Nauczyciele liceów stoją przed dramatycznym wyborem: wziąć udział w radach pedagogicznych, dopuszczając uczniów klas trzecich do matur, czy trzymać się strajkowego credo. "Chciałbym zaapelować o uszanowanie autonomicznych decyzji nauczycieli. Dziś mamy rozdarte serce, ale strajk kiedyś się skończy" - mówi OKO.press były dyrektor, dziś strajkujący nauczyciel

Słyszymy, że bierzemy uczniów za zakładników, tymczasem to my, nauczyciele, jesteśmy zakładnikami nieprzemyślanych reform rządu – mówi OKO.press Wiesław Włodarski – od 1997 do 2017 roku dyrektor Liceum Ogólnokształcącego im. Ruy Barbarosy w Warszawie, dziś nauczyciel matematyki w innym warszawskim liceum. Od 8 kwietnia 2019 – tak jak ponad 90 proc. kadry pedagogicznej w jego nowej szkole – strajkuje. 

Anton Ambroziak, OKO.press: Minister Anna Zalewska zapewnia, że egzaminy maturalne nie są zagrożone, bo z jej informacji wynika, że strajkuje tylko połowa szkół ponadpodstawowych, a w pozostałych nauczyciele wystawili oceny jeszcze przed strajkiem i przystąpią do rad klasyfikacyjnych. Prezes ZNP Sławomir Broniarz studzi entuzjazm minister i ostrzega, że uczniowie mogą nie dostać świadectwa ukończenia szkoły, a to oznacza, że nie przystąpią do egzaminów. Kto ma rację? 

Wiesław Włodarski: Do kompetencji stanowiących rady pedagogicznej należy podejmowanie uchwał w sprawie klasyfikacji i promowania uczniów. Innymi słowy, to ona decyduje o ukończeniu szkoły kierując się ocenami wystawionymi przez nauczycielki i nauczycieli. Do podjęcia uchwały potrzebna jest obecność 50 proc. kadry zatrudnionej w szkole. Decyzja o wzięciu udziału w radzie klasyfikacyjnej i wystawieniu stopni w trakcie strajku leży w gestii Komitetu Strajkowego.

Jeśli nauczyciele nie zawieszą na kilka godzin akcji protestacyjnej, to uczniowie nie dostaną świadectwa ukończenia szkoły i tym samym nie będą mogli przystąpić do egzaminów maturalnych.

W takiej sytuacji dyrektor, który zgodnie z prawem oświatowym jest odpowiedzialny za ustalenie rocznych ocen klasyfikacyjnych uczniów i zwołanie rady, ma dwa wyjścia. Może pogodzić się z decyzją kadry lub przesunąć termin rady na odleglejszy i próbować przekonać nauczycieli, by podjęli uchwałę.

Jeżeli uchwała zostanie podjęta to dyrektor jest zobowiązany do przeprowadzenia egzaminu dojrzałości, który składa się z dwóch części: pisemnej i ustnej. Do przeprowadzenia egzaminów pisemnych – podobnie jak w przypadku egzaminów gimnazjalnych i ósmoklasisty – potrzebny jest zespół nadzorujący, czyli potocznie komisja egzaminacyjna. Gdyby strajk się przedłużał MEN pewnie i w tym przypadku posłuży się rozporządzeniem, które zmienia definicję członka zespołu nadzorującego. Według MEN może nim być każda osoba z przygotowaniem pedagogicznym – niekoniecznie nauczyciel.

Jednak podczas egzaminów ustnych z języka polskiego i języków obcych na sali musi być egzaminator przeszkolony przez Okręgową Komisję Egzaminacyjną. Takie szkolenie trwa kilka dni i kończy się wydaniem certyfikatu. Jeśli akcja strajkowa przeciągnie się na maj, to możemy założyć, że nie tylko klasyfikacja, ale także przeprowadzenie egzaminów ustnych będzie szalenie trudne. 

Trzeba być ślepym, żeby nie widzieć, że matury są zagrożone.

Był pan dyrektorem przez 21 lat. W tym czasie nauczyciele strajkowali kilkakrotnie. Co ma zrobić dyrektor w tak zaognionej sytuacji. Dyrektor odpowiada za egzaminy i los uczniów, ale także za kadrę.  

Formalnie dyrektor jest stroną sporu zbiorowego, dlatego nie może uchylać się od pełnienia obowiązków. Jest odpowiedzialny za organizację roku szkolnego, w tym klasyfikację uczniów i przeprowadzenie egzaminów dojrzałości. Ale dyrektor sam jest nauczycielem i odpowiada za budowanie zgranego zespołu.

Pamiętam, że strajki zawsze wywoływały konflikty. Moim zadaniem jako dyrektora było scalić grono pedagogiczne. Siłą tego strajku jest jego powszechność i jedność. Nauczycieli niezależnie od barw związkowych łączy wspólny cel. Ale współczuję zarówno dyrektorom jak i nauczycielom, bo jeszcze nigdy nie musieli dokonywać tak dramatycznych wyborów.

Chciałbym zaapelować o uszanowanie autonomicznych decyzji nauczycieli – niezależnie czy wybiorą udział w radach klasyfikacyjnych mimo strajku, czy odstąpią od wystawiania ocen. Proszę nam wierzyć, że każda decyzja wynika z wielu przemyśleń i dyskusji.

Dziś mamy rozdarte serce, ale strajk kiedyś się skończy, a my musimy dalej ze sobą pracować. Niech animozje nie staną nam na drodze w walce o lepszą edukację.

Czy nie rodzi się obawa, że dyrektorzy, na których ciąży obowiązek przeprowadzenia egzaminów, będą naciskać na nauczycieli? 

Oczywiście dyrektorzy szkół, sami pod presją, mogą nieformalnie naciskać na nauczycieli. W rękach mają np. groźbę obcięcia dodatku motywacyjnego. Ale gdy dyrektor posługuje się szykanami to znaczy, że nie jest dobrym dyrektorem. Jeszcze raz podkreślam, że decyzja należy do Komitetu Strajkowego i całego gremium nauczycieli.

Obowiązkiem dyrektora jest zaakceptować ich wybór i działać tak, by uczniowie jak najmniej ucierpieli na strajku.

Piłka jest po stronie rządu. To oni są adresatem naszego protestu.

Oczywiście nie raz widzieliśmy akty prawne uchwalane w jedną noc i podpisywane przez prezydenta kolejnego dnia do południa. Pewnie i w tym wypadku może się zdarzyć, że MEN pospiesznie zmieni zasady klasyfikacji uczniów, choć to wymagałoby nowelizacji ustawy prawo oświatowe i zmiany w kilku rozporządzeniach. Nie, nie wyobrażam sobie takiej sytuacji… Z drugiej strony, minister edukacji Roman Giertych jednym rozporządzeniem dał kiedyś świadectwa dojrzałości uczniom, którzy nie zdali matury. Żyjemy w kraju, w którym wszystko jest możliwe.

Pierwszy raz jest pan w roli nauczyciela. Na co zdecydujecie się w waszej szkole?

Trzeba podkreślić, że to ministerstwo postawiło nas – nauczycieli – w sytuacji, w której musimy dokonać szalenie trudnego wyboru. Młodzież, która ma przystąpić do egzaminów maturalnych znamy od podszewki. Uczyliśmy ich przecież trzy lata.

Ci młodzi ludzie nie są nam obojętni. Ale tak samo nie są nam obojętni wszyscy ci, którzy w szkołach wciąż będą się uczyć.

Dla nich wszystkich chcemy lepszej szkoły już teraz. Oficjalnie ustawa o sporze zbiorowym wymaga od nas protestu o warunki pracy, ale przecież mówimy głośno, że strajkujemy przede wszystkim w trosce o lepszą szkołę.

Czyli wystawicie oceny i weźmiecie udział w radzie klasyfikacyjnej, czy nie?

Rada klasyfikacyjna ustalona na poniedziałek [15 kwietnia] się nie odbyła. Dyrektor wyznaczył nowy termin na środę [17 kwietnia].

Atmosfera w gronie jest taka, że możemy się spodziewać, że podejmiemy uchwałę w sprawie ukończenia szkoły przez naszych uczniów.

Czyli jednak tak. A rozmawiacie o strajku z uczniami?

Oczywiście. Od tygodni tłumaczymy dlaczego strajkujemy, czym jest oświata, czego chcielibyśmy dla nich jako uczniów i czego oni mogliby wymagać od systemu edukacji. Na przykładzie Finlandii staramy się pokazać jak może funkcjonować dobra szkoła. Przypominamy też, że polska szkoła – przy wszystkich swoich wadach – za granicą była stawiana jako wzór. Przynajmniej do czasu szkodliwej reformy. 

Jaka jest atmosfera po pierwszym tygodniu protestu?

Wciąż się wspieramy. Wszystkie decyzje w Komitecie Strajkowym podejmujemy w głosowaniu. Wybieramy ten wariant, za którym opowie się większość i wszyscy się do niego dostosowujemy.

Ale oczywiście jest nam trudno, bo musimy dokonywać wyborów, przed którym nie powinien stawać żaden pedagog. A dodatkowo wylewa się na nas fala hejtu. Słyszymy, że bierzemy uczniów za zakładników, tymczasem to my, nauczyciele, jesteśmy zakładnikami nieprzemyślanych reform rządu. Bolą nas kłamliwe wypowiedzi o czasie pracy czy zarobkach. Nie pomaga też lekceważący stosunek rządu podczas negocjacji.

Ile jeszcze może potrwać protest? Co mówi panu wieloletnie doświadczenie?

Jestem przekonany, że ten tydzień jest decydujący. Nauczyciele staną przed dramatycznym wyborem, o którym rozmawiamy, a rząd będzie musiał na to odpowiedzieć. Obserwując dotychczasową debatę oczywiście stronię od optymizmu. Narracja brzmi tak: “źli nauczyciele strajkują, nie chcą żeby uczniowie skończyli szkoły, ale na szczęście dobry rząd zaradził i umożliwił im podejście do najważniejszych egzaminów w ich życiu”.

Chcielibyśmy usiąść do okrągłego stołu, który obiecał nam premier Mateusz Morawiecki. Ale to nie może być kopia negocjacji prowadzonych w Radzie Dialogu Społecznego, bo dwustronny monolog nigdzie nas nie zaprowadzi. Oprócz reprezentacji rządowej i związków zawodowych potrzebujemy przedstawicieli rodziców, samorządowców, partnerów społecznych i polityków opozycji. Do tej pory rząd uważał, że ma patent na nieomylność. Nie dopuszcza, że w tym sporze rację może mieć ktoś inny. Jeśli rząd pokaże, że potrafi słuchać i ustąpić, będziemy mieć szansę naprawić sytuację.

Ale realnie, ile nauczyciele są jeszcze w stanie wytrwać?

Nauczyciele stażyści i kontraktowi w zasadzie przekroczyli już granicę bezpieczeństwa ekonomicznego. Za tydzień strajku z pensji w wysokości 1830-1900 zł stracili ponad 1/4 (ok. 500 zł). Dla nich to ogromny koszt finansowy. Duże nadzieje pokładamy w Funduszu Strajkowym. Pytanie: w jaki sposób pieniądze, które tam trafiły będą rozdysponowane i czy nauczyciele mogą liczyć na szybkie uzupełnienie ubytków w budżetach. Zobaczymy czy wytrzymamy jeszcze kilka dni, czy nauczyciele stwierdzą, że nie mają już szans na strajkowanie, bo zwyczajnie muszą jakoś przetrwać.


Dziennikarz, aktywista, filozof bez dyplomu. Publikował m.in. w "Gazecie Wyborczej" i "Codzienniku Feministycznym". Laureat nagrody "Pióro Nadziei 2018" przyznawanej przez Amnesty International za dziennikarstwo zaangażowane. Nominowany do nagrody "Zielony Prus" Stowarzyszenia Dziennikarzy RP za wyróżniający start w zawodzie. W OKO.press pisze o edukacji, prawach człowieka, społeczeństwie obywatelskim i polityce społecznej.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym