Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Parlament jesienią zajmie się ustawą regulującą promocję alkoholu z przepisami dotyczącymi nocnej ciszy alkoholowej w całym kraju.
„Pan prezydent wyraził się bardzo pozytywnie dla potrzeby wzmocnienia polityki antyalkoholowej w naszym kraju. Przedstawił swoje uwagi, które także są uwzględnione w tym projekcie” – powiedziała w RMF FM wiceszefowa komisji zdrowia Wioleta Tomczak, posłanka Polski 2050. Według niej pomysł wprowadzenia zakazu nocnego zakazu sprzedaży alkoholu w sklepach od 22:00 do 6:00 w całej Polsce, wspierają również posłowie Prawa i Sprawiedliwości. Punktem spornym w projekcie Lewicy ma być ogólnopolski zakaz dotyczący stacji paliw.
Kontrowersji wśród parlamentarzystów ma nie budzić za to zapis dotyczący zakazu reklamy i promocji alkoholu – a także napojów „zero procent”. Przepisy wpłyną również na możliwość sprzedaży piwa w promocjach typu „sześć puszek plus sześć gratis” czy promowania alkoholu podczas imprez masowych.
Ten ostatni punkt wzbudza jednak niepokój między innymi wśród przedstawicieli rozwijających się w Polsce gospodarstw zajmujących się produkcją wina. Mali producenci, którzy nie sprzedają swoich win w marketach, obawiają się, że nie będą mogli organizować wydarzeń, gdzie prezentują swoje wyroby, i które stanowią o sporej części ich zysku. Obawiają się również, że niemożliwe będzie promowanie enoturystyki, czyli zachęcanie turystów do odwiedzania małych winnic. Tych znacznie przybyło w ostatnich latach między innymi na Zachodzie Polski, w regionie Jury Krakowsko-Częstochowskiej czy w zachodniej Małopolsce.
Nocną ciszę alkoholową wprowadziło już ponad 200 samorządów w Polsce. Obowiązujący na terenie całego miasta lub częściowy zakaz w godzinach nocnych obowiażuje między innymi w Krakowie, Bydgoszczy, Gdańsku, Katowicach, Poznaniu, Białsko-Białej i Kielcach. Dane z Krakowa mówią o efektach – według danych spadła liczba interwencji policji związanych z nadużyciem alkoholu.
Przeczytaj także:
Minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski zapewnił o braku dowodów na próbę sprzedaży lub upublicznienia danych, które wyciekły z serwisu MyDr. Jak dodał, sprawą cały czas zajmują się służby.
Serwis MyDr, zajmujący się przechowywaniem dokumentacji medycznej, wydał oświadczenie na temat ataku hakerskiego, w wyniku którego w niepowołane ręce dostały się dane 19 mln osób. Informację o skali ataku potwierdził w środę minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski, choć o problemie portale zajmujące się cyberbezpieczeństwem informowały już od kilku dni. Baza danych ma 2 terabajty. Są w niej numery PESEL pacjentów, wypisywane im recepty, szczegóły wizyt lekarskich i historię chorób.
Pacjenci mogą sprawdzić, czy ich dane wyciekły, używając rządowej strony pod tym adresem:
„Skontaktujemy się proaktywnie z klientami, których dotyczy incydent, zapewniając im wsparcie i wskazówki, gdy tylko ustalimy, które placówki i jakie dane zostały nim objęte. Jednocześnie zapewniamy naszych klientów, że udzielimy im wsparcia w zgłoszeniu incydentu odpowiednim organom ochrony danych osobowych oraz w komunikacji z pacjentami, jeśli będzie to wymagane. Obecnie żadne zgłoszenia ze strony placówek nie są wymagane, a jeśli to się zmieni, przekażemy naszym klientom dalsze informacje bezpośrednio” – piszą przedstawiciele serwisu MyDr.
Na temat wycieku wypowiedział się dziś również wicepremier i minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski: „Najważniejsza rzecz jest taka, że dzisiaj nie ma w przestrzeni publicznej tych danych. Nie są wystawione nigdzie na sprzedaż. Nie są elementem żadnej gry. To monitorują służby. Uspokajam wszystkich, którzy troszczą się o swoją wiedzę o danych, o informacje, czy to nie ich recepty wyciekły. Możecie, obywatele, być spokojni” – mówił mediom.
Pacjentów uspokajają również właściciele serwisu MyDr – znajdującego się w tej samej grupie kapitałowej, co witryna ZnanyLekarz.
„Dane objęte incydentem najprawdopodobniej mają charakter historyczny — pochodzą z 2024 r. oraz lat wcześniejszych i mogą nie obejmować wszystkich klientów MyDr ani wszystkich ich pacjentów” — czytamy w oświadczeniu.
„Została okradziona prywatna firma, która zajmuje się produkcją oprogramowania dla jednostek służby zdrowia. I do tego temu przedsiębiorcy ktoś ukradł dużą paczkę danych. Jeśli wierzyć specjalistycznym portalom, bo z uzyskanych przez nie danych wynika, jaka była mechanika ataku, gdzieś po drodze ktoś musiał coś niewłaściwego kliknąć”- mówił z kolei w programie WP Tłit wiceminister cyfryzacji Michał Gramatyka.
Przy okazji wycieku ministerstwo cyfryzacji przypomina o podstawach bezpieczeństwa w internecie, i zachęca do:
Przeczytaj także:
Doszło do ataku hakerskiego na firmę MyDr. Dane, które wyciekły, dotyczą blisko 19 milionów osób, „które w różnych kategoriach korzystały ze wsparcia medycznego.
Doszło do ataku hakerskiego na firmę MyDr, w ramach którego mogły wyciec dane nawet 19 mln osób.
MyDr to platforma należąca do grupy ZnanyLekarz, jeden z głównych polskich dostawców systemu Elektronicznej Dokumentacji Medycznej.
Obsługuje tysiące poradni i gabinetów. W jej bazie są numery PESEL wszystkich pacjentów, którzy zgłosili się do klientów MyDr, dane o ich wizytach i przepisywanych im lekach. Firma, która chwali się na stronie, że obsługuje 3 miliony porad lekarskich i 2,7 mln recept miesięcznie, teraz milczy o wycieku, ograniczając się do ogólnikowych komunikatów o tym, że trwa wyjaśnianie sprawy.
Minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski ocenił, że „z dużą dozą pewności można powiedzieć, że jest to działanie cyberprzestępców, którzy mają określone chęci pozyskiwania środków finansowych”. — To też będzie badane przez służby. Troska, z którą działamy, jest nadzwyczajna. Bezwzględnie liczy się dobro każdego obywatela. Będziemy robili wszystko, żeby jak najszybciej informować obywateli — dodał.
Według Gawkowskiego dane, które wyciekły, są już w bazie Bezpieczne Dane. Każdy obywatel będzie mógł w niej sprawdzić, czy to jego dane wyciekły.
— Wszystkie służby zostały postawione w stan gotowości, aby wsparły obywateli, których dane mogły znaleźć się w przestrzeni informacyjnej. [...] Będzie następowała intensyfikacja działań i poszukiwanie podejrzanych. Nic nie wskazuje dzisiaj, że mamy do czynienia z atakiem zewnętrznym, ze strony rosyjskiej lub innego państwa — podkreślił.
Wicepremier Gawkowski radzi, by osoby, których dane wyciekły, w pierwszej kolejności zastrzegły numer PESEL. – To jest pierwsza, podstawowa, elementarna higiena cyfrowa. Zastrzeżenie numeru PESEL dzisiaj w mObywatelu trwa pięć sekund – powiedział, dodając, że zastrzec PESEL można również w urzędzie gminy.
Gawkowski informował, że „placówki ochrony zdrowia działają obecnie w trybie normalnym”. — Rozpoczęła się procedura informowania wszystkich lekarzy, którzy korzystali z systemu, a mówimy o 12 tys. placówek. Każda osoba, która stoi za tym atakiem, musi liczyć się z tym, że bezwzględność polskich służb będzie ostateczne, [...] nikt nie będzie płacił żadnych okupów — dodał.
Według Gawkowskiego zainfekowana struktura informatyczna MyDr została zdjęta. Aplikacja działa już normalnie, a poradnie, które z niej korzystają, bez przeszkód przyjmują pacjentów. Nie wykluczył jednak, że wykradzione wrażliwe dane mogą służyć do szantażowania, zwłaszcza osób znanych, w tym polityków.
Sam atak jako pierwszy opisał w poniedziałek portal Zaufanatrzeciastrona.pl. Hakerzy sami się zgłosili, ponieważ pracownicy MyDr nie zareagowali na maile i SMS-y o włamaniu i kradzieży danych. Na dowód hakerzy przesłali portalowi zrzut ekranu, na którym widniały dane „jednego z najważniejszych polityków w Polsce": datę urodzenia, PESEL, dwa różne numery telefonów. Załączyli listę 25 recept polityka.
Hakerzy przedstawili „ofertę zakupu wyników audytu bezpieczeństwa”. Twierdzą, że skradli dane medyczne, w tym numery PESEL, dokładnie 18 milionów 814 tysięcy 422 Polaków. To w sumie 2,5 TB danych.
Przeczytaj także:
Podatek od nadzwyczajnych zysków spółek paliwowych wraca na rządową agendę, a nowy projekt ma być gotowy jesienią – ocenił minister energii.
Na jesieni ma pojawić się projekt ustawy, który odpowie na weto prezydenta Karola Nawrockiego w sprawie tak zwanego windfall tax. To podatek nakładany na spółki paliwowe w momencie, gdy osiągają nadzwyczajne zyski. Koncerny notują je, gdy ropa idzie w górę, doliczając premię ryzyka do marż na paliwo, które kupiły hurtowo jeszcze po niższych cenach. Tak było po ataku USA i Izraela na Iran, gdy na stacjach rosły ceny, mimo że koncerny były zaopatrzone w paliwo kupione na długo przed kryzysem. Rząd chciał, by podatek objął zyski z poprzednich miesięcy, przekraczające o przynajmniej 20 proc. prognozy oparte na wynikach z poprzedniego roku. Od wyższego niż ustalona w ten sposób granica zysku firmy sektora paliwowego miały zapłacić 60 proc. daniny.
Prezydent odesłał ustawę do niewydolnego Trybunału Konstytucyjnego, który najpewniej będzie zwlekał z rozpatrzeniem sprawy. Przychylił się w ten sposób do argumentów branży, która wskazywała między innymi na naruszenie zasady niedziałania prawa wstecz. Dlatego rząd przygotowuje nowe rozwiązanie, jak twierdzi minister energii Miłosz Motyka, uwzględniające wątpliwości prezydenta.
„Nie rozumiemy tej decyzji pana prezydenta i zgadzam się z panem prezydentem Trumpem, który stwierdził, że w sytuacji kryzysów energetycznych różnymi działaniami przedsiębiorstwa energetyczne na różnych polach generują nadzwyczajne zyski kosztem obywateli (...) I to jest nie tylko kwestia rynku ropy, ale także rynku gazu. I jako ministerstwo analizujemy sytuację pod kątem tego, jak te zyski dzisiaj się kształtują w ramach tych przedsiębiorstw” – powiedział Motyka w Radiu Zet.
Motyka zasugerował, że nowe zapisy będą różnić się od poprzednich, jednak nie zmieni się najważniejsze – czyli granica, od której zyski będą uważane za nadzwyczajne.
„Czyli powyżej 20 proc. więcej niż w roku poprzedni” – wskazywał Motyka.
Nie wiadomo, czy nowe przepisy znów obejmą zyski, które już pojawiły się na kontach spółek paliwowych, czy będą uchwalone na wypadek wystąpienia ich potężnych wpływów w przyszłości. O możliwości uchwalenia takiego prawa mówili w ostatnich tygodniach przedstawiciele rządu.
Przeczytaj także:
Jednocześnie Motyka zapowiedział, że najbliższe dni zadecydują o wznowieniu programu CPN – Cena Paliwa Niżej. Władze mogą zdecydować się na przywrócenie niższych stawek akcyzy i ponowne obniżenie VAT-u na olej napędowy oraz benzynę z 23 do 8 proc. Pierwsza fala obniżek – od końca marca do końcówki czerwca – kosztowała budżet państwa około 4,7 miliarda złotych. Stratę tę miał częściowo uzupełnić nowy podatek, który oznaczałby wpływy w wysokości około 4 mld złotych. Szef resortu energii stwierdził, że rząd ma większe trudności z dopięciem finansowania kolejnych obniżek przez decyzję prezydenta o zablokowaniu windfall tax. Według niego w pierwszej kolejności w dół może pójść VAT na paliwo, jednocześnie ministerstwo energii powróci do ustalania maksymalnych cen benzyny i diesla.
Przez problemy z przepływem jednostek przez Cieśniny Ormuz, spowodowane konfliktem USA i Izraela z Iranem, ceny ropy utrzymują się wciąż na wysokim poziomie ok. 80 dolarów za baryłkę. Wysokie pozostają również ceny paliwa w hurcie, choć spadły o około 300 zł w porównaniu z końcówką lipca.
W Trzemeśni w Małopolsce mężczyzna jechał hulajnogą z prędkością 56 km/h. W Kamiennej Górze na Dolnym Śląsku nastolatek na hulajnodze zderzył się z autem, nie miał na sobie kasku. Media informują o osobach jeżdżących bez uprawnień albo, co gorsza, po spożyciu alkoholu.
Lokalne media z całej Polski informują o dotkliwych karach dla osób poruszających się na hulajnogach elektrycznych. Choć istnieją ograniczenia prędkości dla takich pojazdów, a do ich używania potrzeba przynajmniej karty rowerowej, osoby wybierające ten sposób transportu często nie stosują się do przepisów. I tak 11 sierpnia portal Miasto Info z Myślenic (woj. małopolskie) podał, że we wsi Trzemeśnia 50-letni mężczyzna jechał hulajnogą z prędkością 56 km/h. To o 36 km/h szybciej, niż pozawalają przepisy ruchu drogowego. Policja ukarała mężczyznę również za poruszanie się po jezdni w miejscu objętym zakazem dla tego typu pojazdów oraz stan techniczny jednośladu niezgodny z obowiązującymi normami. W sumie dostał mandat o wysokości 1500 zł.
Z kolei w Prusicach (woj. dolnośląskie) 10 sierpnia policja zatrzymała 48-latka, który jechał na hulajnodze elektrycznej po spożyciu alkoholu. Miał 0,6 promila w wydychanym powietrzu. Został ukarany mandatem w wysokości 2500 złotych.
Dziś – 12 sierpnia – media z Płocka opisują interwencję policji, która zatrzymała 12-latka jadącego hulajnogą po drodze publicznej. Chłopiec nie miał kasku ani karty rowerowej.
„Na miejsce została wezwana matka chłopca. Za dopuszczenie osoby nieposiadającej wymaganych uprawnień do kierowania pojazdem, kobieta została ukarana mandatem w wysokości 1000 zł” – informuje kom. Monika Jakubowska, oficer prasowy Komendy Miejskiej Policji w Płocku w rozmowie z Dziennikiem Płockim. Karty rowerowej i kasku nie miał również 16-latek, którego w Kamiennej Górze (woj. dolnośląskie) potrącił samochód, skręcający w zjazd. Kierowca, wykonując manewr, musiał przeciąć chodnik. Nie zauważył jadącego dość szybko chłopaka na hulajnodze, który „wbił” się w skręcające auto. Dostał 1,5 tys. zł mandatu i 12 punktów karnych, ale możliwe, że kary nie unikną również rodzice nastolatka. „W tej sprawie policjanci będą jeszcze rozmawiać z nastolatkiem oraz jego rodzicami o odpowiedzialności prawnej” – przekazała młodszy aspirant Katarzyna Trzepak z Komendy Powiatowej Policji w Kamiennej Górze. Chłopak trafił do szpitala z niegroźnymi obrażeniami, a policja przypomina, że poruszając się na hulajnodze na chodniku, należy dostosować prędkość do prędkości pieszych.
Prawo o ruchu drogowym reguluje zasady poruszania się na hulajnogach elektrycznych. Może nimi jeździć dziecko, ale mające więcej niż 10 lat. Osoby w wieku 10-18 lat muszą mieć kartę rowerową lub prawo jazdy kategorii AM, A1, B1 lub T. Dorośli nie potrzebują uprawnień.
Maksymalna dopuszczalna prędkość to 20 km/h.
Kaski nie są obowiązkowe dla dorosłych, choć są zalecane. Do 16 roku życia kierujący hulajnogą musi mieć kask.
Na hulajnodze możemy jeździć po ścieżkach rowerowych. Tylko w wypadku, gdy nie ma ścieżki, można korzystać z drogi, pod warunkiem, że maksymalna prędkość nie przekracza 30 km/h. Jeśli na drodze dopuszczalna jest większa prędkość, trzeba wjechać na chodnik, zwolnić i ustępować pierwszeństwa pieszym.
Limit alkoholu we krwi to 0,2 ‰, podobnie jak w przypadku prowadzenia samochodu.
Przeczytaj także: