Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Władze wyraźnie obawiają się ruchu sprzeciwu i reagują dziś ostrzej niż wobec protestów studenckich sprzed kilku miesięcy. Dziś zarzuty dotyczą manipulacji systemem wyborczym
Władze w Delhi zatrzymały dzisiaj 20 aktywistów, którzy weszli na teren Dźantar Mantar — tradycyjnego obserwatorium astronomicznego sprzed trzech wieków, a w ostatnich dekadach popularnego miejsca protestów. To kolejny epizod w narastającej walce rządu z jego przeciwnikami.
W poniedziałek władze miasta ogłosiły, że protesty w Dźantar Mantar są zakazane i wyznaczyły trzy inne miejsca dozwolonych protestów. Dźantar Matar znajduje się około dwóch kilometrów od indyjskiego parlamentu, a nowe trzy miejsca kolejno sześć, 14 i 23 kilometry dalej.
Wśród zatrzymanych są Ashutosh Ranka, Saurav Das i Ajinkya Shinde — liderzy Ludowej Partii Karaluchów (Cockroach Janta Party — CJP). Nazwa to parodia nazwy rządzącej Indiami od 2014 roku Bharatiya Janata Party (Indyjska Partia Ludowa – BJP). Pomimo satyrycznej nazwy ruch w ostatnich miesiącach przybrał na sile i sprawia rządzącej BJP poważne problemy.
Ruch policji z wyłączeniem dotychczasowego miejsca protestów z użycia to odpowiedź na planowane w weekend i w większości rozbite protesty antyrządowe. Wówczas władze zaaresztowały około dwóch tysięcy osób. Masowo odwoływano pociągi i inne środki transportu zmierzające do Delhi, a aktywistów zatrzymywano też tuż po wyjściu z samolotów.
Działania rządu Narendry Modiego krytykują międzynarodowi obrońcy praw człowieka.
„Rząd Modiego powinien zaprzestać wtrącania do więzienia młodych protestujących i zamiast tego wejść z nimi w dialog w sprawie ich zarzutów dotyczących prawa do głosu i uczciwości wyborów” – przekazała dziś Elaine Pearson z Human Rights Watch.
Do protestów nawołuje też Indyjski Kongres Narodowy. Kongres był partią władzy przez większość historii Indii od niepodległości do 2014 roku.
Skąd wzięły się obecne protesty? Protestujący domagają się dymisji szefa indyjskiej komisji wyborczej Gyanesha Kumara. Wątpliwości opozycji budzi trwająca od 2025 roku rewizja spisów wyborców. Pod koniec września „The Indian Express” opisał nieprawidłowości w procesie. Komisja oficjalnie podała, że z listy skreślono 130 mln nazwisk. Według oficjalnego komunikatu 63 mln z tych osób zmieniło miejsce zamieszkania, a 30 mln nie udało się zlokalizować.
Opozycja jest przekonana, że w procesie dochodzi do poważnych manipulacji listami. Ich zdaniem nieproporcjonalnie często skreślani z list są muzułmanie i inne mniejszości, które najpewniej nie zagłosują na hinduistyczno-nacjonalistyczną BJP. Opozycja twierdzi też, że zmiany na listach wpłynęły na ostatnie wybory lokalne, w których BJP odniosła spory sukces. W kwietniu BJP po raz pierwszy w historii wygrało wybory do lokalnego parlamentu w Bengalu Zachodnim. To czwarty najludniejszy stan Indii, w którym mieszka około 100 mln osób.
Indie są najludniejszym państwem świata a ogólnokrajowy proces wyborczy to ogromne przedsięwzięcie. Indie chętnie biorą na sztandary tytuł największej demokracji na świecie. Rządy premiera Modiego i jego działania wobec opozycji podważają jednak ten wizerunek.
W lipcu ruchowi Karaluchów udało się osiągnąć częściowy sukces w innej sprawie. Po 36 dniach protestu rząd ustąpił w sprawie nieprawidłowości w krajowym systemie egzaminów na studia medyczne.
Przeczytaj także: