Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Argentyński sędzia zażądał ekstradycji ze Stanów Zjednoczonych byłego prezydenta Wenezueli Nicolása Maduro, którego ściga pod zarzutem zbrodni przeciwko ludzkości.
W sobotę 3 stycznia 2026 roku amerykańskie wojska schwytały Maduro. Kilka dni później wenezuelski dyktator został oskarżony przed sądem federalnym w Nowym Jorku za narkotykowy terroryzm i spisek mający na celu import kokainy do USA. Obecnie Maduro i jego żona oczekują na proces w więzieniu w Brooklynie. Grozi im nawet 25 lat pozbawienia wolności. Sam Maduro zaprzecza zarzutom.
Przeczytaj także:
Tymczasem Argentyna zwróciła się do USA z wnioskiem o ekstradycję dyktatora. We wrześniu 2024 roku władze sądownicze tego kraju wydały nakaz aresztowania ówczesnego przywódcy Wenezueli. Maduro jest oskarżony popełnienie zbrodni przeciwko ludzkości poprzez nadzorowanie brutalnych represji wobec protestujących i przeciwników politycznych w czasie sprawowania urzędu prezydenta.
Sprawa, wniesiona w Buenos Aires w 2023 roku przez organizacje praw człowieka reprezentujące ofiary reżimu, opiera się na zasadzie jurysdykcji uniwersalnej – koncepcji prawnej, która umożliwia ściganie w Argentynie każdego obywatela dowolnego kraju, który dopuścił się zbrodni takich jak ludobójstwo lub terroryzm, gdziekolwiek na świecie.
Choć prezydent Argentyny Javier Milei to jeden z czołowych sojuszników Donalda Trumpa w regionie, trudno oczekiwać, by Amerykanie zgodzili się na ekstradycję auokraty, którego prezydent USA uważa za szefa wenezuelskich karteli narkotykowych.
Po schwytaniu Maduro władzę w Wenezueli sprawuje tymczasowa prezydent Delcy Rodriguez. De facto u jej boku krajem rządzą jej brat Jorge Rodriguez, przewodniczący Zgromadzenia Narodowego oraz Diosdado Cabello, szef MSW, który kontroluje wojsko i służby.
Z jednej strony chaviści podejmują decyzje, które jeszcze kilka tygodni temu wydawały się nie do pomyślenia. Nawiązują rozmowy z Amerykanami, zgadzają się na ponowne otwarcie amerykańskiej ambasady w Caracas, prywatyzują rynek naftowy, nie zakazują zgromadzeń krewnych więźniów politycznych, którzy od miesiąca czuwają pod aresztami w całym kraju. A w czwartek 5 lutego władze przedstawiły projekt ustawy o amnestii, pojednaniu i zjednoczeniu narodowym. Projekt zstał przyjęty przez Zgromadzenie Narodowe (kontrolowane przez chavistów) już w pierwszym czytaniu.
Krytycy chavizmu alarmują, by ustawę czytać między wierszami. Ich zdaniem nowe prawo stanowi tylko „fasadę normalności dla Waszyngtonu”. Prawo wyklucza z amnestii osoby ścigane lub skazane za poważne naruszenia praw człowieka, zbrodnie przeciwko ludzkości, zbrodnie wojenne, umyślne zabójstwo, ale także za m.in. korupcję i handel narkotykami. A to daje wymiarowi sprawiedliwości, też oczywiście kontrolowanemu przez chavizm, dużo możliwości interpretacji przepisów na korzyść reżimu.
Prawo o amnestii to kolejna próba wyjśćia naprzeci oczekiwaniom Amerykanów i utrzyma się przy władzy. A prawda jest taka, że chavizm zachowuje kontrolę nad administracją publiczną, dominuje w parlamencie i kontroluje sądy. Ulice wciąż kontrolują colectivos, chavistowskie bojówki uzbrojonych przez władzę cywili.
Przeczytaj także:
Donald Trump opublikował rasistowski film, który przedstawiał byłego prezydenta Baracka Obamę i jego żonę jako małpy. Post już usunął, ale przepraszać nie zamierza.
Nagranie, które Trump opubikował w piątek 6 lutego zawierało pełno teorii spiskowych na temat wyborów z 2020 roku. Pod koniec filmu pojawiał się fragment, w którym były prezydent Obama i jego żona Michelle przebrani są za małpy i tańczą w dżungli do popularnej piosenki z filmu „Król Lew”.
„Modlę się, żeby to był fake, bo to najbardziej rasistowska rzecz, jaką widziałem w Białym Domu” – napisał w reakcji senator Tim Scott, republikanin z Karoliny Południowej na platformie X. Wkrótce do krytyki Trumpa dołączyli też inni senatorowie jego partii, Roger Wicker (z Missisipi) i Pete Ricketts (z Nebraski), który napisał: „Nawet jeśli to był mem z Króla Lwa, rozsądna osoba dostrzega rasistowski kontekst”.
Z oświadczenia Białego Domu wynika, że to „nieznany pracownik” opublikował go na koncie prezydenta w mediach społecznościowych. Zanim jednak je wystostosowano rzeczniczka Karoline Leavitt kluczyła w odpowiedziach na pytania dziennikarzy i ignorowała krytykę.
W piątek wieczorem Trump tłumaczył dziennikarzom, że obejrzał tylko „pierwszą część” nagrania i nie zauważył rasistowskiego wątku Obamów. Prezydent USA dodał, że nie czuje potrzeby przepraszania Obamów, ponieważ „nie popełnił błędu”.
Jak przypomina „New York Times” Trump atakuję Obamę od lat. W 2011 roku rozpowszechniał fałszywą teorię spiskową na temat miejsca urodzenia Obamy i legalności jego prezydentury. W ubiegłym roku udostępnił wygenerowane przez sztuczną inteligencję nagranie wideo przedstawiające aresztowanie Obamy w Gabinecie Owalnym, a następnie jego pobyt w więzieniu.
„W administracji Trumpa rasistowskie obrazy i hasła stały się powszechne na rządowych stronach internetowych i kontach, a Biały Dom, Departament Pracy i Departament Bezpieczeństwa Wewnętrznego promowały posty nawiązujące do przesłań białej supremacji” – piszą dziennikarze „NYT” w komentarzu do afery z rasistowskim filmem.
Prezydent Trump regularnie atakuje niezależne media w swoich mediach społecznościowych, zarzucając im rozprzestrzenianie “fake news”. Sam jednak regularnie publikuje memy stworzone przez sztuczną inteligencję i video typu deepfake. W październiku wybuchł skandal, gdy prezydent wrzucił do sieci wygenerowany przez sztuczną inteligencję film przedstawiający kongresmena Hakeema Jeffriesa, lidera Demokratów ze sztucznym wąsem i sombrero.
Przeczytaj także:
Zdaniem prezydenta Ukrainy Amerykanie wyznaczyli Ukrainie i Rosji czerwiec jako końcowy termin na zawarcie porozumienia kończącego wojnę.
„Amerykanie mówią, że chcą wszystko zakończyć do czerwca. I że zrobią wszystko, by zakończyć wojnę. Chcą jasnego harmonogramu wszystkich działań” – stwierdził Zełeński w rozmowie z dziennikarzami. Dodał też, że na stanowisko Waszyngtonu mogą wpłynąć również czynniki polityki wewnętrznej USA, w tym zbliżające się wybory i działania Kongresu.
Zełenski podkreślił, że nie otrzymał żadnych sygnałów, że Stany Zjednoczone mogłyby wycofać się z procesu negocjacyjnego, jeśli wojna nie zostanie zakończona w proponowanym terminie.
Dodał też, że USA zaproponowały kolejną turę trójstronnych rozmów pokojowych między delegacjami Ukrainy, Rosji i USA. Miałaby się ona odbyć w drugim tygodniu lutego w Miami na Florydzie.
W czwartek 5 lutego w Abu Zabi odbyła się kolejna runda trójstronnych rozmów pokojowych między Ukrainą, Stanami Zjednoczonymi i Rosją. Ukrainę reprezentowali Rustem Umerow, Kyryło Budanow, Dawyd Arachamia, Serhij Kyslycia, Andrij Gnatow, Wadym Skibicki i Oleksandr Bewz. Ze strony amerykańskiej – Steve Witkoff, Jared Kushner i Josh Gruenbaum, a także Daniel Driscoll i generał Alex Grinkewich.
Według obserwatorów rozmów obie strony są wciąż daleko od porozumienia, a do załatwienia pozostają najważniejsze kwestie układu pokojowego. Chodzi o punkty mówiące o przekazaniu Moskwie między innymi kontroli nad całością obwodów donieckiego i ługańskiego – nawet części, których w tej chwili nie zajmują wojska agresora. To wstępny warunek postawiony przez Kreml, bez którego wysłannicy administracji Władimira Putina nie chcą kontynuować rozmów. Rosja chce również przejąć zaporoską elektrownię jądrową. Kijów naciska na zamrożenie konfliktu na obecnej linii frontu.
Tradycyjnie, po ich zakończeniu wszystkie strony wydały komunikat, w którym stwierdziły, że rozmowy były „konstruktywne”.
„Kolejna tura rozmów pokojowych skończyła się, a w Kijowie wyją syreny. Delegacja ukraińska na rozmowy z Rosją i USA umiejętnie buduje narrację, że Rosja to bezrozumna przemoc. I że bez gwarancji dla Ukrainy nie udadzą się Amerykanom interesy w Donbasie. Ukraina zyskała też argument za uderzeniem w Rosję” – pisały w OKO.press Agnieszka Jędrzejczyk i Krystyna Garbicz.
Przeczytaj także:
Rozmowy nastąpiły po trudnych dniach dla Ukrainy, która walczyła z awariami systemu energetycznego i rosyjskimi atakami. Ostrzał nie ustał mimo apelu prezydenta USA Donalda Trumpa o wstrzymanie ognia skierowanego w obiekty infrastruktury energetycznej. Rosja przeprowadzała inne ataki pociągające ofiary w ludziach. W nocy z wtorku na środę doszło do kolejnego ataku na obwody zaporoski i dniepropietrowski, a w sobotę rano zmasowany atak Rosjan uderzył w elektrownie na zachodzie Ukrainy.
Mimo fali mrozów Rosjanie nie ustają w atakach na ukraiński system energetyczny. W sobotę zaatakowali elektrownie w zachodniej Ukrainie, co spowodowało też reakcję Polski.
Prezydent Wołodymyr Zełenski poinformował, że w nocnym ataku Rosjanie wykorzystali ponad 400 dronów i około 40 pocisków różnego typu, atakując sieć energetyczną, obiekty wytwórcze i stacje rozdzielcze. „Zmasowany atak” sił rosyjskich na ukraińską infrastrukturę energetyczną spowodował przerwy w dostawie prądu w całym kraju. Wśród celów ataku znalazły się dwie elektrownie w zachodniej Ukrainie: Bursztyn i Dobrotwór, położony 60 kilometrów od granicy z Polską.
„Z powodu zniszczeń wyrządzonych przez wroga, w większości regionów wprowadzono awaryjne przerwy w dostawach prądu” – poinformował operator sieci Ukrenergo w oświadczeniu na Telegramie.
Minister energetyki Ukrainy Denys Szmyhal poinformował w sobotę, że Kijów zwrócił się do Polski o awaryjny import energii elektrycznej, aby wspomóc ukraińską sieć energetyczną.
Zmasowany atak na Ukrainę spodował reakcję Polski. Nad ranem Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych wydało komunikat o rozpoczęciu operowania lotnictwa wojskowego w polskiej przestrzeni powietrznej. „Naziemne systemy obrony powietrznej oraz rozpoznania radiolokacyjnego osiągnęły stan gotowości” – poinformowało Dowództwo. W porannej operacji Polskę wspierały wojska NATO, samoloty Luftwaffe oraz Holenderskie Siły Zbrojne.
Z kolei Polska Agencja Żeglugi Powietrznej poinformowała, że lotniska w Rzeszowie i Lublinie czasowo wstrzymały operacje lotnicze.
Tymczasem w piątek Siergiej Ławrow, szef rosyjskiej dyplomacji oskarżył Ukrainę o zamach na generała Władimira Aleksiejewa w Moskwie. W sobotę minister spraw zagranicznych Ukrainy Andrij Sybiha w wypowiedzi dla agencji Reutera stwierdził, że „Ukraina nie ma nic wspólnego” z zamachem.
Ukraiński system energetyczny to główny cel Rosjan. Prezydent USA Donald Trump przekonywał w ubiegłym tygodniu, że osobiście prosił Putina, żeby przez tydzień Rosja nie ostrzeliwała ukraińskich miast podczas silnych mrozów i ten miał się zgodzić. Ale rzecznik Putina ujawnił, że „rozejm” ma trwać do 1 lutego. Kolejne rosyjskie ataki (3 lutego Rosjanie ostrzeliwali Charków) na system energetyczny nastąpiły zaledwie kilka dni po ostatniej rundzie negocjacji między Ukrainą a Rosją, prowadzonych pod auspicjami USA, na temat zakończenia wojny.
„Rosja każdego dnia może wybierać prawdziwą dyplomację, ale wybiera nowe ataki” – napisał Zełenski na X. „Kluczowe jest, aby wszyscy, którzy popierają negocjacje trójstronne, odpowiedzieli na to. Moskwa musi zostać pozbawiona możliwości wykorzystywania zimna jako narzędzia nacisku przeciwko Ukrainie”.
Po masowych atakach rosyjskich władze Ukrainy wprowadziły stan wyjątkowy w energetyce. Najtrudniejsza sytuacja jest w stolicy Ukrainy, gdzie obowiązują awaryjne przerwy w dostawie prądu. Energetycy pracują całodobowo, aby uporać się ze skutkami ataków.
„Ukraińcy i Ukrainki już ponad tydzień żyją w trybie awaryjnych przerw w dostawie prądu, bez ogrzewania i dostaw wody. Prąd pojawia się w mieszkaniach na 3-4 godziny na dobę i może to zdarzyć się nocą. Kiedy nie ma prądu, to też nie ma dobrego zasięgu telefonia komórkowa oraz internet” – pisała w OKO.press Krystyna Garbicz.
I dodawała, że Służba Bezpieczeństwa Ukrainy kwalifikuje ataki Rosji na ukraiński sektor energetyczny jako zbrodnie przeciwko ludzkości. SBU zebrała dowody, potwierdzające „konsekwentną politykę Kremla w celu zniszczenia narodu ukraińskiego”.
Przeczytaj także:
Spotkanie w Omanie się odbyło. I niełatwo powiedzieć o nim coś konkretnego. Jeśli za kulisami nie dzieje się znacznie więcej, to widmo wojny między oboma krajami się nie oddala
Zakończyły się pierwsze od czerwca rozmowy między amerykańskimi i irańskimi dyplomatami. Choć nazywając dzisiejsze wydarzenie w Omanie „rozmowami” lub „spotkaniem” dokonujemy pewnego nadużycia. Delegacje prowadzone z amerykańskiej strony przez Steve'a Witkoffa i Jareda Kushnera, a ze strony irańskiej przez szefa irańskiego MSZ Abbasa Arakczkiego, nie spotkały się.
Wszystko przez to, że Iran unika bezpośrednich kontaktów z Amerykanami. Oba kraje nie utrzymują oficjalnych stosunków dyplomatycznych od niemal pół wieku. Rozmowy za pośrednictwem dyplomatów z innych krajów pozwalają podjąć próbę mediacji, zachowując fasadę braku kontaktów. Rolę głównego mediatora wziął na siebie minister spraw zagranicznych Omanu Badr al-Busaidi.
Jednak jak podał zazwyczaj dobrze poinformowany izraelski dziennikarz Barak Ravid – doszło jednak do bezpośredniego spotkania Witkoffa i Kushnera z ministrem spraw zagranicznych Iranu Abbasem Arakczkim.
W dzisiejszych rozmowach za pośrednictwem Omańczyków nikt nie spodziewał się przełomu i do niego nie doszło. Rozmowy trwały około ośmiu godzin, od godziny 10 do godziny 18 czasu lokalnego. Oświadczenia, jakie wydali zaangażowani w rozmowy politycy, są bardzo oszczędne.
Busaidi przekazał, że rozmowy były „bardzo poważne”, a obie strony uściśliły swoje stanowiska i określiły obszary, w których możliwy jest postęp. Minister Arakczi twierdzi, że rozmawiano tylko o programie atomowym, ponieważ Iran nie jest zainteresowany żadnym innym tematem w rozmowie z Amerykanami.
Nie było żadnych wspólnych zdjęć, wspólnych oświadczeń, a Kushner i Witkoff do tego momentu nie skomentowali przebiegu rozmów. Z Omanu Witkoff wybiera się do Kataru na rozmowę z katarskim ministrem spraw zagranicznych.
We wcześniejszych deklaracjach Amerykanie chcieli poruszyć z Irańczykami znacznie szerszy zakres tematów. To m.in. irańskie wsparcie dla swoich regionalnych, niepaństwowych sojuszników, jak Hezbollah w Libanie i Huti w Jemenie czy wykorzystanie przez Iran rakiet balistycznych. Kwestie te miały też być na agendzie według propozycji Kataru, Turcji i Egiptu. Nie można wykluczyć, że je poruszono, ale obie strony zdecydowały się zachować poufność, by Irańczycy mogli podtrzymać swoją dotychczasową opowieść o rozmowach z Amerykanami.
Irańczycy twierdzą jednak, że nie ugięli się w temacie wzbogacania uranu ani przekazania krajom trzecim wysoko wzbogaconego uranu. Oraz, że Amerykanie zgodzili się na dalsze rozmowy. Jeśli jednak za kulisami nie dzieje się coś znacząco odbiegającego od tego, co mediom przekazują Irańczycy, oznaczałoby to, że nie zmieniło się nic. A jeśli tak – to trudno znaleźć pole, gdzie szybko dałoby się dojść do jakiegoś porozumienia.
Donald Trump najpewniej szuka szybkiego rozwiązania. Irańczycy zachowują się tak, jakby grali na czas. Do czasu, gdy ktoś ze strony amerykańskiej wyda jakieś oświadczenie, trudno jest wyciągać głębsze wnioski. Pamiętajmy jednak, że wszystko dzieje się w sytuacji, gdzie Amerykanie zgromadzili w rejonie Zatoki Perskiej siły, które mogą w stosunkowo niedługim czasie ostrzelać wiele celów wewnątrz Iranu.
Oba kraje znalazły się bardzo trudnym położeniu we wzajemnych stosunkach. Z obu stron padło wiele gróźb; irański rząd dokonał w styczniu krwawej pacyfikacji protestów i najpewniej zabił tysiące osób, z żadnej ze stron nie widać faktycznej dobrej woli w dialogu. A jeśli chcą uniknąć wojny, to będzie jej potrzeba sporo.
Przeczytaj także: