PiS przywróci wiek emerytalny do poprzedniego poziomu - 65 lat dla mężczyzn i 60 dla kobiet. Większość Polaków popiera to rozwiązanie, ale chyba nikt w rządzie nie zastanawia się, jakie mogą być koszty

Podczas gdy cały świat podwyższa wiek emerytalny, Polska go obniża. PiS przegłosował powrót do rozwiązania sprzed maja 2012 r. (60 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn). To wówczas koalicja PO-PSL zdecydowała się na zrównanie i podwyższenie wieku emerytalnego dla obojga płci do 67 lat. Reforma miała być wprowadzana stopniowo, tak by pierwsi mężczyźni osiągnęli wyższy wiek emerytalny dopiero w 2030 roku, a kobiety w 2040.

W obecnej sytuacji demograficznej i finansowej kraju przywrócenie poprzedniego wieku emerytalnego oznacza w perspektywie kilku dekad następującą alternatywę: olbrzymie rzesze emerytów żyjących w ubóstwie albo nakręcająca się w zastraszającym tempie spirala długu publicznego.

Kraj emerytów

Zrównanie i podniesienie wieku emerytalnego przez PO miało być ruchem przeciwdziałającym skutkom niekorzystnych trendów demograficznych. Przyrost naturalny w Polsce od wielu lat jest bliski zeru, a średnia długość życia wzrasta. Oznacza to, że z każdym rokiem w kraju żyje coraz więcej emerytów, a coraz mniej osób w wieku produkcyjnym. Proces potęguje zwiększona w ostatniej dekadzie emigracja młodych.

Wyliczenia ZUS-u są zatrważające. W 2013 r. na jednego emeryta przypadało prawie trzy i pół pracującego. W 2040 r. będzie to już tylko jeden na dwóch, a w 2060 r. stosunek będzie wynosić 1 do 1,25 i dalej będzie maleć. Wówczas ZUS będzie w stanie objąć świadczeniami emerytalnymi od jednej czwartej, w porywach do połowy emerytów.



Kosmiczne koszty

Pieniądze na emerytury pochodzą z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (FUS). Do FUS-u trafiają składki ubezpieczeniowe obywateli, z których ZUS wypłaca następnie emerytury, renty i podobne świadczenia. Od dawna Fundusz jest deficytowy – jednak nie z powodu marnotrawstwa czy nieprawidłowego zarządzania, ale właśnie z powodu sytuacji demograficznej. Winne są też m.in. upowszechnianie się nieoskładkowanych form zatrudnienia i wyrwa, którą w finansach FUS wytworzyło wprowadzenie systemu Otwartych Funduszy Emerytalnych.

By wypełnić dziury do FUS-u musi dokładać budżet państwa. Dokłada sporo. W 2015 r. państwowa dotacja wyniosła 42 mld zł, przy kosztach całkowitych na poziomie powyżej 65 mld. Ta kwota będzie rosnąć.

W obecnej sytuacji, gdyby rząd nie dopłacał nic do emerytur, ZUS musiał by z miejsca ściąć świadczenia o 15 proc. Jak pisaliśmy, zrównanie wieku emerytalnego miało oznaczać wyższe świadczenia – wg. ówczesnego rządu dwa lata dłużej w pracy miały gwarantować mężczyznom średnio 20 proc. wyższą. Ale prawdziwa rewolucja miała czekać kobiety: siedem lat dłuższa praca miała oznaczać świadczenie wyższe o 70 proc.

Obecnie mężczyzna przechodzący na emeryturę może liczyć na 75 proc. ostatniego otrzymywanego wynagrodzenia, a wchodzący na rynek pracy, jeżeli przejdzie na emeryturę w wieku 65 lat – na niespełna 40 proc.



W przypadku kobiet powrót do niskiego wieku emerytalnego oznacza starość w nędzy. Polka przechodząca dziś na emeryturę może liczyć na 60 proc. ostatniego wynagrodzenia, a wchodząca dziś na rynek pracy w 2057 roku dostanie ok. 30 proc. ostatniej pensji.

ZUS wyliczył, że w najmniej optymistycznym scenariuszu koszt systemu emerytalnego do 2030 r. będzie pochłaniać 108 mld zł rocznie (to niemal jedna trzecia obecnego budżetu Polski). W 2060 może wynieść aż 160 mld zł. Składki indywidualne, które już teraz nie pokrywają większości zapotrzebowania FUS będą musiały wzrosnąć.

Oznacza to, że niższy wiek emerytalny spowoduje nie tylko obniżenie wypłacanych świadczeń, ale też podwyżkę składek. Koszty nowej reformy emerytalnej poniosą więc wszystkie pokolenia.

Część dopłat będzie można oczywiście finansować z cięć w innych sektorach. Tu jednak możliwości są ograniczone i państwu nie pozostanie w końcu nic innego, jak co roku masowo zwiększać zadłużenie na pokrycie deficytu systemu emerytalnego.

Oczywiście do bankructwa jeszcze daleko, a dotkliwość rosnącego zadłużenia będzie zależna od tego jak rozwijać się będzie Polska gospodarka. Tak, czy inaczej, już wkrótce system emerytalny stanie się największym i stale rosnącym wydatkiem w budżecie państwa.

Socjolog, absolwent Uniwersytetu Cambridge, analityk Fundacji Kaleckiego. Publikował m.in. w „Res Publice Nowej”, „Polska The Times”, „Dzienniku Gazecie Prawnej” i „Dzienniku Opinii”.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym