Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Lokale na krakowskim Kazimierzu, o które toczy się spór z deweloperem i Zakonem Kanoników Regularnych Laterańskich, mają zostać opuszczone jeszcze w tym tygodniu. Mieszkańcy zapowiadają wielki protest w niedzielę.
„Negocjacje między częścią właścicieli lokali z ul. Józefa 9 i 11 w Krakowie a deweloperem De Silva Haus skończyły się fiaskiem. Mimo że Rada Miasta zablokowała możliwość budowy hotelu w tym miejscu, najemcy muszą się wyprowadzić” – informują organizatorzy protestu zaplanowanego na niedzielę 31 maja. Rozpocznie się o 11:30 na ulicy Bożego Ciała w Krakowie.
„Skoro deweloper i zakon wyrzucają lokale, to jaki los czeka mieszkańców? Wracamy na ulice, aby powiedzieć głośne nie katodeweloperskim zapędom zniszczenia Kazimierza. Weźcie garnki i łyżki, będziemy robić rumor. Nas jest dużo – ich jest mało” – piszą.
To reakcja na informację, która pojawiła się 28 maja w krakowskiej „Wyborczej” – lokale z krakowskiego Kazimierza, które od lat działały w kamienicach przy ul. Józefa i Bożego Ciała, mają zostać opuszczone. Kamienice należą do Zakonu Kanoników Regularnych Laterańskich, a wydzierżawił ją deweloper De Silva Haus. Na początku 2026 roku mieszkańcy dowiedzieli się, że planowany jest tutaj luksusowy hotel. Po protestach i interwencjach poselskich Darii Gosek-Popiołek oraz działaniu Rady Miasta Krakowa, wydawało się, że ten plan się nie spełni. Najemcy lokali – przynajmniej na razie – mogli odetchnąć z ulgą. To kultowe na mapie Krakowa vintage shopy, małe galerie artystyczne i słynne bary – Bill Hickman oraz Eszeweria. Jedne z ostatnich miejsc w centrum Krakowa, które są też dla mieszkańców – a nie tylko dla turystów.
Kiedy afera ucichła, między właścicielami biznesów a deweloperem zaczęły się negocjacje – pisze Milena Kuchnia w „Wyborczej”.
„Z początkiem kwietnia przedstawiono nam projekt umowy przedłużenia najmu. Był skrajnie niekorzystny. Umowa miała być ważna tylko do końca września tego roku, bez możliwości dalszego przedłużenia, jeśli De Silva nie dostanie zgody na budowę. Mniejszym lokalom podniesiono czynsze o 60 proc., większym o 100 proc. W umowie był też punkt o dobrowolnym poddaniu się egzekucji komorniczej w razie niedopełnienia nawet jednego z licznych, skomplikowanych zapisów. Choć przedstawicielka inwestora na początku zaznaczała, że to tylko projekt umowy, w późniejszych rozmowach dała już do zrozumienia, że umowa nie podlega negocjacji” – napisali w liście do „Wyborczej” najemcy.
W związku z tym, że nie podpisali umowy, muszą opuścić lokale do końca maja.
Deweloper w odpowiedzi na pytania w tej sprawie argumentuje, że „sprawa prywatnych nieruchomości nie jest przedmiotem publicznej debaty”. Zakonnicy od początku całej afery milczą.
Pod koniec lutego zaczęto organizować protesty co niedzielę w sprawie eksmisji mieszkańców i wypowiedzenia umów najemcom lokali z trzech starych kamienic w sercu popularnej dzielnicy. Deweloper planował postawić w tym miejscu centrum hotelowo-konferencyjne. Był to jednak dość odległy plan – deweloper nie złożył nawet wniosku o pozwolenie na budowę, choć już starał się opróżnić lokale.
Miejski radny Tomasz Leśniak wskazywał w rozmowie z OKO.press, że w kamienicach przy Józefa 9, 11 i Bożego Ciała 24 mieszka w tym momencie około 20 rodzin. Zdaniem radnego nie grozi im eksmisja.
„Wszyscy lokatorzy mają bezpieczne umowy najmu na czas nieoznaczony. Nie ma spełnionych przesłanek, żeby właściciel wypowiedział im teraz umowy” – mówił nam. W mniej stabilnej sytuacji byli najemcy lokali usługowych – dostali wypowiedzenia umów przed Bożym Narodzeniem 2025 r. Początkowo mieli się wyprowadzić przed Wielkanocą. Po wybuchu afery okazało się jednak, że lokale zostają, a termin wyprowadzki przesunięto bez konkretów. „Deweloper działa chaotycznie” – mówili nam.
Po protestach były już prezydent miasta Aleksander Miszalski (odwołany w referendum 24 maja) zaproponował punktową zmianę planu miejscowego, która zakazałaby działalności hotelowej w tym miejscu – a więc przekreśliłaby plan dewelopera i zakonników. Ten pomysł poparła Rada Miasta Krakowa. Kolejnym krokiem miało być przygotowanie takiego punktowego planu.
Sprawa jest w toku, deweloper zawiesił wniosek o pozwolenie na budowę, a najemcy się zastanawiają: dlaczego tak usilnie chce się nas pozbyć? W liście do „Wyborczej” napisali: „Czy nie lepiej byłoby, gdybyśmy działali w swoich lokalach tak długo, jak to tylko możliwe, dbali o nie i nadal płacili czynsze, dokładając się do utrzymania nieruchomości?”
Przeczytaj także:
„Trudno oszacować, jak długo potrwa akcja” – mówił wojewoda mazowiecki Mariusz Frankowski. Pożar lasu w powiecie wołomińskim jest wciąż dogaszany. Wiatr może utrudnić akcję gaśniczą.
Wojewoda mazowiecki przekazał, że 1300 strażaków i 335 pojazdów państwowej i ochotniczej straży pożarnej zaangażowanych jest w gaszenie pożaru lasu w powiecie wołomińskim. W akcji uczestniczą również Lasy Państwowe, 133 policjantów i 120 żołnierzy WOT. Mariusz Frankowski dodał, że w akcję zaangażowane są obecnie trzy śmigłowce. „Będą dochodzić sukcesywnie w ciągu dnia kolejne śmigłowce, przede wszystkim Black Hawki, być może Dromadery” – mówił. Tylko w sobotę wykonano 145 zrzutów wody na tereny objęte pożarem. To około 195 tys. litrów wody.
Obszar pożaru jest „zabezpieczony i zamknięty”, ale „sytuacja jest cały czas, pod kątem pogodowym, dynamiczna”. Spłonęło 300 hektarów lasów.
„Mamy zapowiedzi burzy z wiatrem. Z jednej strony deszcz, który może pomóc, z drugiej strony podmuchy wiatru, które mogą w niektórych miejscach te zarzewia pożaru wzniecić na nowo” – powiedział wojewoda.
Na sobotniej konferencji prasowej przedstawiciele Państwowej Straży Pożarnej wyjaśniali, że na miejscu tworzone są tzw. przecinki pożarowe, czyli wycięte pasy lasu pozbawione roślinności, które mają zatrzymać ogień. „Na terenie objętym pożarem lasu pojawiają się drobne zarzewia ognia. Strażacy je dogaszają, polewają pogorzelisko wodą i monitorują miejsca o podwyższonej temperaturze” – poinformował rzecznik Komendy Głównej Państwowej Straży Pożarnej kapitan Wojciech Gralec.
Jedną z branych pod uwagę przyczyn pożaru jest celowe podpalenie.
Pożar w miejscowości Międzyleś w powiecie wołomińskim wybuchł w czwartek 28 maja o godz. 13:37. Ewakuowano około 100 osób z zagrożonego terenu.
Według ministry klimatu i środowiska Pauliny Hennig-Kloski służby leśne „nie mają wątpliwości”, że pożar wybuchł w lesie prywatnym. Objął później tereny Nadleśnictw Mińsk i Nadleśnictwa Łochów. „Po dokończeniu akcji leśnicy będą przeprowadzać szczegółową inwentaryzację, na podstawie której podejmiemy decyzję, co dalej z tym obszarem zrobić” – mówiła.
Od początku roku odnotowano niemal 4 tys. pożarów lasów. To, jak podaje resort klimatu, o 1,5 tys. więcej niż w tym samym czasie w 2025 r.
„W lasach pozostaje bardzo sucho, wilgotność ściółki leśnej jest poniżej 10 proc., co sprawia, że każdy pożar rozprzestrzenia się bardzo szybko” – mówiła Hennig-Kloska. „Tego typu wilgotność w lasach jest charakterystyczna dla lipca, sierpnia, kiedy mamy upalne, bezdeszczowe, mocno nasłonecznione lato”.
Według mapy Instytutu Badawczego Leśnictwa w sobotę 30 maja największe zagrożenie pożarowe jest na wschodzie kraju. Na północnym zachodzie takiego zagrożenia nie ma, w pozostałych rejonach jest małe lub średnie.
Przeczytaj także:
Właściciel kwiaciarni i niedoszły poseł będzie kandydatem Konfederacji Korony Polskiej na prezydenta Krakowa. Grzegorz Braun – mimo wcześniejszych sugestii – nie wystartuje.
Grzegorz Braun ogłosił, że Michał Klimek będzie kandydatem Konfederacji Korony Polskiej na prezydenta Krakowa. To lokalny przedsiębiorca, który od lat prowadzi kwiaciarnię. Próbował w 2023 roku dostać się do Sejmu, jednak uzyskał tylko 445 głosów.
Braun mówił, że „Konfederacja Korny Polskiej nie zrzuca spadochroniarza”.
„Kraków musi wrócić do siebie, do swojej najlepszej formy dziejowej i politycznej” – mówił lider partii. Michała Klimka przedstawiał razem ze Stanisławem Żółtkiem, szefem partii Polexit, byłym europosłem.
Sam Klimek ogłosił, czym zamierza się zająć po objęciu stanowiska: obniżeniem podatków „do maksimum”, grupowymi zwolnieniami w urzędzie miasta i dobrych warunkach dla małych i średnich przedsiębiorców. Polityki klimatyczne są jego zdaniem „szaleństwem”.
„Stop tresurze. Niech żyje wolność, wolność gospodarcza” – mówił.
Swojego kandydata na Rynku Głównym ogłosili również Sławomir Mentzen i Krzysztof Bosak. Tutaj zaskoczeń nie było – kandydatem Konfederacji, tak jak zapowiadano już w dniu referendum w Krakowie, jest Bartosz Bocheńczak, sekretarz krajowy partii Nowa Nadzieja i prezes jej krakowskiego oddziału.
„Nie znam lepszego kandydata na prezydenta Krakowa. Przedsiębiorca, menadżer. To, jak on mi poprowadził tę kampanię i jak tanio to zrobił, to było mistrzostwo świata. Dowozi wszystkie tematy” – mówił Mentzen, cytowany przez krakowską „Wyborczą”.
Po referendum w Krakowie, w którym 24 maja odwołano prezydenta Aleksandra Miszalskiego, ruszyła karuzela z nazwiskami potencjalnych kandydatów na jego stanowisko. Grzegorz Braun był jednym z nich – już podczas kampanii referendalnej sugerował, że rozważa taki scenariusz.
Poza nim wśród kandydatów wymieniało się Bartosza Bocheńczaka z Konfederacji (potwierdzono jego udział w wieczór referendalny), Aleksandrę Owcę z Razem (ogłosiła to we wtorek, dwa dni po referendum), Darię Gosek-Popiołek (ma być kandydatką Nowej Lewicy) i Łukasza Gibałę, który o włos przegrał z Miszalskim w 2024 roku. PiS i KO wciąż nie wybrali swoich kandydatów.
Wybory prezydenta Krakowa odbędą się w drugiej połowie sierpnia.
Przeczytaj także:
Robert Bąkiewicz usłyszał wyrok za szarpanie aktywistki Angeliki Domańskiej podczas protestów Strajku Kobiet w październiku 2020 r.
W Sądzie Rejonowym dla Warszawy-Śródmieścia 29 maja zapadł wyrok w procesie Roberta Bąkiewicza, który wytoczyła mu aktywistka Angelika Domańska. Bąkiewicz został uznany za winnego spowodowania lekkiego uszczerbku na zdrowiu poszkodowanej.
Chodzi o sprawę z 25 października 2020, kiedy po wyroku TK dotyczącym aborcji Ogólnopolski Strajk Kobiet organizował manifestacje w kościołach w całej Polsce. Manifestację w Kościele św. Krzyża w Warszawie chciała zakłócić Straż Narodowa. Na schodach przed świątynią Robert Bąkiewicz popchnął Angelikę Domańską. Aktywistka upadła, uderzyła się i straciła przytomność.
Jej radczyni prawna domagała się uznania Roberta Bąkiewicza za winnego i wymierzenia mu kary dwóch lat pozbawienia wolności bez możliwości warunkowego zawieszenia oraz 20 tys. zł zadośćuczynienia. Obrońcy Bąkiewicza chcieli, by sąd go uniewinnił.
Finalnie sąd skazał oskarżonego na 10 miesięcy prac społecznych w wymiarze 30 godzin miesięcznie i 5 tysięcy złotych zadośćuczynienia. Wyrok jest nieprawomocny, a Bąkiewicz zapowiada apelację.
„Przy zbieraniu pieniędzy na tacę, jakiś mężczyzna zaczął krzyczeć, że dajecie pieniądze na morderców. Wtedy postanowiłyśmy wyjąć plakaty, stanęłyśmy na środku kościoła. Podeszło do nas kilku karków i powiedzieli, że mamy się stąd wynosić. Nie chciałyśmy, więc nas wynieśli. Mam obtarcia, oczywiście policja nic nie widziała” – tak w OKO.press relacjonowała protest w Kościele św. Krzyża jedna z uczestniczek. Podobne manifestacje odbywały się w całej Polsce po wyroku Trybunału Julii Przyłębskiej, który uznał przepis zezwalający na aborcję w przypadku dużego prawdopodobieństwa ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu za niezgodny z Konstytucją.
„Ja postawiłam plakat z hasłem »moje ciało, moja sprawa« pod ołtarzem. Podszedł mężczyzna, który go zabrał i rozerwał, kilku mężczyzn zaczęło mnie szarpać, wyprowadzać. Położyli mi rękę na usta i mówili »zamknij się, szmato« i wyprowadzili mnie z kościoła. Nie chcieli mnie wypuścić” – opowiadała inna uczestniczka.
Policja biernie przyglądała się, jak przedstawiciele nacjonalistycznej organizacji Straż Marszu Niepodległości brutalnie czyszczą kościół z protestujących – pisali wtedy nasi reporterzy.
Angelika Domańska została zrzucona ze schodów przez Bąkiewicza i jego pomocnika, karetka przyjechała na miejsce dopiero po kilkudziesięciu minutach. Prokuratura potem umorzyła sprawę wobec Bąkiewicza. „Brak jest podstaw do przyjęcia, iż objęcie ściganiem opisanego czynu byłoby w interesie społecznym” – argumentowała. Dlatego Domańska wytoczyła narodowcowi cywilny pozew.
Przeczytaj także:
„Intensywne prace policji trwają. Planowane są kolejne zatrzymania i czynności śledcze. Zero tolerancji dla przestępców” – napisał szef MSWiA na portalu X.
Minister spraw wewnętrznych i administracji Marcin Kierwiński napisał na X: „Kolejne zatrzymania ws. fałszywych alarmów – łącznie zatrzymano 5 osób, 3 z nich mają już zasądzony areszt. Intensywne prace policji trwają. Planowane są kolejne zatrzymania i czynności śledcze. Zero tolerancji dla przestępców”.
O trzech pierwszy zatrzymanych osobach dowiedzieliśmy się na początku tygodnia. O zatrzymaniu czwartej osoby informował Donald Tusk 28 maja.
Piątą zatrzymaną osobą jest 29-letni mieszkaniec powiatu otwockiego. Podinspektor Ewelina Gromek-Oćwieja z Komendy Stołecznej Policji przekazała TVN24, że mężczyzna jest podejrzany o wykonanie w dniu 18 maja „dwóch połączeń telefonicznych na numer alarmowy 112, informując o groźbie zdetonowania ładunku wybuchowego na terenie jednej ze stacji telewizyjnych”.
Policjanci zabezpieczyli dwa telefony komórkowe oraz komputer należące do 29-latka. Prokuratur Prokuratury Okręgowej w Warszawie wystąpił o zastosowanie wobec mężczyzny środka zapobiegawczego w postaci aresztowania na trzy miesiące. Sąd się do tego wniosku przychylił.
Między 10 a 15 maja doszło do dwunastu interwencji funkcjonariuszy policji, w związku z fałszywymi – jak się później okazało – alarmami. Zgłaszający informowali o podłożeniu ładunków wybuchowych albo o różnych sytuacjach, związanych z zagrożeniem życia lub zdrowia osób przebywających pod podawanym przez oszustów adresem.
Policja weszła między innymi do mieszkania redaktora naczelnego TV Republika Tomasza Sakiewicza, interweniowała także przy posesji Jarosława Kaczyńskiego w Warszawie. 23 maja wieczorem doszło do interwencji w domu matki prezydenta Karola Nawrockiego. „Jej mieszkanie nie było objęte ochroną SOP, dlatego straż pożarna, która otrzymała informację o pożarze pod wskazanym adresem, nie wiedziała, że chodzi o mieszkanie rodziny prezydenta Polski. Ratownicy, którzy przybyli na miejsce, stwierdzili, że nie widać zagrożenia pożarowego. Wtedy dostali drugie zgłoszenie – o zagrożeniu życia osoby, znajdującej się w mieszkaniu. Strażacy weszli więc do lokalu siłowo. Jednak mieszkanie okazało się puste” – pisała w OKO.press Anna Mierzyńska.
Przeczytaj także: