy" – zaznaczył Sikorski.
Dodał też, że wpisowe do Rady Pokoju kosztuje miliard dolarów (choć kwota ta dotyczy stałego członkostwa).
„Nie znam odpowiedzi na pytanie o status tej organizacji po zakończeniu przez niego [Donalda Trumpa] kadencji ani o los pieniędzy, które miałyby zostać do niej wpłacone przez kraje, które przyjmą zaproszenie” – stwierdził.
„Miliard dolarów to jest dzisiaj 3,6 miliarda złotych. I to w sytuacji, gdy mamy i wyzwania w kraju, i walczącą Ukrainę. No więc ja chcę usłyszeć, dlaczego polski podatnik ma odbudowywać Gazę, którą przecież nie my zniszczyliśmy i to jeszcze w formule pośredniej. Bo przecież jeśli chcemy przeznaczyć pieniądze na odbudowę Gazy, to jest budżet rozwojowy, jest budżet humanitarny. Można to zrobić bezpośrednio (...) Ja nie widzę jakiegoś tsunami próśb czy entuzjazmu polskiej opinii publicznej na odbudowywanie Gazy. Ale pan prezydent na pewno ma swoje argumenty, które rząd oczywiście z szacunku dla głowy państwa wysłucha" – mówił minister.
Prezydent Karol Nawrocki otrzymał od Donalda Trumpa zaproszenie do uczestnictwa w Radzie Pokoju – czyli nowej międzynarodowej organizacji, którą próbuje stworzyć administracja USA. Rada Pokoju ma zarządzać w przyszłości powojenną Strefą Gazy (o ile Izrael i Hamas dotrzymają wstępnych porozumień w tej sprawie), w zamyśle Trumpa i jego ludzi ma jednak także stanowić rodzaj alternatywy wobec ONZ i jej Rady Bezpieczeństwa. Choć Nawrocki jest politycznym sojusznikiem Trumpa, było to kłopotliwe nawet dla niego i jego obozu politycznego. Zaproszenie do Rady Pokoju otrzymali bowiem od Trumpa także dyktatorzy Rosji i Białorusi, co sprawiło, że większość krajów NATO i Unii Europejskiej zdecydowała się do inicjatywy Trumpa nie przystępować. W toku konsultacji między rządem a kancelarią prezydenta wypracowano następujące rozwiązanie: Nawrocki podziękował Trumpowi za zaproszenie i przekazał Białemu Domowi, że ewentualne przystąpienie Polski do nowej organizacji międzynarodowej wymaga pełnej procedury konstytucyjnej, czyli zgody Rady Ministrów w formie uchwały i ratyfikacji przez parlament. Podobną strategię przyjęła inna europejska polityczna sojuszniczka Trumpa – premierka Włoch Giorgia Meloni. Nawrocki pojawił się na inauguracji Rady Pokoju w roli widza – by „okazać w ten sposób swoje polityczne poparcie dla inicjatywy Trumpa” – tak tłumaczyła to kancelaria prezydenta.
Było to jednak rozwiązanie tymczasowe. W kolejnych dniach media donosiły, że Karol Nawrocki jednak rozważa dołączenie do Rady Pokoju w zamian za utworzenie w Polsce stałej bazy wojsk amerykańskich. Rada Pokoju ma być także jednym z punktów dyskusji podczas zwołanej przez prezydenta na 11 lutego Rady Bezpieczeństwa Narodowego.
W środę 4 lutego Marcin Przydacz z Kancelarii Prezydenta na antenie Polsat News komentował kwestię dołączenia do Rady Donalda Trumpa następująco:
„My mówimy wprost: my uważamy, że trzeba rozpocząć prace przygotowawcze do wejścia do tej Rady [Pokoju]. Żeby mogło się to odbyć, jako do organizacji międzynarodowej, musi być tutaj po pierwsze uchwała Rady Ministrów, a po drugie finalna zgoda wyrażona w ustawie, czyli wszystkie siły parlamentarne w Sejmie, albo przynajmniej większość musi się na to zgodzić i po to ten temat będzie postawiony na Radze Bezpieczeństwa Narodowego (...) Chcemy przede wszystkim sprawdzić, jaka jest gotowość i temperatura po stronie zarówno rządu, jak i sił parlamentarnych".
Przeczytaj także:
Spółka PKP Polskie Linie Kolejowe odstąpiła od umowy z wykonawcą tunelu średnicowego w Łodzi. To jedna z największych inwestycji kolejowych w kraju.
To dalszy ciąg patu wokół jednej z kluczowych kolejowych inwestycji w Polsce. Tunel pod Łodzią, choć nie będzie częścią Kolei Dużych Prędkości, mógłby znacznie ułatwić poruszanie się pociagów Intercity. Pozwoliłby również na stworzenie sieci stacji użytecznych dla mieszkańców miasta, nazywanej czasem „łódzkim metrem”. Inwestycja od wielu miesięcy nie posuwa się jednak naprzód, przede wszystkim z obawy o zabudowę nad tunelem średnicowym. W listopadzie, po częściowym zawaleniu budynku przy Alei 1 Maja, unieruchomiono tarczę maszyny drążącej TBM. Mieszkańców zajmujących lokale znajdujące się na trasie tunelu przesiedlono, rząd zdecydował też o wypłacie odszkodowań pozwalających im na kupno nowego lokum.
Kilka miesięcy temu inwestor, PKP Polskie Linie Kolejowe, zapowiadał starania o wznowienie prac w 2026 roku. W środę 4 lutego stało się jasne, że na razie nie będzie to możliwe, a odpowiedzialne za drążenie tunelu Przedsiębiorstwo Budowy Dróg i Mostów zejdzie z placu budowy.
„Analiza przebiegu prac i potencjału wykonawcy obnażyła szereg istotnych problemów po stronie wykonawcy, w tym brak wymaganych zasobów, doświadczenia w technologii TBM oraz poważne trudności finansowe przekładające się na przerwanie realizacji robót. Dialog między PLK SA i PBDiM nie doprowadził do przedstawienia przez wykonawcę realnego, wiarygodnego i wykonalnego planu kontynuacji prac” – przekazał Marcin Mochocki, członek Zarządu PKP Polskich Linii Kolejowych.
Przedstawiciele PKP PLK przekonują, że do porażki doprowadziły między innymi liczne awarie sprzętu i zatrzymania tarczy w miejscach, gdzie nie było to bezpieczne. Wykonawcy nie wiedzieli również, jak właściwie zadbać o stabilność gruntu. Nie przygotowali również odpowiedniej dokumentacji projektowej, która pozwalałaby na dalsze prace. Kolejarze mówią także o zaległościach PBDiM w płatnościach dla podwykonawców. Efekt: przez ponad cztery lata udało się wydrążyć niecałe 1,5 km tunelu.
„Tylko w 2025 r. podwykonawcy złożyli 161 wniosków o bezpośrednią płatność na kwotę ok. 196 mln zł, co potwierdza stałe problemy z płynnością. Opóźnienia płatności dotyczyły także kosztów relokacji mieszkańców, co dodatkowo pogarszało sytuację społeczną w rejonie inwestycji” – przekazuje PKP PLK. Spółka wzięła na siebie uregulowanie prawie 250 mln złotych należności.
Tunel średnicowy mógłby być częścią realizacji pomysłu wicepremiera Władysława Kosiniaka-Kamysza, który zapowiedział budowę metra w każdym z najważniejszych miast w Polsce.
„W Polsce po 35 latach wolności mamy jedno metro, tak z trudem budowane w Warszawie. Dlatego PSL składa jasną propozycję tarczy infrastrukturalnej. Budowy w sześciu, a docelowo w 10 miastach w Polsce podziemnej kolei, roboczo nazwijmy metra, które będzie zarówno łączyć, dostarczać usługę transportową, jak i będzie miejscem schronienia w czasie kryzysu” – mówił minister obrony narodowej i wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz. Metro (lub coś podobnego) mogłoby powstać w Krakowie (gdzie już jest planowane), Wrocławiu, Łodzi, Poznaniu, Gdańsku, Szczecinie, Lublinie i Białymstoku.
Przeczytaj także: